Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

16 lipca 2024

A tymczasem o wilgach mogę bez przerwy....

 Mój ulubiony liliowiec

Ostatnie posiedzenie Sejmu strasznie mnie zdołowało. Przygnębiająca jest świadomość, że kobiety w naszym kraju są nikim. I wkurza, że takie dupki żołędne decydują o ich losie. O Prezydenciepożąlsięboże nie chce mi się pisać. Plujka niewydymka oczernia własny kraj.

Przychodzą czasem do naszego sklepu kosmiczni klienci. Jeden o mało nie pobił Jaskóła, taki był zacietrzewiony i za PiSem. Raczej staramy się nie dyskutować o polityce w sklepie, ale klientom gęby nie zamkniesz. Czasem wywodzą takie teorie, iż nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, ale trzeba trzymać się w pionie i zmilczeć.

No dobra, teraz pochłania mnie remont tarasu, jak już pisałam.

Byliśmy w sklepie firmowym wybrać płytki. Wybór jest duży, ale jak to bywa, mało było z tych, które nam się podobały i miały planowany wymiar. A ceny horrendalne, bo to znana prestiżowa firma. Pooglądaliśmy ekspozycje wystawowe, dobraliśmy wymiar, kolor po czym okazało się, że przy cenie drobnym drukiem była informacja: „Na zamówienie”. Pytamy, jak długo trzeba czekać na realizację. I słyszymy:

- A to zależy czy są w fabryce i ile ich jest, jak są, to do paru tygodni, jak nie ma, to trzeba czekać, kiedy zamówień na daną płytkę będzie tyle, że firmie opłaci się uruchomić linię produkcyjną.

Idziemy jeszcze raz wybrać inne płytki- może bardzo jasne, może bardzo ciemne, może takie, siakie…. Imitujące drewno odpadły- piękne były, ale to w końcu imitacja. Jak ma być taras z płytek, to niech raczej imituje kamień. Wybraliśmy takie, które (nie mam pojęcia, dlaczego) omijaliśmy Może dlatego, że ich kolor jest taki nieokreślony- pomieszanie beżu z szarościami i są dosyć ciemne. Cena pewnie też odegrała rolę, bo po podliczeniu różnica była na +2000 złotych za całość. A ja sobie pomyślałam, w końcu tak naprawdę, między tymi najpierw wybranymi, a tymi, które  ostatecznie wybraliśmy nie ma znów takiego rozdźwięku kolorystycznego. W sumie  każde będą dobre, jeżeli chodzi o wygląd, a te, które wybraliśmy są chyba najbardziej praktyczne, bo nawet, jak zdarzy się jakaś plama po donicy, po zapomnianej puszcze, która puści rdzę itp. to kompletnie tego nie będzie na tym kolorze i wzorze widać. A dzisiaj, kiedy słońce odbiło się od prawie białej posadzki samopoziomującej i poraziło mnie w oczy, stwierdziłam, że jasny taras ma także tę wadę. Wprawdzie nie nagrzewa się tak, jak ciemny, ale „odbija” światło słoneczne i razi w oczy.  I nie jest to pocieszanie się, bo naprawdę mogliśmy wybrać te jasne i te drogie, gdyby nie ta cholerna uwaga „Na zamówienie”. Nie mamy czasu czekać, nie chcemy babrać się z tarasem następne pół roku.

Teraz musimy pojechać kupić dechy kompozytowe na schody i na maskowanie boków tarasu (w dół do ziemi). I znowu zagwozdka- zrobić kontrast, czy starać się maksymalnie dobrać pod kolor płytki. Majster podpowiada, że jak wybierzemy wenge, to ten taras górą zrobi się większy, a wizualnie dołem „siądzie” bliżej ziemi. Wenge „zagra’ z kolorem parapetów. Wykończy mnie ten taras, nim go zobaczę gotowy.

