Mój ulubiony liliowiec
Ostatnie posiedzenie Sejmu strasznie mnie zdołowało. Przygnębiająca jest świadomość, że kobiety w naszym kraju są nikim. I wkurza, że takie dupki żołędne decydują o ich losie. O Prezydenciepożąlsięboże nie chce mi się pisać. Plujka niewydymka oczernia własny kraj.
Przychodzą czasem do naszego sklepu kosmiczni klienci. Jeden o mało nie pobił Jaskóła, taki był zacietrzewiony i za PiSem. Raczej staramy się nie dyskutować o polityce w sklepie, ale klientom gęby nie zamkniesz. Czasem wywodzą takie teorie, iż nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, ale trzeba trzymać się w pionie i zmilczeć.
No dobra, teraz pochłania mnie remont tarasu, jak już pisałam.
Byliśmy w sklepie firmowym wybrać płytki. Wybór jest duży, ale jak to bywa, mało było z tych, które nam się podobały i miały planowany wymiar. A ceny horrendalne, bo to znana prestiżowa firma. Pooglądaliśmy ekspozycje wystawowe, dobraliśmy wymiar, kolor po czym okazało się, że przy cenie drobnym drukiem była informacja: „Na zamówienie”. Pytamy, jak długo trzeba czekać na realizację. I słyszymy:
- A to zależy czy są w fabryce i ile ich jest, jak są, to do paru tygodni, jak nie ma, to trzeba czekać, kiedy zamówień na daną płytkę będzie tyle, że firmie opłaci się uruchomić linię produkcyjną.
Idziemy jeszcze raz wybrać inne płytki- może bardzo jasne, może bardzo ciemne, może takie, siakie…. Imitujące drewno odpadły- piękne były, ale to w końcu imitacja. Jak ma być taras z płytek, to niech raczej imituje kamień. Wybraliśmy takie, które (nie mam pojęcia, dlaczego) omijaliśmy Może dlatego, że ich kolor jest taki nieokreślony- pomieszanie beżu z szarościami i są dosyć ciemne. Cena pewnie też odegrała rolę, bo po podliczeniu różnica była na +2000 złotych za całość. A ja sobie pomyślałam, w końcu tak naprawdę, między tymi najpierw wybranymi, a tymi, które ostatecznie wybraliśmy nie ma znów takiego rozdźwięku kolorystycznego. W sumie każde będą dobre, jeżeli chodzi o wygląd, a te, które wybraliśmy są chyba najbardziej praktyczne, bo nawet, jak zdarzy się jakaś plama po donicy, po zapomnianej puszcze, która puści rdzę itp. to kompletnie tego nie będzie na tym kolorze i wzorze widać. A dzisiaj, kiedy słońce odbiło się od prawie białej posadzki samopoziomującej i poraziło mnie w oczy, stwierdziłam, że jasny taras ma także tę wadę. Wprawdzie nie nagrzewa się tak, jak ciemny, ale „odbija” światło słoneczne i razi w oczy. I nie jest to pocieszanie się, bo naprawdę mogliśmy wybrać te jasne i te drogie, gdyby nie ta cholerna uwaga „Na zamówienie”. Nie mamy czasu czekać, nie chcemy babrać się z tarasem następne pół roku.
Teraz musimy pojechać kupić dechy kompozytowe na schody i na maskowanie boków tarasu (w dół do ziemi). I znowu zagwozdka- zrobić kontrast, czy starać się maksymalnie dobrać pod kolor płytki. Majster podpowiada, że jak wybierzemy wenge, to ten taras górą zrobi się większy, a wizualnie dołem „siądzie” bliżej ziemi. Wenge „zagra’ z kolorem parapetów. Wykończy mnie ten taras, nim go zobaczę gotowy.
Myślałam trochę na temat remontowania domów- doszłam do wniosku, że jak się ma stary dom, to on dyktuje, co możesz w nim zmienić i na ile, nie mówiąc już o materiałach. Do naszego wprowadziłam się równo 34 lata temu, czyli nasz dom jest stosunkowo młody.
Ale nawet on narzuca sposób remontu- taras właśnie narzucił. Każdy chce mieć ślicznie, nowocześnie, bajkowo (lub inaczej), ale wyżej d…. nie podskoczysz. Albo warunki techniczne nie pozwalają, albo kasa, albo całkiem po prostu nie chce się czegoś tam mieć.
I tak sobie patrzę na ten dom, po tylu latach mieszkania w nim, i dochodzę do wniosku, że nie jest tak źle. Jest duży, słoneczny, ciepły, ma wygodny rozkład pomieszczeń, nawet liczne niedociągnięcia nie są aż tak upierdliwe. To raczej kwestia mojej psychiki, bo miałam zupełnie inne wizje na temat własnego domu, a wyszło jak wyszło.
W kwestii zamachu na naczelnego błazna USA- spartolony i tyle.
W kwestii pogody- wpis na Facebooku- „Tam na górze nie potrafią się zdecydować, czy nas ugotować, czy utopić”.
W kwestii „czytane”- skończyłam czytać dwa zeszyty historyczne wydane przez „Politykę”.
Bardzo mi się to przydało, bo w końcu, mniej więcej, mam poukładaną wiedzę (oczywiście, że wciąż niekompletną, tak se ne da), na temat Rosji i na temat Kresów. Polecam zwłaszcza ten o Kresach, bo w nim są rozsupłane prawie wszystkie mity na temat Polski, Kresów, wzajemnych relacji między mieszkańcami (tubylcami oraz osadnikami), polskiego „kolonializmu” itp. Przestałam się dziwić, że Ukraińcy w końcu się wściekli i zrobili na Wołyniu, to co zrobili- nie usprawiedliwiam, ale już się nie dziwię ich motywom, choć było to straszne. Każdy ma w sobie (nomen omen) kres wytrzymałości.
Nie będę tego tematu dalej rozwijała. On jest z tych- przekonanych nie muszę przekonywać, a nieprzekonanych nie przekonam.
Rano przeszła letnia burza. Ulewa była solidna, ale grzmoty z tych bardziej anemicznych. Niemniej Beza znowu przeżywała. A po burzy wilgi dały w ogrodzie koncert.
Udało mi się w końcu sfotografować samca. Płochliwe toto jest okropnie. Przysiadł na brzozie i po chwili już go nie było.
A to moja wilga, wyhaftowana parę lat temu.
P.S.
To co się wyrabiało przez ostatnie pół godziny pozwala mi przypuszczać, że "góra" postanowiła nas jednak utopić. Potoki, rzeki, kaskady leciały z góry, ogród zalany.

































