Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.
„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
niedziela, listopada 23, 2014
piątek, listopada 07, 2014
I z "Biedronki" zakwitnie
A tu kolejny kwiat z
„Biedronki”.
Kupiłam dwa gatunki, wsadziłam w doniczki, postawiłam na schodach
prowadzących na taras i zapomniałam ich nazw. W obu donicach cebule wykiełkowały.
Potem urosły im długie liście i na tym stanęło. Pod koniec września postawiłam
na południowym tarasie donice z cebulami do zaschnięcia, a potem o nich
zapomniałam. Kiedy przyszły mocno chłodne dni i rankiem zdarzył się przymrozek
-3 stopnie, nagle do mnie dotarło, że na tarasie stoją jeszcze donice z
amarylisami i tymi dwoma, co to nie wiem, jak się nazywają. Postanowiłam je
natychmiast zanieść do piwnicy, niepewna, czy już mrozik szkód nie poczynił. Wzięłam
z tarasu skrzynki z donicami i postawiłam w sieni z postanowieniem, że później
zniosę je do piwnicy. I tak sobie tam stały pół dnia, a ja koło nich raz po raz
przelatywałam, robiąc różne rzeczy. Kiedy w końcu podniosłam jedną z nich, z
zamiarem zniesienia do piwnicy, zobaczyłam, że coś różowego wystaje ponad mocno
już zrudziałe liście amarylisów.
Naprawdę, trzeba mieć oczyska nie powiem
gdzie, żeby tego ślicznego kwiatu nie zauważyć od razu i gonić koło niego, jak
ślepiec. I żeby było Jeszce śmieszniej, od razu przypomniałam sobie jego nazwę.
Ciekawa jestem, czy gdyby ten drugi zakwitł, też na jego widok wróciłaby mi
pamięć. Nie mam zielonego pojęcia, co to za kwiatek jest w tej drugiej donicy.
Pamiętam, że na opakowaniu było zdjęcie białego.
„Nerine Bowdenii najpopularniejsza odmiana w Polsce
spośród tego gatunku. Zarazem sprawia najmniejsze problemy w uprawie , łatwo
się rozmnaża. Może być uprawiana w ogrodzie , jak również w doniczkach w domu
lub w ogrodzie zimowym. Nadaje się na kwiat cięty.
Kwiaty duże o średnicy do 8-10 cm o wąskich pofalowanych płatkach , bardzo długo utrzymujące się , wyrastają na bezlistnej długiej łodydze.
Kwitnie od lipca do końca września. Wysokość rośliny od 40-70 cm.
Cebule sadzimy tak aby wierzchołek wystawał ponad powierzchnię ziemi w kwietniu, maju. Wymaga stanowiska słonecznego lub półcienistego , gleby ciepłej , przepuszczalnej. Cebule wykopujemy bardzo ostrożnie ze względu na możliwość uszkodzenia( licznych cebulek przybyszowych) po zaschnięciu rośliny , w październiku. Przechowujemy w miejscu chłodnym ok15C.”
Kwiaty duże o średnicy do 8-10 cm o wąskich pofalowanych płatkach , bardzo długo utrzymujące się , wyrastają na bezlistnej długiej łodydze.
Kwitnie od lipca do końca września. Wysokość rośliny od 40-70 cm.
Cebule sadzimy tak aby wierzchołek wystawał ponad powierzchnię ziemi w kwietniu, maju. Wymaga stanowiska słonecznego lub półcienistego , gleby ciepłej , przepuszczalnej. Cebule wykopujemy bardzo ostrożnie ze względu na możliwość uszkodzenia( licznych cebulek przybyszowych) po zaschnięciu rośliny , w październiku. Przechowujemy w miejscu chłodnym ok15C.”
http://www.ogrodkroton.pl/towar.303.nerine.bowdenii.-.rozowa.html
środa, listopada 05, 2014
Jak to z oczyszczalnią było (2)
No i oczyszczalnia zaczęła sobie pracować, a my
odetchnęliśmy, bo duży problem spadł nam z głowy. W jeden dzień. Tyle trwał
cały montaż. U siostry pracowała inna firma. „Bawiła się” z całym kramem
półtora tygodnia. Jasne, że ona miała więcej do zrobienia, ale ekipa
przychodziła o 9tej rano i kończyła pracę równo o 16tej. Zawsze mi się
wydawało, że taka branża, kiedy jest sezon, to pracuje na cały gwizdek, bo
przecież wystarczy parę dni deszczu i robota stoi. Nie wiem, czy to lato było
deszczowe, czy nie. Mnie wody przelało się po kokardy. I w piwnicy, i…. w
ogrodzie. Po paru dniach deszczowych, zauważyliśmy, że przed kopcem stoi woda.