Myślałam trochę na temat remontowania domów- doszłam do wniosku, że jak się ma stary dom, to on dyktuje, co możesz w nim zmienić i na ile, nie mówiąc już o materiałach. Do naszego wprowadziłam się równo 34 lata temu, czyli nasz dom jest stosunkowo młody.

Ale nawet on narzuca sposób remontu- taras właśnie narzucił. Każdy chce mieć ślicznie, nowocześnie, bajkowo (lub inaczej), ale wyżej d…. nie podskoczysz. Albo warunki techniczne nie pozwalają, albo kasa, albo całkiem po prostu nie chce się czegoś tam mieć.

I tak sobie patrzę na ten dom, po tylu latach mieszkania w nim, i dochodzę do wniosku, że nie jest tak źle. Jest duży, słoneczny, ciepły, ma wygodny rozkład pomieszczeń, nawet liczne niedociągnięcia nie są aż tak upierdliwe. To raczej kwestia mojej psychiki, bo miałam zupełnie inne wizje na temat własnego domu, a wyszło jak wyszło.

W kwestii zamachu na naczelnego błazna USA- spartolony i tyle.

W kwestii pogody- wpis na Facebooku- „Tam na górze nie potrafią się zdecydować, czy nas ugotować, czy utopić”.

W kwestii „czytane”- skończyłam czytać dwa zeszyty historyczne wydane przez „Politykę”.

 


 Bardzo mi się to przydało, bo w końcu, mniej więcej, mam poukładaną wiedzę (oczywiście, że wciąż niekompletną, tak se ne da), na temat Rosji i na temat Kresów. Polecam zwłaszcza ten o Kresach, bo w nim są rozsupłane prawie wszystkie mity na temat Polski, Kresów, wzajemnych relacji między mieszkańcami (tubylcami oraz osadnikami), polskiego „kolonializmu” itp. Przestałam się dziwić, że Ukraińcy w końcu się wściekli i zrobili na Wołyniu, to co zrobili- nie usprawiedliwiam, ale już się nie dziwię ich motywom, choć było to straszne. Każdy ma w sobie (nomen omen) kres wytrzymałości.

Nie będę tego tematu dalej rozwijała. On jest z tych- przekonanych nie muszę przekonywać, a nieprzekonanych nie przekonam.

Rano przeszła letnia burza. Ulewa była solidna, ale grzmoty z tych bardziej anemicznych. Niemniej Beza znowu przeżywała. A po burzy wilgi dały w ogrodzie koncert. 


 

Udało mi się w końcu sfotografować samca. Płochliwe toto jest okropnie. Przysiadł na brzozie i po chwili już go nie było.


A to moja wilga, wyhaftowana parę lat temu.



 

 P.S.

To co się wyrabiało przez ostatnie pół godziny pozwala mi przypuszczać, że "góra" postanowiła nas jednak utopić. Potoki, rzeki, kaskady leciały z góry, ogród zalany.

12 lipca 2024

Młodzież ptasia, czyli koniec (?) lęgów w naszym ogrodzie.

 

Posiedzę sobie tu jeszcze, no i co mi zrobisz?

 

Upał króluje. Uczymy się w nim żyć. Tam, gdzie słońce dociera zasłaniamy okna, spuszczamy rolety, a okna dajemy na rozszczelnienie. Drzwi z sieni na dwór ledwo uchylone, by nie wpuszczać do domu gorącego powietrza. Drzwi na tarasy zamknięte. Beza nocami śpi na kamiennej posadzce w sieni, w dzień również tam śpi. Niechętnie wychodzi przed dom, a na siusiu i coś więcej w lasku, tylko wcześnie rano i późnym wieczorem. Wieczorem i w południe uzupełniam ptakom wodę w poidłach, dostawiłam jeszcze dwa dodatkowe w innych częściach ogrodu. Jedno ma wzięcie, drugie omijane. Chyba znajdę dla niego jeszcze inne miejsce.

