Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

05 kwietnia 2016

Piękność zaskrońcowa


Aktualności ogrodowe.
Wczoraj, po południu, paliliśmy gałęzie, które zbieraliśmy spod przycinanych krzewów. W pewnym momencie, kiedy schylałam się po stos, zauważyłam, jak majestatycznie (na razie widziałam tylko taki sposób poruszania się ogrodowych gadów- powoli, z namysłem), spod niego wysuwa się gad. Nieduży, od razu wsunął się w mysią norę. No tak, zaczyna się, rozlazły się po całym ogrodzie. Potem siostra powiedziała mi, że widziała w samo południe, jak gadzina się rozmnaża- rodzi młode. Widziała trzy osobniki, jeden był większy, dwa mniejsze. Hm…. Wieść nie bardzo przypadła mi do gustu. Wychodziło na to, że już cała posiadłość- oba ogrody- siostry i mój opanowały brązowe cudności. Nie dawało mi jednak spokoju stwierdzenie- „rodziła”. Zaskrońce nie są żyworodne, znoszą jaja. No to do NETU. Faktycznie, to nie był poród. One prawdopodobnie uprawiały seks w pełnym słońcu. Wprawdzie ich gody podobno odbywają się w maju, ale jest ciepło, zima była nietypowa. Potem przez cały rok noszą te jaja w sobie, by na wiosnę złożyć je np. w kompoście. Kurcze, ładna perspektywa. Już i tak jesteśmy „uzależnieni” od zwierzaków, które zamieszkują ogród. Tuje i krzewy przycinamy albo po lęgach, albo przed zakładaniem gniazd. Sterty gałęzi palimy do listopada, potem ich nie ruszamy, bo może zimują tam jeże. Remont dachu przesunęliśmy na sierpień, aby wiewiórki mogły wyprowadzić ostatni miot. I jeszcze teraz muszę uważać z ziemią w kompoście, by nie uszkodzić jaj zaskrońca. Czekam, kiedy nas nasi milusińscy „wyprowadzą”.
Dzisiaj „upolowałam” aparatem gadzią piękność. Wygrzewała się na słońcu, oczywiście na schodach z tarasu wschodniego, do ogrodu. Widziałam jej niewielki kawałek przez okno, ale nie mogłam wyjść, bo spłoszyłaby się. Wyszłam więc przez drugi taras, obeszłam kawałek ogrodem i…. zdębiałam. Dotychczas widziałam takie niewielkie „sznurówki”, a to, co się wygrzewało, było wielkie. Serce mi stanęło na moment, zanim dotarło do mnie, że to ja jestem dla niej zagrożeniem, a nie ona dla mnie. Piszę ona, bo samice są większe od samców, a to jest największy okaz mieszkający pod tarasem. Prawdopodobnie mieszka tam też samiec, dużo mniejszy, którego widziałam wczoraj, również na tych schodach. Dzisiaj widziany gad jest tłusty. Być może jeszcze przez złożeniem jaj, albo zeżarł jakąś wielką mysz. A tak nawiasem, w tym roku nie ma przed domem na trawniku kopców krecich. Może obecność zaskrońców zaczyna procentować? W sumie to zaszczyt, że one zechciały się tu zadomowić.
Proszę państwa, przedstawiam gadzią piękność.:)
Zaskoczenie było obustronne. Ja zaskoczona jej gabarytami, ona zapewne zaskoczona moimi.
Chwile obserwowałyśmy się w milczeniu. Starałam się zrobić zdjęcia, nie wykonując gwałtownych ruchów. W pewnym momencie pokazała mi język. Niestety, nie zdążyłam pstryknąć, a ona nie chciała się popisywać drugi raz. Znudzona odwróciła się i zaczęła pełznąć w stronę miejsca, gdzie zawsze znika pod tarasem.
 Śliczna jest. Te żółte plamy za "uszami napawają mnie radością. Wszak pamiętam strach, kiedy jeszcze nie wiedziałam, co za gad siedzi pod tarasem. Żółte plamy są świadectwem bezpieczeństwa. Ładne ma też ubarwienie. Lubię takie oliwkowo-kremowe zestawienie. I jeszcze czarny obrys łusek. Prawdziwa elegantka. To jest szyk w gadzim stylu.
 Tu jest w całej"długości". Zdecydowanie większa od tych osobników, które dotychczas widziałam.
 I taka tłusta, żeby nie powiedzieć wprost- spasiona. Piękną ma tę "sukienkę". Taką błyszczącą i widać, że jest aksamitna
 Tu widać przy ogonie zgrubienie. Jaskół cieszy się, że będzie przychówek. Uważa, że jak zwierzaki chcą się w naszym ogrodzie rozmnażać, to jest to znak, że jest im dobrze.
 Koniec ślicznoty. Ogon? Przecież ona cała jest "ogonem". Schowała się pod tarasem i już jej dzisiaj nie widziałam.