Zrobiła się ogromna kałuża i dopiero po dwóch dniach zniknęła. Nigdy przedtem
takiego czegoś nie było. Zasypaliśmy wgłębienie, w którym stała woda. Było to
miejsce „pracy” koparki. Ziemia ubita, trochę wklęsła, toteż woda zbierała się
w tym zagłębieniu. Po kolejnym deszczu woda zebrała się nieco dalej i znowu
była kałuża. Fakt, że kopiec jest usypany jakby w poprzek spadu, ale bez
przesady, nie powinien stanowić aż takiej zapory dla wód deszczowych. Po
następnych deszczach zobaczyłam, że azalia
oraz magnolia, rosnące obok kopca, mają lekko brązowe liście. I katalpa
też. Był sierpień, jeszcze nie czas na żółknięcie liści. Podreptałam za kopiec
i doznałam wstrząsu. Za nim stała woda. Nogi ugrzęzły mi w bajorze. Rany…..
Postanowiliśmy wykopać rowek, żeby woda spłynęła niżej. Potem wykopaliśmy
studzienkę i z niej pompowaliśmy wodę dalej w ogród. Rezultat? Zerowy. Woda
ciągle stała i w studzience, i w rowku, i wzdłuż kopca. Wyglądało na to, że
cała woda gruntowa pchała się do „wanny” pod kopcem, w której były rury
rozsączające. Woda z oczyszczalni też nie miała szans odpływać, więc wszystko
to wylewało się spod kopca. Pompowaliśmy
wodę z tej studzienki codziennie, przez
prawie miesiąc i nic jej nie ubywało. Prawo naczyń połączonych. Woda z terenu
wlewała się teraz też do studzienki. Spróbowaliśmy jeszcze „wpuścić’ słońce na ten
teren, żeby go osuszało. Kopiec od strony południowej zacieniały ogromne
tuje. Wycięliśmy je. Na cały zalany
kawałek terenu, oraz kopiec, weszło światło i ciepło. Po tygodniu
stwierdziliśmy, że nic się nie zmieniło. Tylko woda miała teraz większy teren,
po tujach, do zalania i bagienko robiło się
coraz szersze. Rozpacz, no czarna
rozpacz. Coś ekipa schrzaniła i tyle.
Brakowało wodzie odpływu. A już na wiosnę, podglądałam, jak montują
oczyszczalnię u siostry i zastanawiałam się, dlaczego z poletka rozsączającego
wyprowadzili jeszcze jedną rurę w pole. Teoretycznie ziemia w naszym kopcu
miała nasączać się wodą z oczyszczalni i potem jej nadmiar miał powoli wsączać
się w grunt. A tu nie chłonęło. Cała woda stała w gruncie. Czyli trzeba tę wodę
„wyprowadzić” dalej. Rura! Taka sama, jak w oczyszczalni u siostry. Taką trzeba
zakopać. Na samą myśl o następnym ryciu ogrodu zimno mi się robiło. Traf
chciał, że we wrześniu na zakupy przyjechał szef innej firmy z tej branży. To
on najpierw robił nam na wiosnę rozeznanie, podpowiadał, co robić, jednak
później coś stanęło na przeszkodzie i wzięliśmy inną firmę. Ciekawski,
pochodził wokół oczyszczalni, wokół kopca i jak pochwalił robotę wokół
oczyszczalni, tak zaklął, kiedy zobaczył wodę za kopcem. Zapytałam, czy dobra
byłaby rura odprowadzająca wodę w ogród,
bo widziałam taką przy oczyszczalni za płotem. Przytaknął. Dobra, połaziłam po
ogrodzie, pokombinowałam (Jaskół każdą moją decyzję w sprawie ogrodu akceptuje,
dlatego piszę tu tylko o swoich pomysłach). Dużo możliwości nie było, ale chciałam
mieć jak najmniej rycia między roślinami. Zadzwoniliśmy do firmy z reklamacją.
