Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

22 sierpnia 2023

A tymczasem: sport, sport i jeszcze raz..... upały:)

Upał nie popuszcza- wczoraj wieczorem burza z ulewą, dzisiaj rano lekka mgła- taki już wczesnojesienny poranek zamglony z prześwitującym słońcem, a upał już czuć w powietrzu. Uzupełniam na bieżąco poidła dla ptaków. To w lasku, dla jeży, również. Ogród zarasta chwastem. Mimo przelotnych deszczów sucho, a wysoka temperatura nie pozwala w nim pracować nawet wieczorami. Na szczęście wszystkie byliny silne, nie dadzą się chwastom zagłuszyć i przetrwają.

Transmisje sportowe lecą na okrągło.

 Tenis- Iga nie wchodzi do finału, siatkarki przegrały z Serbią, ale dalej walczą w swojej grupie, lekkoatletyka- serce mi chyba wysiądzie w tych emocjach. Ewa Swoboda- pamiętam początkująca sprinterka, kilka lat temu apelowała o datki na jej karierę, bo nie miała na obóz sportowy- wspomogliśmy. Ewa pochodzi z Żor, a to miasto blisko przecież- nasza, prawie krajanka z dużymi perspektywami no i lekkoatletka. Wspomogliśmy, a teraz mamy frajdę, oglądając ją na zawodach i widząc jakie sukcesy osiąga. 6 miejsce na świecie w sprincie, to jest ogromny sukces, ale te nerwy… tym bardziej ogromny sukces. A nasi durni dziennikarze już pieją- Ewa weszła to finału, bo to był cud. Jaki cud? Po prostu apelacja pomogła. Ten tysięczny ułamek sekundy różnicy między 8. zawodniczką a Ewą w eliminacjach, to podobno tylko kilka milimetrów różnicy na mecie. No i dała tej ósmej po nosie, była 6., a tamta 8.  w finale. To jest współzawodnictwo, cudna walka. 10,97- najszybsza Europejka, rekord życiowy… no i świetna dziewczyna, żywiołowa, przebojowa, wie, co chce osiągnąć.


Jutro w finale biegnie Kaczmarek na 400 metrów. Ma ogromne szanse na medal.



 

 Dzisiaj biegnie Pia przez płotki... nerwy, nerwy....

Pisowskie pikniki wyborcze pod hasłem „Bezpieczna Polska”, stają się niebezpieczne. Nie potrzeba białoruskich helikopterów, polski jeden wystarczy, by sprowadzić na widzów niebezpieczeństwo. 


Czytałam wypowiedzi uczestników innych pisowskich pikników (800+)- owszem biorą w nich udział, bo to, panie, i dobre kiełbaski są, i dzieciaki na dmuchawcach poszaleją, i muzyka super jest, zawsze to jakaś atrakcja na wsi. Czy zagłosują na PiS po takich fajnych imprezach? Eeeeeeee…. Idą, bo coś się dzieje, ale głosować to raczej nie będą na PiS. Czy się cieszyć? Nie wiem.

A te pikniki z kaczorem na jedno kopyto- podniosła atmosfera (no bo wicie rozumiecie wódz narodu nas odwiedził, ach i och…), starsze panie w strojach ludowych, młódź ze znudzonymi minami, ważniaki z rządu za to z nadętymi, wrzeszczący i plujący się Kaczyński, obrażający wszystko i wszystkich co nie pisowskie, zalewający pisowską gnojowicą rzeczywistość. FUJ! A potem odjazd kaczystów żegnają gwizdy i okrzyki „Wyp….ć” i „Będziesz siedział”.

Adekwatny plakacik.


 Trochę zdjęć.

Przed burzą




Ostatnie liliowce.



"Ładne kwiatki".


Rudo, coraz bardziej rudo. W środku pełne, ale nadgryzione przez robale i gorzkie.

Jeszcze "Ku pamięci".