Ciepło doskwiera i chociaż w domu jest temp na poziomie 23 stopni, szybko się męczę. Prace domowe raczej tak z doskoku- odkurzam, a potem idę sobie poczytać książkę, gotuję obiad i potem znów do książki… nie powiem, tak mi się nawet podoba. może przenieść taki tryb życia na nieupalne dni?

Przy tak wysokich temperaturach nie ryzykuję pracy w ogrodzie i wkurzona muszę patrzeć, jak powoli znów mi zielskiem grządki zarastają. Jeszcze w poniedziałek, kiedy było pochmurno, zdążyłam przyciąć tuje wzdłuż płotu (nie wszystkie, bo akumulator się rozładował, a potem zaczęło padać).

W zeszłym roku kupiłam fajne narzędzie. Najpierw myślałam, że to taki bzdet i spełniłam swój kaprys, ale kiedy przyszło do wycinania konwalii obok tarasu, by przygotować dostęp do niego majstrom, doceniłam sprzęcik. Tnąc małym sekatorem (akumulatorowy się nie nadaje do tak wiotkich łodyg) umarłabym  ze złości, że to tak długo trwa, a ręka chyba uleciałaby mi z bólu.

 No i w poniedziałek utwierdziłam się w przekonaniu, że kupiłam dobre narzędzie. Nie trzeba martwić się, że nie dam rady przycinać tui z powodu bólu nadgarstka oraz ramienia. Nawet nie wiem, jak to narzędzie nazwać- podręczna wykaszarka (do trawy)? Przycinarka? 

 Tu z nasadką do cięcia trawy, zabezpieczoną nakładką.


A jeszcze dodam, że w pośpiechu, by zdążyć przed deszczem kompletnie zapomniałam, że do formowania żywopłotów jest inna nakładka i przycięłam tuje ta do wykaszania trawy. Nie mam, na razie, pojęcia czy jest jakaś różnica. Mnie tą nakładką do cięcia trawy całkiem dobrze i szybko cięcie szło.

Tu nasadka do formowania żywopłotów. Jeszcze jej nie wypróbowałam.

Podkaszarkę ładuje się, podłączając kabel bezpośrednio do kontaktu (nie ma ładowarki). Wygląda jak zabawka, ale naprawdę jest mocna, a ostrza bardzo ostre.

Nie zamazałam marki- mój prywatny blog, nic nie reklamuję, nikt mnie nie sponsoruje. A kryptoreklamą się nie przejmuję tak, jak miliony ludzi na świecie, pokazując jakieś urządzenia. Wystarczy klepnąć w wyszukiwarkę lub na YT i maszyna sama wyskoczy w kilkunastu odsłonach. Wybór należy do czytających
 

Serial z sowami trwa. Przedwczoraj, wieczorem, Młoda pokazała mi siedząca młodą sówkę na gałązce bzu, przy ogrodzeniu. Niesamowicie wdzięczne stworzenie. Zostawiłyśmy ją w spokoju, ale późnym wieczorem poszłam jeszcze raz zobaczyć, czy sowa siedzi w tym samym miejscu. Była, owszem, siedziała jednak na trawie w ogrodzie, za płotem dzielącym ogród od parkingu. 