Nie robili żadnego problemu. Umówiliśmy się na oględziny. Przyjechali,
zobaczyli i zgłupieli. Nie spodziewali się, że ziemia zamiast chłonąć wodę, pod
jej wpływem tak się zbije. No niestety, taki gatunek gleby. Zrobił się ziemny
beton, który wody nie przyjmuje. Z miejsca odkopali kawałek kopca z tyłu. Woda,
kiedy poczuła ujście natychmiast wylała się szerokim strumykiem. Potem powoli
ściekała.
Zrobili odwodnienie w pół dnia. I znowu szybko,
czysto, schludnie. Pociągnęli w wyrytym przez koparkę wąskim wykopie peszel,
zasypali żwirem, położyli na żwirze włókninę i to zasypali ziemią. Przelecieli tak 40 metrów. Nawet nie
wiedziałam, że na tych 40
metrach jest aż 40. centymetrowy spad. A to już dużo. Minął
tydzień. Woda na razie zeszła i nie wylewa się na boki kopca. Jest piękna,
sucha jesień. Mam nadzieję, że kiedy spanie deszcz, nadal nie zobaczę wody w
tych miejscach, w których nie powinna się pojawić. A po wycięciu tui, zrobiła
nam się piękna przestrzeń ogrodowa. Nie żałuję tej decyzji.
PS. Firma robiła oczyszczalnie z kopcem na terenie bardzo piaszczystym
teoretycznie najlepsze warunki przepuszczalności. Po miesiącu rozpaczliwy
telefon od właściciela oczyszczalni- woda zalewa teren. Pojechali. Faktycznie
woda stała. Okazało się, ze gleba była piaszczysta, ale piasek pod wpływem wody
zmineralizował się w beton. Też robiono odwodnienie. Ta firma robi takich
oczyszczalni około 120 na rok. Najczęściej sypią kopce, ale takich przypadków
jak nasz i ten drugi, to bardzo rzadko doświadczają.
A ja się już nie dziwię, bo użeranie się z wodą mam
chyba wpisane do życiorysu na stałe.
To jest jedyny ślad (oprócz kopca), że na terenie jest oczyszczalnia. Daliśmy lampki, żeby podczas nocnego spaceru nie uszkodzić kominków. Trudno jest się przyzwyczaić do przeszkody na trawniku. Na wiosnę zagospodarujemy ładniej.Kopiec. Na razie wygląda tragicznie. Poczekamy do wiosny, żeby ziemia siadła. Potem położymy agrowłókninę i obsadzimy roślinami płożącymi. Z przodu zasadzimy krzewy, żeby zasłoniły kopiec od strony tarasu.
Kopiec z tyłu, już po wkopaniu peszla odwadniającego.
Wejście w alejkę sosnową. Tu jest wykopana studzienka, do której dochodzi peszel. Od tego miejsca jest już spory spad.
Miedza, którą poszedł peszel. Trochę podniszczyli korzenie brzóz, ale im to nie zaszkodzi. Mam nadzieję.
Od strony alejki sosnowej.
Taką oczyszczalnię mamy zamontowaną i nazywają ją biologiczną. Czyści ścieki i wypuszcza wodę II klasy czystości. Zamiast kopca może być poletko drenażowe, jeżeli gleba jest przepuszczająca. Montuje się też studnie drenażowe, jeśli gleba dobrze przepuszcza i jest mało miejsca.
Ten typ ma moja siostra i nazywa się go ekologiczny. Tak naprawdę to jest to szambo jednokomorowe z wkładką kermazytową (wstępnie filtruje, ale tylko filtruje gnojowicę), tyle, że plastikowe i poletko drenażowe, które ma przefiltrować gnojowicę i rozrzedzony ściek ma wchłonąć gleba. Pozostałości potem (po 10 latach) wybiera się na całej powierzchni poletka.