 




 

PS. Właśnie obejrzałam moment, kiedy zapłakanej Ewie sędzina tłumaczy, że jednak pobiegnie w finale. Ewa nie wierzy, a potem w jeszcze większy szloch...przyznam, że poczułam mrowienie... niedowierzanie i ogromna radocha. Tym bardziej zasługuje na podziw- takie nerwy, takie rozczarowania, ta wściekłość bo tysięczne w różnicy. No, bo... razem wpadają na metę, a tu jedna tysięczna i porażka? Czasem jestem wściekła na te nowoczesne pomiary, te komputery, czujniki, te milimetry i mini sekundy, setne, tysięczne... Dawniej biegało się "prościej". Przybiegło się na określonym miejscu z takim i takim czasem. Fotokomórka była, a jak był wynik "prawie" taki sam, to wchodziły dwie osoby dalej. Albo falstart- dawniej wyraźny przedwczesny ruch przy wyjściu z bloku dyskwalifikował. Teraz możesz się nie poruszyć, wystarczy mocniejszy nacisk stopy na blok i już ci zaliczają falstart. Jakieś żółte kartki, czerwone kartki... zdezorientowana zawodniczka nawet nie ma pojęcia, że to właśnie ona może być z falstartem

I jeszcze jedno- Ewa przyznała, że po starcie miała jakiś fałszywy krok i on mógł zaważyć na wyniku. Hmmmmm.... teraz to sekundy i pojedyncze kroki, zaraz po starcie, są bardzo ważne. 

Zatęskniłam za moim siermiężnym sportem, moimi płotami i starodawnymi blokami startowymi oraz kolcami, co to  jeszcze wtedy były w pantoflach montowane na stałe. A jedyne, co mnie wtedy rozpraszało, to długie trzymanie w blokach przez startera.

 

 

PS. Nawet blogger nie wytrzymuje słowa "pisowski", bo ciągle zmienia go na "lisowski". 

Zdjęcia, oprócz moich, z Netu.

 

18 sierpnia 2023

Zbiory, myszołów i ryby

Przedwczoraj i wczoraj dwie krótkie ulewy bez mocniejszego wiatru. Burze rozdzieliły się nad Przełęczą Jabłonkowską- jedna część poszła na północny zachód i zalała Opolszczyznę, druga poszła na północny wschód i zalała tamtą część Śląska. U nas tylko lekko zagrzmiało i te ulewy spadły (takie przez 15 minut). Pisałam już, że mamy jakiś dziwny mikroklimat, w którym omijają nas gwałtowne burze i ulewy oraz silne opady śniegu i mróz. Owszem zdarzają się takie rzeczy i u nas, ale jakby więcej ich było wokół nas.

Dzisiaj sierpniowy mglisty poranek, teraz 27 stopni ciepła i lekkie zachmurzenie. Można wytrzymać. Tyle pogodowego sprawozdania, bo przecież zawsze pogoda "rządzi" nami.

Narobiło mi się zaległości w tym, co chciałabym na blogu pokazać oraz opisać, ale jakiś marazm twórczy mnie ogarnął. Niechciej mną rządzi i tyle.

No to może nie te „wielkie opisy”, a  nadal coś domowego?

Kiszenia małosolnych ciąg dalszy- jedne porcje pożerane w tempie zastraszającym i następne już w kiszeniu. To sprzed tygodnia, teraz jeden słoik nastawiony, a już młodzi meldują, że jeszcze ogórki będą. Na wszelki wypadek, w lodówce czekają dwa gotowce z zieleniną- koper, liście i korzeń chrzanu oraz główka czosnku w jednym pakiecie.


Z borówki amerykańskiej, której owoców wysyp, co roku, jest obfity, zrobiłam dżemy na żelfixie. 

Banalnie prosta praca- kilogram owoców borówki zblendować, podgrzać w garze, dosypać żelfixu, dosypać 35 dag cukru, gotować (3 minuty), gorące wlać do wyparzonych słoików (moje poparzone łapy jako bonus do wysiłku), zakręcić i postawić słoiki denkiem do góry. Gotowe.
 

Kiedyś robiłam bardzo dużo przetworów, a ponieważ nie było takich różnych ułatwiaczy, to mi ta praca zbrzydła na tyle, iż postanowiłam więcej się w nią nie ładować. Tym bardziej, że potrzeby na przetwory w naszym domu drastycznie zmalały, a wyrzucać paroletnich (jak się to kiedyś zdarzało) nie mam zamiaru.
Specjalnie użyłam małych słoiczków, by porcje były niewielkie. Zdarzało się, że dżemy w małych słoikach obrastały pleśnią, ponieważ nie ma u nas na nie amatorów.
Pierwsze grzyby, w lasku, zebraliśmy w czerwcu. Teraz pokazały się kolejne. Na razie jest ich niewiele. Każdego roku jest wyścig między nami a ślimolami. Chodzi o to,  by jednak grzyb wyrósł, zanim go ślimaki pożrą. Tym razem się nam udało.