03 kwietnia 2016

Trzy ciemnorude psotnice i jeden gad.

Ogród.
Rude.
Trzy tygodnie temu znalazłam martwą wiewiórkę na dole w ogrodzie, pod brzozą. Straszne. Dla mnie wiewiórki są jak koty domowe. Strata jednej to cios. Wzięłam martwego rudzielca i… spaliłam w centralnym. Z bólem serca. Spaliłam, bo nie bardzo mogliśmy odczytać, jakie były przyczyny jej śmierci. Futerko nienaruszone, pyszczek spokojny, ciałko niepowykręcane. Uznaliśmy, że to starość ją zmogła, ale nie mogliśmy wykluczyć choroby. Dlatego spaliłam. No to koniec- pomyślałam sobie- już nie zobaczę wesołego rudasa na gałęziach, już mnie nie „obcuka”, tupiąc śmiesznie łapką o konar i wściekle machając kitą.
Zrobiło mi się jakoś pusto i strasznie smutno. No, nie śmiejcie się, strata wiewiórki też może boleć.
Minął chyba tydzień od tego zdarzenia, kiedy Jaskół cicho wszedł do domu i przytykając palec do ust, machnął rękę żebym za nim wyszła przed dom. Powoli, cichutko stanęłam przed drzwiami i spojrzałam na wierzbę obok wejścia. Widok był niesamowity- trzy wiewiórki śmigały po pniu tam i nazad, kręciły się wokół pnia w tempie iście kosmicznym.
Prawie „słyszałam” ich radosny śmiech. Serce mi stanęło- tym razem z radości. SĄ, trzy rudasy, nie- trzy ciemnobrązowe, młode wiewióry są na stanie ogrodowym. Od tego czasu widuję je dosyć często. 
 Film jest niedoskonały z wiadomych przyczyn. Jaskół nie chciał przerwać tak wspaniałego występu. Wierzba jest niefotogeniczna odkąd przycięliśmy ją na maksa po tym, jak miała zamiar, ogromna, pod wpływem wichury, zwalić na dach domu. Słup też jest nieteges, ale na niego już naprawdę  nie mamy rady. Nie można przestawić słupa, bo nie ma dokąd. Tkwi na posesji, przed wejściem do domu już od 26 lat, a może i więcej? Tak na pewno więcej, ale pozwolenie na budowę domu w jego bliskości dostaliśmy bez zastrzeżeń. Ale nie o słupie i wierzbie ten post.
Rude chyba robią gniazdo na ostatniej, ogromnej tui przy bramie. Miejsce niepojęte dla ludzkiej logiki, bo tam ruch największy, ale zwierzaki posługują się swoim instynktem i doskonale wiedzą, co dla nich najlepsze.
Skrzydlate- wiosenna inwentaryzacja.
Wróciły z wojaży drozdy. Naliczyłam trzy sztuki „stacjonarne” i jeden przylatuje na wieczorne koncerty z innego, niedalekiego ogrodu. Oprócz drozdów wszędzie panoszą się kosy. Kolejny raz budują gniazdo w cisie, obok okna sypialni. To znaczy, że ich trasa przelotu będzie znów nad stołem na tarasie. Oprócz tego, dwa gniazda rosną w bardzo szybkim tempie obok okna pokoju „komputerowego”. Jedno zaraz przy oknie, drugie nieco wyżej przy zejściu się dwóch rynien. Od tygodnia pan kos, w każdy wieczór, siada na balustradzie balkonu, nad naszymi głowami (siedzimy na dolnym tarasie) i daje nam koncert. Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkam, ogród często odwiedza stadko szpaków i buszuje na trawnikach, cicho pogwizdując i coś tam do siebie szczebiocąc. W ogrodzie jest również parę zięb, dużo sikorek, całe stadko sierpówek no i stary „kujon” w czerwonych portkach. To ptaki większe, a wśród „drobiu” mamy: piecuszki, raniuszki, pierwiosnka, dzwońce i chmarę „rozkrzyczanych” wróbli. Czekamy na muchołówki. Pewnie jeszcze jakieś ptaszki są, ale na razie nie rozpoznaliśmy więcej gatunków. Wieczorami i rankami nad ogrodem czaple odbywają swe przeloty na okoliczne stawy i od czasu do czasu widzę nad polem sąsiada „stojącą” w powietrzu pustułkę.
Reszta ogrodowej „żywizny”