Myślę sobie- trzeba sóweczce pomóc wdrapać się na drzewo tak, jak pokazywali w filmie, by jej jakiś naziemny drapieżnik nie uskutecznił. Wprawdzie raczej w ogrodzie takich nie ma, ale jakieś kocisko od sąsiada, albo tchórz lub kuna napatoczą się i już po pięknej uszatce. Poszłam po rękawice i deskę- pomost do wydrapywania się na pień. Wróciłam- sowy nie ma. Ciemno, ale mocna latarka radziła sobie z ciemnością. Obeszłam dokładnie okolicę, poświeciłam na drzewa- sowy nie ma. No dobra, nie będę się przyrodzie wcinała. Ale to znak, że sówka już potrafi latać. Wczoraj, kiedy zbierałam suche pranie ze sznura (ach to pięknie pachnące wiatrem i nagrzane słońcem suche pranie, żadne suszarki i suszki  nie dokonają tego, co słońce i wiatr), słyszę popiskiwanie sowie. Piski dochodzą z gęstych krzaków obok foliaka- magazynu na narzędzia rolnicze. No kurcze, pewnie znowu na ziemi siedzi, albo zaplątała się w krzaki i trzeba jej jakoś pomóc. Szukałam, zaglądałam, podrapałam się solidnie- sowy nie ma, piski są nadal. Patrzę na drzewa, nic  nie widać. Dobra, zostawiłam. Późnym popołudniem Młoda pokazała mi sowiego smarka- siedział wysoko na gałęzi nad foliakiem. No jak mogłam, melepeta, go nie dostrzec? Jak mogłam? Przecież siedziała i patrzyła z góry, jak się miotam w tych krzaczorach.

 Uszatki nie budują gniazd, ani nie gniazdują w  dziuplach- wykorzystują na lęgi gniazda dużych ptaków. Ta nasza, prawdopodobnie, wykorzystała gniazdo, które kilka lat temu uwił, na wysokiej sośnie nad parkingiem, grzywacz. W tym roku wykluły się w nim małe uszatki- dwie, albo trzy (na pewno z dwóch miejsc było słychać piski podlotów).

Takie piski słyszymy wieczorem


 Ptaszory dostarczają nam pozytywnych (choć nie zawsze) emocji.

 Dzisiaj rano akacja z drozdowym podrostkiem. Siedział przed wejściowymi drzwiami i darł dzioba- dosłownie darł. Beza powąchała go, poszła do domu. My zresztą też, bo takie sprawy drozdowa sama załatwi, wywabi smarkacza dalej w gród. No ale nie, ale NIE. Podlot siedzi, drze się na cały regulator. Wzięłam go i zaniosłam za róg domu i razem z Bezą poszłyśmy na poranny obchód ogrodu. Wracamy, podlot na podeście przed drzwiami drze dzioba. Jaskół mówi, że drozdowa chciała go nakarmić (czyli kręci się niedaleko), ale właśnie przybiegła z ogrodu Beza i ją spłoszyła. Ok., idziemy jeść śniadanie, podlot wrzeszczy, ale jakby z innego miejsca. Mówię do Jaskóła, że chyba spadł na schody do piwnicy i rzeczywiście, siedzi na trzecim schodku nastroszony, obrażony, nadęty- popiskuje. Wzięłam skrzydlaka „pod lotko”, zaniosłam pod krzaki, dalej od drzwi i wróciłam jeść śniadanie. Chwilę trwa cisza i…. co słyszymy? Smark drze dzioba przed drzwiami. Poszłam zobaczyć i trochę nakręciłam akcji, kiedy biedne drozdowe matczysko chce bajtla nakarmić, a ten stroi focha. Filmy nieostre- kręciłam przez szybę w drzwiach. Byłam niewidoczna dla nich, ale i tak chyba stara mnie intuicyjne wyczuła.

 



 Kiedy drozdowa odleciała, wzięłam ptaszorka „za szmaty” i zaniosłam pod krzak, bliżej części ogrodowej. I spokój. Gdzieś go matka wywiodła.

Tak sobie myślę, że te wszystkie stworzenia, mając tu spokój, tak dobrze się czują, że wcale nie mają respektu przed nami.

Ale ja czasami jestem zmęczona tym ogrodowym żywiołem, bo gdzieś w podświadomości mam obraz wszystkich zagrożeń, jakie na zwierzaki czyhają. Chciałabym je ustrzec, ale nie potrafię. I nie pomaga tłumaczenie, że przyroda wszystko reguluje- wiem, no i co z tego?