Jak Wam się podoba nasz fikuśny obrus kuchenny w pieseczki? Mnie poprawia nastrój, a uszyty z reszki materiału, który pozostał po uszyciu poszewek na jaśki. Szyję je z materiałów w ptaszki, konie, pingwiny, kolorowe tukany, kotki itp. Uważam, że nie muszę być, akurat w kwestii wyboru powleczki na jaśki, poważna.

Moja miłość do nowoczesnych maszyn rolniczych nie gaśnie. Dwa tygodnie temu, miałam okazję zobaczyć z bliska kombajn do rzepaku. Następna cudna maszyna, która w krótkim czasie tnie i młóci rzepak.


 

Moją największą miłością są kombajny do buraków- kto z pola ręcznie, jesienią, w zimny czas, rwał buraki, okrawał je z naci, to mnie zrozumie. A na drugim miejscu są kombajny zbożowe- kto stał w upale, w ciasnej stodole, w kurzu oraz hałasie, na młockarni, ciął powrózła na snopach i podsuwał je do maszyny, ten wie dlaczego tak kocham kombajny.

Jedyne, co mogę im zarzucić, ale nie narzekam, to straszliwy hałas przy pracy. Przez cały tydzień chodziły kombajny i nawet z odległości pół kilometra było słychać, gdzie taki aktualnie żniwuje. 

Dzisiaj od rana, nad pobliskim zagajnikiem nawoływały się myszołowy. To znak zbliżającej się jesieni. Taki sam, jak poranna cisza w ogrodzie- żaden ptak już nie śpiewa. Wilgi chyba odleciały- od tygodnia też nie odzywają się.

Udało mi się, kołującego nad ogrodem myszołowa,  sfilmować.


 Liście zaczynają nabierać kolorów, a przecież nawet babie lato się jeszcze nie zaczęło.


 Inny grzyb- piękniejszy od tych jadalnych.

No i ryby sobie na bieżniku wyhaftowałam, ale jak zwykle, zdjęcie do kitu. Na zdjęciach hafty nie są tak fajne jak w oryginale. Szkoda.


Wzór widziałam, w Necie, na starym kaftanie japońskim, a potem znalazłam w rosyjskiej książce z haftami (na Pintereście). To jest jeden motyw, powtórzony trzy razy- mała i duża ryba. Kolory dobrałam sama, a ściegi, mniej więcej, są takie same, jak w oryginale.

 

 

 

30 lipca 2023

Plecie się i przeplata

 

Rozkojarzony ten tydzień niesamowicie. Nie będę jednak zawracać głowy moimi sprawami, bo nie potrafię absorbować ludzi swoimi problemami, a poza tym, są wakacje, nie tego oczekuje się teraz. Tylko czasem zastanawiam się, jak długo jeszcze nerwy wytrzymają to, co się dzieje dokoła.

Muchołówki, jako ostatnie wypuściły w świat swoje podloty.


Majster od tarasu (3 z kolei). Zwodzi nas, nie odpowiada na smes-y. Podziękujemy i znów mamy rok do tyłu. Taras nie zając nie ucieknie, ale przykre to, że tak się „fachowcy’ zachowują. Najpierw przyjdzie, zobaczy, kiwa głową, objaśnia, mądrzy się. Potem ustalamy termin wyceny i zaczynają się schodki- odwlekanie, przesuwanie, zwalanie winy na nas, że mieliśmy się przypomnieć, a jak się przypominamy, to niby za późno (termin na czerwiec, dzwonię w grudniu, potem w styczniu, ale jest „za późno”). I ten ostatni też kombinował, że niby wysłał wycenę sms-em, potem przyznał, że zmienił telefon. Proszę o wycenę na sobotę- cisza… bery i bojki…Z takim majstrem to ja już nie chcę gadać. Przyjdzie rozbabrze robotę, a potem będzie zwlekał.