Dzisiaj Młoda przyuważyła przy ścianie domu gadzinę. Beza już nie reaguje, bo nawet nie drgnęła, a przecież widziała paskudę. Mamy nadal zaskrońca w mieniu ruchomym. Jest nieduży, cały brązowy, ze wspaniałymi plamkami za uszami. Mieszka pod tarasem i mam ogromną nadzieję, że jednak wyniesie się na lato w głąb ogrodu. Nie wiem, czy to nasz Zyzio sprzed dwóch lat. Ten gad jest trochę za mały na dorosłego osobnika. A z drugiej strony, robi mi się nijako, gdy pomyślę, że może to być młody. Brrrrr, całe stadko zaskrońców w zasięgu wzroku napawa mnie lekkim stracho- obrzydzeniem. Po południu miałam okazję przyjrzeć się mu bardziej i stwierdzam, że jest śliczny. Ponownie wygrzewał się pod ścianą i nawet, kiedy mnie zauważył, nie spłoszył się bardzo. Majestatycznie wsunął się pod taras. Potem jeszcze wychynął łepek i chwilę się mi przyglądał. Po czym zniknął pod tarasem. Beza, która stała od niego dwa kroki nawet nie mrugnęła. Popatrzyła na gada, odwróciła się i poszła na trawnik.
Żab na razie nie zauważyłam, ale pojawiły się jeże. Jednego, chyba chorego, wyniosłam dzisiaj  w wiaderku poza ogrodzenie. Miał sparaliżowane tylne łapki. No i nadal ogród przekopują całe zastępy nornic, myszy różnej maści i tabuny kretów. W tym roku spróbujemy to całe ryjące tałatajstwo przegonić za pomocą czosnku granulowanego. Podobno skutkuje.
Dom.
A i owszem, posprzątałam gruntownie. Nie tylko z okazji świąt, bo od paru lat świąt w ogóle nie obchodzimy. Posprzątałam, bo w marcu zawsze sprzątam gruntownie po zimie. Przy okazji wywaliłam znów sporo durnostójek, kilko schowałam do szafki. Niepotrzebne kurzołapy. Trudno się przyznać, ale mam coraz mniej sił i cierpliwości do odkurzania oraz mycia takich drobiazgów. Tym sposobem zrobiło się więcej przestrzeni na półkach. Czy smutniej i siermiężniej? Chyba nie. Nie przepadam za nadmiernym wystrojem pomieszczeń.
Święta- nie było. Nie obchodzimy i nie mamy z tego powodu jakiegoś specjalnego kaca/wyrzutów sumienia, że łamiemy tradycję. Coraz częściej łapię się na myślach, że każdy dzień powinien być dla nas świętem. Co w ogóle decyduje o tym, że jest święto, czy go nie ma? Mazurek na stole, święconka w kościele, łamanie opłatkiem? To dla wierzących, a ja nie wierzę. Owszem, wychowano mnie w tradycji luterańskiej, obchodziliśmy wszystkie święta ze wszystkimi należnymi im akcentami- oprócz wyjść do kościoła. Matka, za młodu jeszcze praktykująca, próbowała nawet jakimś wstępem, uroczystą mową rozpoczynać wieczerzę. Pewnie zamiast modlitwy. Nie zabrakło łamania się opłatkiem przy kolędach, śpiewanych w radio, czy z płyty. Wielkanoc też była tradycyjna, według tradycji luterańskiej. I tak święciliśmy do śmierci ojca, który nie potrafił sobie wyobrazić życia bez hucznych świąt. A potem zauważyłam bezsens tego, co robiliśmy. Czy tylko dla samego tego, że świętowaliśmy tak, jak inni? Podtrzymywaliśmy jakąś rodzinną tradycję? Być może, bo i tradycją stało się, że okropnie nas to wkurzało, iż znowu będzie spęd (w podskokach 14 osób) rodzinny, że znowu się pokłócimy przy stole, bo ktoś zamarudzi, że ryba słabo wypieczona, a makówki za słodkie. Tak, cała rodzina była terroryzowana przez ojca, bo matka miała to od dłuższego czasu w nosie. A mnie pozostało wspomnienie wstrętnej atmosfery, ogromnego zmęczenia, niechęci do świąt, bo większość tego świątecznego bałaganu była na mojej głowie i nie było zmiłuj.
Dlatego teraz święta spędzamy na nicrobieniu. W tym roku Młoda upiekła sernik, ja ciasteczka z gotowca- ciasta francuskiego i to z wypieków było wsio. Żadnego wielkiego żarcia, żadnych stosów naczyń do mycia, żadnego dojadania na siłę po świętach. Za to mnóstwo śmiechu, ciszy, spokoju i leniuchowania.