A teraz pięknie się rozpadało, na razie nie ma burzy, nie ma wichury…pada. Temperatura nadal wysoka.

Majowy kuklik


Niedawno pisałam, że to chyba koniec lęgów, a okazało się, że nie. Myślę, że teraz mogę jeszcze raz stwierdzić- ptaki zakończyły tegoroczne lęgi. Ale kto ich tam wie?

 

10 lipca 2024

Polski stir-fry z tarasem i jukami w tle


 

Kolejny dzień remontu tarasu. Powoli zaczyna rysować się całość. Zmieniamy koncepcję- nie będzie desek kompozytowych, będą grube płyty, kładzione na dystansach, a nie klejone. Pokonani zostaliśmy  niemożnością kupna desek kompozytowych takich, jakie chcielibyśmy, ich ceną i kosztem montażu, który wykona firma, polecana przez zakład produkujący deski. Każda usługa takiego producenta kosztuje- wycena, dowóz, wykonanie, co generuje dodatkowe koszty. W marketach budowlanych są deski cienkie, wykonane z lichego tworzywa i w dodatku nie zawsze są na stanie w takiej ilości, jaka jest potrzebna. Koszt tarasu z desek kompozytowych jest też duży ze względu na pierdylion śrubek, podkładek, konieczność kładzenia legarów, desek wykończeniowych. Taras jest duży, deski musiałby być składane (sztukowane), bo nie ma takich długich.  Ale nie tyle cena, co właśnie mały dostęp do kupna tych desek nas zniechęcił. I szantaż- albo kupujemy wszystko w sklepie producenta łącznie z montażem, albo radźcie sobie sami i składajcie do kupy to wszystko, co potrzebne.  No i przyznam- dechy kompozytowe jednak nie są najładniejsze, nie tak bardzo je chciałam. Od początku, czyli gdzieś od trzech lat (tyle trwało poszukiwanie fachowców do remontu), nie widział mi się kompozyt na tarasie. Zwłaszcza, że wtedy wybór kolorów był mały no i te sztuczności… Drewniane w ogóle odpadają, pozostały tak krytykowane płytki. Jednak brat, który wtedy był przy rozmowie o tarasie, zaczął wynokwiać (fajne słówko, nie?), że odpadają, że pękają, że trudno równo lepić (na kleju wtedy się kładło płytki), że fugi… Tak nas zniechęcił, iż w ogóle przestaliśmy o płytkach myśleć. Ale wczoraj, w rozpaczy ciężkiej podczas poszukiwania miejsca, gdzie mamy kupić ten kompozyt, pooglądałam sporo filmów z montażem płytek na tarasach, przeczytałam komentarze pod nimi i doszliśmy do wniosku, że technologia produkcji oraz montażu płytek poszła mocno do przodu- to już nie te pękające, odskakujące kafelki, a porządne płyty w miarę naturalne. Wyobraziłam sobie je na tarasie i decyzja zapadła- będą płyty, osadzane na podkładkach, a nie lepione na kleju.

Codziennie rano budzi mnie śpiew wilg. W ogrodzie są ich dwie pary. Wczoraj samce „przekrzykiwały” się z dwóch miejsc w ogrodzie. Niesamowity koncert. Dzisiaj melodyjnemu zaśpiewowi samców, towarzyszył skrzek samic. Czują wilgoć w powietrzu, będzie deszcz (oby, choć ziemia nie jest jeszcze mocno wysuszona). Na razie nie udało mi się ich dostrzec w koronach drzew. Ze zdjęć nici. A wieczorami, na drzewach przy parkingu, popiskują młode sowy. Dwie, albo trzy.

Upał dokucza (dzisiaj, o 11. 30 stopni z północnej, zacienionej mocno strony), nie mam ochoty na eksperymenty kuchenne, ale ostatnio zrobiłam łazanki z młodą kapustą. Nie przypuszczałam, że to takie dobre. Ten zestaw, bo łazanki z kapustą kiszoną znane mi są od dawna i niespecjalnie je lubię. Jednak te... no miodzio.