Nie wiem, dlaczego nazywa się to ekologiczną oczyszczalnią, skoro do gruntu i tak wpuszcza tylko przefiltrowaną, ale nie oczyszczona gnojowicę.
poniedziałek, listopada 03, 2014
Jak to z oczyszczalnią było (1)
Dwa lata temu siostra „wypowiedziała’ nam szambo. Śmiesznie
to brzmi, ale nam nie było do śmiechu. Kiedy dobudowywaliśmy nasz dom do
starego i „tworzyliśmy bliźniak”, matka zadecydowała, że kanalizację w naszym dom należy podłączyć do istniejącego
już szamba. Powiększyło się go i przez 24 lata dwa domy funkcjonowały „na
jednym szambie”. Wywózkę nieczystości płaciliśmy po połowie, więc roczne koszty
nie były wielkie. I tu nagle, dwa lata temu moja siostra oznajmiła nam, że mamy
się „wyprowadzić” z kanalizacją. Szambo jest na jej posesji, więc nie mieliśmy
wyboru. Ona postanowiła zrobić oczyszczalnię ekologiczną i chciała szambo
zasypać. Z jednej strony dobry pomysł, bo osadnik znajdował się pod oknami
naszych kuchni, a z drugiej szalony, bo mogło sobie ono jeszcze następne 20 lat
służyć bez większego uszczerbku na domowych budżetach. No, ale jej ziemia, jej
prawo. Najpierw dała nam rok czasu, ale ponieważ oni ona, ani my nie mieliśmy
kasy, obie oczyszczalnie zrobiliśmy dopiero w tym roku. My postanowiliśmy zrobić
oczyszczalnię biologiczną, ona ekologiczną. Biologiczna różni się tym od
ekologicznej, że jej produktem finalnym jest woda II klasy, w której można się
od biedy myć, a na pewno można jej używać do celów gospodarczych i podlewania
ogródka. W oczyszczalni ekologicznej produktem finalnym jest gnojowica, która
nie powinna pojawić się na powierzchni ziemi. Oczyszczalnia biologiczna to duży
plastikowy pojemnik, w którym są dwie komory. W jednej są nieczystości, te
trzeba raz na rok wypróżniać, w drugiej znajduje się pompa nadmuchująca tlen i
on oczyszcza gnojowicę spływającą z pierwszej komory. Tu powstaje już woda II
klasy, która dostaje się do następnego baniaka. W nim jest pompa, która
wypompowuje tę wodę na poletko odwadniające lub do kopca odwadniającego. Można
też z tego baniaka bezpośrednio pompować wodę na swoje potrzeby. Oczyszczalnia
ekologiczna to jeden baniak, w którym znajduje się kosz z kermazytem. Ten ma
wstępnie oczyścić gnojowicę, która spływa na poletko lub do kopca
odwadniającego. Ziemię z takiego poletka trzeba co 10 lat wybierać i wywozić,
bo robi się w niej taki gnojownik.
Postanowiliśmy zrobić oczyszczalnię raz a
porządnie, ale koszt biologicznej jest dużo większy od ekologicznej. Mimo to,
zdecydowaliśmy, że nie będziemy sobie robić w ogrodzie gnojownika, nawet wtedy,
gdy jest pod ziemią. No i jeszcze chodziło o smrodek. Naszą czuć lekko, kiedy
przechodzi się obok niej, ale to jest smrodek minimalny. Od siostry
oczyszczalni, mimo, że kominki (3) wylotowe są w odległości od naszego tarasu
około 20 metrów,
czasem tak pociągnie, że trzeba wiać do domu i zamykać okna. Siostrze to nie
wadi, bo ona na razie mieszka na piętrze, a wiatry wieją w naszym kierunki. Ot,
taka przypadkowa śmierdząca złośliwość jej wyszła.