02 kwietnia 2016

Terror zinstytucjonalizowany- suplement do poprzedniego posta

"Polskie kobiety powinny wpaść w przerażenie – wszystko wskazuje na to, że wkrótce odebrane im zostaną resztki prawa do przerywania niechcianej ciąży. Będą musiały rodzić nawet ciężko uszkodzone dzieci, po to tylko, by patrzeć jak konają, będą musiały znaleźć w sobie siły, by rodzić dzieci swoim gwałcicielom, będą wreszcie musiały poświęcać swoje zdrowie i życie, by dać zadość rytualnej ochronie zarodka i płodu.
Jeśli wierzyć doniesieniom, to PiS-owski rząd co prawda sam nie rozpęta nowej debaty aborcyjnej, będzie po prostu bardzo życzliwy wszelkim niezależnym projektom ustaw zmuszających kobiety do zrzeczenia się praw do własnego ciała.

Zły i dobry krzyk

Wojna propagandowa już chyba jest szykowana, jakiś czas temu mogliśmy czytać histeryczne wiadomości na portalach promujących torturowanie kobiet o tym, że w  Szpitalu św. Rodziny przy Madalińskiego jakiś abortowany płód wył głośno przez godzinę po zabiegu. To było złe wycie, bo po aborcji.
Prawda rzecz jasna okazała się inna – po legalnej, indukowanej farmakologicznie aborcji nie prowadzono uporczywej terapii ciężko chorego dziecka z licznymi wadami:
Z dokumentacją medyczną zapoznała się też prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant ds. neonatologii. Nie miała zastrzeżeń do działania lekarzy ze szpitala przy Madalińskiego. Podkreśla, że sprawa była trudna, bo pacjentka przyjechała spoza Warszawy i jej ciąża nie była prowadzona w lecznicy.
Lekarze musieli szybko podjąć decyzję. Zwołali konsylium ginekologów i neonatologów i stwierdzili, że doszło do ciężkich, nieodwracalnych wad płodu i są przesłanki do ukończenia ciąży – mówiła prof. Helwich. – Działali zgodnie z zapisami ustawy. Z dokumentacji wynika, że dziecko miało pojedyncze uderzenia serca. Zostało odłożone do inkubatora otwartego i zostało okryte. Tak małemu dziecku nie podaje się leków przeciwbólowych doustnie, tylko dożylnie. By to zrobić, należałoby wykonać wkłucie, ale to powodowałoby jedynie dodatkowy ból i byłoby uporczywą terapią, gdyż to dziecko nie mogło być uratowane. Dobrze, że pozwolono mu godnie i w spokoju odejść.
Z naszych informacji wynika, że dziecko prócz stwierdzonej wady genetycznej w postaci zespołu Downa miało też nieprawidłowo działające nerki i wadę serca. – Takie wady serca można operować, ale gdy urodzone dziecko waży trzy kilogramy, a nie 500 gramów – tłumaczy prof. Helwich.
Przedstawiciele szpitala twierdzili już kilka dni temu, że informacje telewizji Republika o płaczącym przez godzinę dziecku są nieprawdziwe.
500-gramowe dziecko nie jest w stanie głośno płakać. Jego płuca są tak niedojrzałe, że może co najwyżej kwilić – mówi prof. Helwich i dodaje, że gdy dochodzi do przedwczesnego porodu i rodzi się żywe dziecko ze skrajnie małą wagą, wieloma wadami i nie ma szans na przeżycie, wtedy lekarze dają je w ramiona matki, ale w tym przypadku było to niemożliwe.