Robi się je podobnie jak azjatyckie dania stir- fry, tylko składniki są wybitnie polskie.

Podam składniki z przepisu, ale ja tak ściśle nie trzymam się gramatury – jak ktoś chce mieć więcej makaronu, to go gotuje więcej, jeżeli łazanki mają mieć więcej kapusty, to dajemy jej więcej.

Ilość składników, podanych w przepisie, jest na 4 osoby. Ja zrobiłam z połowy, a i tak było tego po kokardy.

Podam oryginalny przepis.


 

Składniki:

- ½ główki młodej kapusty,

- 80 g makaronu na łazanki,

- 200 g wędzonego boczku,

- 150 g kiełbasy (wiejskiej, podsuszanej, śląskiej itp.),

- 1 mała cebula,

- 1 i ½ szklanki bulionu (mięsnego lub warzywnego, ja daję rosół z kury),

- 1 łyżka oleju lub smalcu,

- pęczek koperku (robi cały smak i bez niego ani rusz),

- 1 mały por,

- 1 łyżka suszonego majeranku (dopełnia smak),

- sól, pieprz do smaku.

Wykonanie.

Najlepiej sobie wszystko wcześniej przygotować: poszatkować kapustę, pokroić boczek i kiełbasę w kostkę, poszatkować koperek, pokroić por i cebulę, przygotować bulion

- ugotować makaron na łazanki, odcedzić, odstawić.

- w garnku podgrzać olej, dodać pokrojony boczek, podsmażyć, dodać pokrojoną cebulę i dalej smażyć wszystko dokładnie mieszając.

  1. - do tego wrzucić pokrojony por, kawałki kiełbasy i wszystko posypać majerankiem, smażyć  około 5 minut często mieszając.
  2. - kiedy wszystko jest już podsmażone, wrzucamy do tego poszatkowaną drobno kapustę, wszystko mieszamy i wlewamy gorący bulion (nie wszystko na raz, powoli, by bulion wciągnęło). Potem można resztę bulionu dolewać, by łazanki nie były suche.
  3. - dodajemy sól, pieprz do smaku i gotujemy do miękkości kapusty (około 20 minut), od czasu do czasu mieszając. Kiedy kapusta jest już miękka, wrzucamy łazanki i jeszcze chwilę wszystko podsmażamy, na wolnym ogniu, bez przykrycia.
  4.  - na koniec wrzucamy posiekany koperek, mieszamy i gotowe.

Juki już przekwitają- teraz, kiedy będę wklejać zdjęcia kwiatów, to często będę pisała „już przekwitły”, tak szybko wszystko kwitnie i przekwita. Robię zdjęcia, ale nie nadążam z pisaniem postów. W tym roku zakwitło mniej kwiatów juki i tylko w kwiatowym. Wszystkie pozostałe kępy, porozrzucane po ogrodzie, nie zakwitły. Cieszę się, że te zakwitły, bo wredne ślimole łaziły po pąkach i wygryzały w nich dziury. Codziennie, przyświecając sobie  latarką, ściągałam z roślin te paskudztwa.


 Przeczytałam książkę o Chrystianie Diorze- przyszło mi na myśl, czytając o powojennym, ale jakże barwnym, Paryżu- jedną z głównych rzeczy, której nie potrafię wybaczyć PRL- owi to jest to, że zamknął nas w „szarym pudle”: najpierw socrealizmu, potem PRL- owskiego siermiężnego dizajnu. To samo chciał zrobić PiS. A świat jest taki różnorodny, kolorowy, pełen niespodzianek, rozgadany, wręcz rozpaplany, rozśpiewany, roztańczony, roześmiany… bez procesji na ulicach, krzyży, protestów z mantrowymi modlitwami   w obronie księży- przestępców czy polityków- przestępców, bez straszliwych plakatów antyaborcyjnych, wyjących pielgrzymek, mowy nienawiści wobec wszystkiego, co inne niż kościółkowi lansują.