Wybraliśmy firmę na jesień w zeszłym roku. Panowie
przyjechali, oblecieliśmy wszystkie możliwe kąty w ogrodzie, bo trzeba było
gdzieś to poletko rozsączające umiejscowić. Wyszło nam, że nie da rady w
dalszej części ogrodu. Tam, gdzie można by, jest daleko i pompa nie dopompuje
wody. Hmm…. No to co? Studnia odwadniająca? Nie bardzo, bo nie wiemy jaka jest
przepuszczalność gleby na głębokości 5/6 metrów. Należało by poprosić
specjalistów do oceny, a to straszny pieniądz jest. No to kopiec. Wrrrrrr…
Wizja kopca tuż przy domu wcale mi się nie widziała. To ustrojstwo ma mieć 5 metrów długości na 5 metrów szerokości i co
najmniej 0,6 metra
wysokości. To taki wał ziemny z dwoma kominkami na końcu i studzienką na
początku. Miejsce na baniaki mieliśmy wybrane, ale kopiec gdzie? Na trawniku
przed tarasem? Jeszcze bardziej wrrrrrrr…. Panowie wzięli taką ekstra „śrubę”
do robienia dziur w ziemi i zaczęli szukać miejsca, gdzie ta przepuszczalność
będzie najlepsza. Wyszło im, że na małej łączce, która została po wycięciu
sadku, będzie dobrze. To odległość od tarasu około 10 metrów, ale trudno.
Będzie kopiec, obsadzę go zieleniną i spróbuję dopasować do reszty ogrodu. Od
strony tarasu posadzę krzewy maskujące i będzie OK. Trzeba przyznać, że udało
nam się załatwić super firmę. Przyjechali w maju, o umówionej godzinie,
wykopali dół pod baniaki. Koparka chodziła tylko w jednym obszarze tak, że
ubiła ziemię na bardzo małym kawałku. Kopiec usypali super. Pracowali szybko,
czysto schludnie, bez wrzasków, obijania się. W zasadzie tylko chodziłam i
przyglądałam się jak sprawnie im to idzie. Jeden dzień i oczyszczalnia była zrobiona.
Posprzątali po sobie, pojechali. Odetchnęliśmy, bo baliśmy się powtórki z
rozrywki jaką mieliśmy przy firmie robiącej chodniki.
c.d.n.
Ale, żeby nie wyglądało, że było tak wszystko
miodzio- z urzędasami też najpierw naużeraliśmy się. Z urzędasami gminnymi, bo
powiatowi chcieli tylko…. jeszcze mnóstwa dodatkowych papierów, a gminni nam
tego nie powiedzieli. W sumie papierkowe sprawy zajęły nam prawie miesiąc. Eh…
Początek kopania dołu pod baniaki. Panowie wytyczyli zarys i koparka równiutko kopała zgodnie z nim. Łyżka nie nabrała ziemi ani o centymetr poza zarys. Równocześnie drugi pan pilnował poziomu dna.Precyzja niesamowita.
Baniaki z samochodu "zebrała' koparka i "osadziła" je w dole. Najpierw podwójny, potem pojedynczy.
Bardzo pilnowano, żeby baniaki stały równo i były odpowiednio wypoziomowane.
Wszystkie trzy w dole. Wszystko musiało grać, żeby dobrze funkcjonowało.
Po zasypaniu baniaków, koparka przejechała do miejsca, gdzie zaplanowaliśmy kopiec.
Ziemia wybrana pod kopiec. Na poletku położono specjalnie ponacinane rury PCV, rozprowadzające wodę.
Na rury przyszła gruba warstwa żwiru. To pomarańczowe, to jest studzienka, do której jest doprowadzona rurka. Z niej spływa woda pompowana z trzeciego baniaka. Na dole studzienki są zamontowane dwie rury rozsączające wodę do kopca. Z tyłu są dwa kominki odprowadzające ewentualne powietrze. Na żwir została położona włóknina i na to wszystko nasypano ziemię.
Tak wyglądał kopiec jeszcze przed ostatecznym uformowaniem. Wszystko pięknie czysto zrobione, bez zbędnych wałów ziemi. Z prawej strony widać pień młodej katalpy. Bardzo zależało mi, aby ona nie ucierpiała. Nieco dalej, z tyłu, jest oczar. On też był narażony. Po prawej stronie, z przodu, jest azalia, obok niej magnolia i ostrokrzew. Na szczęście koparka nie naruszyła ich korzeni. Rosły spokojnie. Do czasu. Ostatecznie na tym etapie straciliśmy tylko nieduży krzak pięciornika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