Ta historia oczywiście doprowadza zwolenników torturowania kobiet do wściekłości. Nie tak powinno się to rozgrywać. Ideałem jest dla nich, gdy kobietę zmusi się do kontynuowania ciąży, a następnie patrzenia, jak po urodzeniu dziecko kona przez dwa czy trzy dni, tak jak to miało miejsce z pacjentką Chazana, która patrzyła na swoje anencefaliczne dziecko, z wypadająca gałką oczną i bez mózgu, jak powoli umiera od niedających się opanować infekcji.
Serca zwyrodniałych prolajfowców radowały się na myśl o poświęceniu, do jakiego ją szlachetnie zmuszono. Czy jest coś piękniejszego dla obrońcy życia, niż gałka oczna zwisająca na szypułce nerwu i naczyń krwionośnych, dyndająca na policzku skrajnie niedorozwiniętego dziecka?
Tak, prawdopodobnie jest kilka rzeczy piękniejszych, pouczają nas o nich podręczniki patologii rozwoju. Dziecko może na przykład cierpieć na rybią łuskę arlekinową. Cała jego skóra jest wtedy pękającą raną. Trudno, będąc obrońcą życia, nie czuć słodyczy tej sytuacji: sztywna skorupa pokrywające małe ciałko, która trzaska przy każdym poruszeniu, otwierając wrota bakteryjnych infekcji i wysyłając potężne strumienie sygnałów bólowych. Dzieci anencefaliczne mogą być źródłem emocjonalnego horroru dla rodziców, ale subiektywnie, z braku mózgowia, nic prawdopodobnie nie odczuwają. O dzieciach z łuską arlekinową tego powiedzieć nie można – ich mózgi są zasadniczo sprawne.



Dziecko cierpiące na łuskę arlekinową.
Ich krzyk jest zapewne dla prolajfowców dobrym wyciem, tym bardziej, że przecie może trwać lata, dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny, bo kiedyś takie dzieci umierały w kilka godzin, do kilku dni po porodzie:
W czwartek 5 kwietnia 1750, udałem się zobaczyć najbardziej godne pożałowania dziecko, urodzone ostatniej nocy z Mary Evans w Charleston. Wszyscy którzy je widzieli byli zdumieni, i ja też ledwo wiedziałem jak to opisać. Skóra była sucha i twarda, i wyglądała jak popękana na małe kawałki, nieco przypominając łuski ryby. Usta były duże, okrągłe i otwarte. Nie miało nosa zewnętrznego, ale dwa otwory w miejscu gdzie powinien znajdować się nos. Oczy wydawały się być kawałkami skrzepłej krwi, wybałuszone, wielkości śliwek, stanowiąc przerażający widok. Nie było uszu zewnętrznych, tylko otwory gdzie powinny się znajdować. Dłonie i stopy wyglądały na opuchnięte, były skurczone i dosyć twarde. Tylna część głowy była otwarta. Wydawało dziwny krzyk, bardzo niski, którego nie potrafię opisać. Żyło około 48 godzin i było jeszcze przy życiu gdy je zobaczyłem.
A cierpienie, jak wiadomo, uszlachetnia, więc choć takie dziecko nic w życiu, poza nieludzkim bólem, nie pozna, to i tak warto, by sobie trochę pocierpiało. Dzięki całkowitej delegalizacji aborcji takie dzieci będą wreszcie uratowane od gehenny aborcji na zarodkowym lub płodowym etapie życia, gdy jeszcze ich wcale, jako odczuwających istot, nie było, gdy niczego nie czuły.