Francja jest dla mnie synonimem wolności. Po pierwszej turze wyborów. ogarnęła mnie czarna rozpacz😂, bo taki wynik we Francji nie powinien nigdy zaistnieć. A wynik drugiej tury pozwolił mi odetchnąć i mieć nadzieję, że jednak ta brunatna zaraza nie rozleje się  znów po całej Europie.

Ale wczoraj kibicowałam, jak zwykle, Hiszpanii (a głównie zawodnikom Realu) i JEST!!!!! Przeszli do finału😄😄😄😄



01 lipca 2024

Wilgi i ogrodowe różności

 


Upał nareszcie trochę zelżał. Dzisiaj pada przelotnie deszcz. Wczoraj wieczorem przeszły burze, ale jak to u nas bywa, grzmiało gdzieś z boku, była porządna ulewa i to wszystko. Tylko biedna Beza coraz bardziej przeżywa wszystkie burze. Kolejny raz z nerwów zwymiotowała. Bardzo mi jej żal- uspakajamy, wyciszamy, ale nic to nie daje. Na ostatnie siusiu wyszła dopiero o wpół do pierwszej w nocy, kiedy się uciszyło i przestał padać deszcz.

W sobotę było w cieniu 35 stopni, a u nas, akurat w najbardziej gorący czas, panowie zabrali się do remontu tarasu. W piekącym słońcu machali młotem, wycinarką, wiertarkami i skuwali schody oraz zwietrzały beton na tarasie. Bez obijania się, bez przeklinania, wrzasków, fochów, ekstra wymagań i zbędnych dyskusji, wszystko cichutko, porządnie… Hałas był okropny, kurzyło, pyliło, ale ¾ pracy w przygotowaniu do wylewki mają już zrobione.

Musiałam trochę zweryfikować moje oczekiwania oraz przemeblować końcową  wizję tarasu, ale bez jakichś wielkich wyrzeczeń. Myślę, że będzie OK.

W połowie czerwca pojawiły się w ogrodzie wilgi. Uwielbiam ich: śpiew 

(samca) oraz skrzeki (samicy). 

 Przylatują do ogrodu, pośpiewają i odlatuję, by po paru godzinach znów się pojawić. I tak codziennie nas odwiedzają, a trwać to pewnie będzie do połowy sierpnia. 

 

Potem odlatują na południe. Bardzo je lubię i nie wyobrażam sobie letniego ogrodu bez śpiewu wilg tak, jak wiosennego bez śpiewu drozdów.

Dzisiaj je nagrałam, ale nie udało mi się zrobić im zdjęć. Siedzą między listowiem, a że mają kolor dosyć maskujący (żółty gubi się w jasnych liściach brzóz) to trudno je wytropić.

Jakaś awantura między ptakami zaszła. Ten zaniepokojony skrzek, to samica wilgi.


 Inne ptaki ogrodowe przestają wariacko, intensywnie śpiewać, to znak, że lato się rozkręca. Jeszcze rano drozd się odzywa, czasem sikora, ale ogólnie już po wiosennych ptasich śpiewach. W gniazdach siedzą pisklaki z ostatniego, w tym roku, lęgu (chyba). Jedno gniazdo kosy uwiły w bluszczu tuż przy bramce- w nim widać puchate łebki maluchów. Jeszcze tydzień, może ciut dłużej i wyfruną z ciepłego kąta. 

Na zdjęciu są pisklaki kosa- gniazdo znajduje się w kącie między ścianą domu i tarasu, nad załamaniem rynny, w bluszczu. Każdego roku kosica znosi tam jajka i wychowuje nowe pokolenie ptaków. Obok okna w innym starym gnieździe, były pisklaki jakiegoś małego ptaszka, ale nie chciałam ich niepokoić- gniazdo dosyć wysoko, nie zaglądałam.