No i zmieniliśmy koncepcję- zamiast desek kompozytowych nowa cementowa gładź i malunek, zamiast nowych betonowych schodów- schody metalowe, ażurowe. Dla majstrów to miodzie, bo ich robota ograniczy się do renowacji powierzchni, położenia nowej warstwy betonu, zrobienia okucia wokół i skucia schodów. Tyle. Nie mam sił na jakieś bajery, a drożyzna jest taka, że jak 3 lata temu zmieścilibyśmy się z kompozytową nawierzchnią w 10 tysiącach, to teraz pewnie musielibyśmy wydać 20 tysięcy. Na sam taras. Nie bardzo mi się to uśmiecha. I jak to bywa- zaczynają się „kwaśne winogrona”- kompozyt blaknie, lubi pękać, nie wiadomo czy będzie ładnie ułożony, płytki w ogóle nie były brane pod uwagę, bo zazwyczaj odpadają po kilku latach, dlatego beton, farba i jakieś ładne dywaniki dla ozdoby. I tylko w dwóch miejscach balustrada- przy schodach z jednej strony i od strony, gdzie taras wychodzi na schody do piwnicy (żeby nikt tam nie spadł). A może od tamtej strony postawię duże donice, stwarzając przeszkodę? Nie wiem, jeszcze się zastanowię. Do przyszłego lata mnóstwo czasu.

Za to ogród szaleje. Jest ciepło i pada, pogodowy raj dla roślin. Liliowce już przekwitają. 

 To bonus dodany do innych roślin, które kupiłam wiosną. Pomyślałam sobie- na pewno już taki mam, a tu niespodzianka. Takiego nie miałam, a jest śliczny.


I znów wycinam, przecinam, sprzątam na bieżąco gałęzie, tnę na zrębki….

Świetne urządzenie, tnie gałęzie na drobne i to pocięte można wykorzystać jako ściółkę.

 

Od połowy lipca, codziennie śpiewają wilgi- śpiewa samiec, samica skrzeczy- sama radość. 

Pięknie pozowała. Rankiem usiadła na jednej z brzóz, gdzie poranne słońce ładnie ją oświetliło.

Zaczęły się też żniwa, na pierwszy ogień poszły oziminy i część rzepaków. No i poranki robią się chłodne- lato na półmetku

Jak to mawiał mistrz Gałczyński- "ogórki się w słojach kiszą, wąsy nad kuflami wiszą..."

Kiszenie szybkie na małosolne. Już zjedzone. Proporcja ze starego przepisu- na litr wody jedna kopiasta duża łycha soli niejodowanej, najlepiej kamiennej. Szklanka z wodą jako obciążenie. Nic innego się nie nadawało, bo góra słoika wąska- denko od małego słoiczka, na to szklanka z wodą i super odważnik się zrobił. Ogórki z ogródka Młodych- pięknie im obrodziły.

Latem po domu pałętają się różni, niekoniecznie proszeni, goście. Taki piękny żuk nas odwiedził


 

Przeszukałam sporo stron w Necie, ale do żadnego gatunki chrząszcza ten nie pasuje. Różni się smukłością i kolorami od tych, które znalazłam. Pozostaniemy w niewiedzy:)
Od początku lipca sukcesywnie dojrzewają żółte maliny. 

A na malinach piękny osobnik- wojsiłek

Tu widać charakterystyczny ryjek.
Dwa lata temu posadziłam przy pniu jodły rutewki- białą i liliową. W tym roku trzeba było jodłę wyciąć i drwal zrobił to po mistrzowsku- nie naruszył ani jednego listka rutewek.

Rutewka biała lepiej się przyjęła, tworzy już dosyć duży obłok kwiatów.
 

Rutewka liliowa rośnie wolno i słabo jeszcze kwitnie- ma w tym roku dwie gałązki z niewielkim wiechami

W domu kwitną skrzydłokwiat oraz jeden ze storczyków

 


Obrus sobie wyhaftowałam. Taki motyw miałam wyhaftowany na godecie sukni ślubnej. Suknia była biała, miała godety, a na nich moja mama wyhaftowała polne kwiaty- na każdym godecie ( było ich 6), był inny motyw kwiatowy- maki, margaretki, osty... 

Na obrusie jest z jednej strony góra motywu, a po drugiej dół (był on dosyć wysoki, bo suknia była do ziemi).



Dawno jej tu nie było- Beza idzie "w świat"