Na świerku syberyjskim, naprzeciwko okna, gniazdo uwiły sierpówki. Znalazłam młodziaka gołębiego obok tarasu, siedział tam dwie godziny, a potem go matka wywabiła (głośno „gruchała") w głąb ogrodu.

Gdzieś w pobliżu domu mają gniazdo muchołówki. W pogodny dzień stare kursują, jakby im ktoś pieprzu pod ogonki nasypał. Czasem przysiądą, a potem znów śmigają w pogoni za owadami.


 Pod nogami wałęsają się młode podloty drozdów. Czasem wieczorem spotkam na parkingu jeża. To z tych, co mają siedzibę pod sklepem lub pod magazynami. 

 Widok na ogród z tarasu. Zaczyna kwitnąć trytomia- również sponiewierana przez ślimaki, ale trochę pąków na niej zostało.

No i co jeszcze? Ślimaki buszują, bezczelnie obżerają pąki liliowców, ale nie dadzą rady wszystkich zjeść, bo pąków na kępach dostatek. No właśnie, w tym roku wcześniej kwitną liliowce- nie robię na razie zdjęć, a kto chce zobaczyć, ile jest w ogrodzie ich gatunków, niech kliknie w zakładkę Liliowce i otworzą się posty ze zdjęciami, wcześniej też kwitną juki, dojrzewają też wcześniej borówki amerykańskie.

Żółta róża, która odrodziła się po kilkuletnich moich prośbach, by się jeszcze nie "zwijała" i w końcu się rozkrzewiła. Jest stara, ma 20 lat. Długo wegetował jeden pęd, a teraz zakwitła kilkoma kwiatami. 


 Niedawno miałam wrażenie, że już się lato przetoczyło i jest jego schyłek. Dziwne uczucie, przecież dopiero co zaczęły się wakacje, jeszcze trzy miesiące letniej pogody przed nami. Może to odczucie spowodowane jest tym, że ciepło przyszło już końcem zimy i było go mnóstwo wiosną, a może też przyspieszoną wegetacją roślin? Dojrzałe borówki pod koniec czerwca? Naprawdę?


W tym roku zakwitł tylko jeden amarylis. Nie spodziewałam się lepszego wyniku, jestem i tak zaskoczona, że w ogóle coś zakwitło. Amarylisy trzymam przez zimę w piwnicy, w chłodnym miejscu. Cebule sobie w donicach zimują, tracą liście, od czasu do czasu je tam podlewam, a wiosną, po wyniesieniu na taras, puszczają nowe liście i kwitną- nie wszystkie, ale zdarza się, że parę (jest ich w sumie 10). W tym roku, wiosną, zauważyłam z przerażeniem, że coś wyżarło cebule w miejscu, gdzie powinny puścić liście. No jak to coś? Ślimol, morderca roślin, dostał się jesienią do piwnicy i zrobił spustoszenie w cebulach. Wyniosłam donice do ogrodu, postawiłam przy kompoście z myślą, że co się da uratować, to przesadzę, a co nie- wyrzucę. Okazało się, że wszystkie cebule są dorodne, ładne, tylko te nieszczęsne wierzchołki mają nadżarte. Zaryzykowałam, przesadziłam, bo żal było takie piękne cebule wyrzucić. Wszystkie, dosłownie wszystkie, wypuściły przepiękne nowe liście a ten jeden zakwitł. W tym roku zaniosę donice do piwnicy i, słowo daję, obsypię je szerokim grubym paskiem granulek. Nie będzie ślimol żarł moich amarylisów. Never!

Dzisiaj Międzynarodowe Święto Psa - wszystkim Waszym psiakom życzymy z Bezką jak najlepszych dni.
 
I na koniec posta śliczności ogrodowe.