Piękno aborcji

Nawiasem mówiąc widzę ponurą ironię w oburzeniu prolajfowych zwolenników torturowania kobiet na fakt, że w szpitalu przy Madalińskiego nie prowadzono uporczywej terapii dziecka, które urodziło się w wyniku indukowanego poronienia. Powinni być zachwyceni, że przeżyło koszmar aborcji.
Widzicie, zwyczajna narracja zwolenników torturowania kobiet jest taka, że aborcja to straszna jatka. Wiadomo – te wszystkie porozrywane płodziki straszące z plakatów prolajfowców. Albo wycinki ze starych podręczników, pokazujące rzekomą normę aborcji. jak te używane ostatnio przez jedną z czołowych fundacji walczących z prawami kobiet, gdy żebrała o pieniądze, na których widać bezduszne procedury miażdżenia karków niewiniątkom:
Skoro aborcja tak wygląda, czy to nie dziwne, że w szpitalu Madalińskiego dziecko żyło? Powinno być porozrywane, mieć pogruchotany kark i tak dalej. Oczywiście to brednie. Nikt tak dziś aborcji nie przeprowadza, bo robi się ją, w cywilizowanych warunkach, farmakologicznie – indukując poronienie. Takoż skrobanki to ponury aspekt aborcyjnego podziemia, gdzie trzeba ciążę szybko usunąć w ramach krótkiego zabiegu, bez poddawania kobiety obserwacji.
Nie wolno też wreszcie zapominać o tym, że wszystkie te ładne zdjęcia płodów, z taką chęcią wykorzystywane przez zwolenników torturowania kobiet jako kontrast dla aborcyjnej rzeźni:
Najczęściej płodów z ciąży pozamacicznej, która stanowi wielkie zagrożenie dla życia kobiety. Gdy zarodek zagnieździ się poza macicą, może się rozwijać, ale prędzej czy później dochodzi do poważnych komplikacji, na przykład pęknięcia jajowodu, rozerwanego rosnącym płodem.
Usunięcie patologicznej ciąży jest fundamentalnym obowiązkiem każdego lekarza dbającego o zdrowie i życie pacjentki. Obowiązkiem, który wkrótce zostanie zdelegalizowany, tak jak stało się to w 2006 roku w Nikaragui, co sprawiło, że lekarze zaczęli bezczynnie przyglądać się, jak ich pacjentki umierają od ciąż pozamacicznych. W promowaniu tego zwyrodnialstwa jak zwykle prym wiedzie Kościół katolicki.
Zakaz aborcji w działaniu: Salwador
Jednym z krajów, gdzie panuje całkowity zakaz aborcji, jest Salwador. Z punktu widzenia Polski jest on szczególnie interesującym przykładem, bo przez wiele lat, to jest od 1973 roku, panował tamkompromis aborcyjny, nader podobny temu, którym dręczone są teraz kobiety w Polsce. Tak więc aborcja była co do zasady nielegalna, z kilkoma wyjątkami:
  • gdy ciąża była wynikiem gwałtu,
  • gdy płód był ciężko uszkodzony,
  • gdy poronienie wynikało z zaniedbań matki.
Prawo do było także klasistowskie: kobiety o nieposzlakowanej opiniimogły liczyć na obniżenie kary, jeśli zgodziły się na aborcję celem ochrony swojej reputacji.
Pierwsze próby rozszerzenia prawa do torturowania kobiet w niechcianej ciąży podjęto w 1992 roku. Prolajfowe organizacje, mocno wspierane przez zawsze stający po stronie dręczycieli kler katolicki, złożyły wtedy propozycje ustaw znoszące wszelkie wyjątki od zakazu aborcji.
Nie udało się.
Dopiero w 1998 roku wprowadzone pożądane przez religijnych fundamentalistów zmiany i zakazano wszelkiej aborcji, nawet tej ratującej życie kobiety. Efekty? Opisuje je raport Międzynarodowego Komitetu Praw Człowieka.
W Salwadorze karane więzieniem są nawet kobiety, które poroniły w wyniku komplikacji ciążowych. Strach przed więzieniem sprawia z kolei, że wiele z nich zwyczajnie boi się udać do lekarza, gdy w trakcie ciąży dzieje się z nimi coś nie tak, gdyż ryzykują, że objawy choroby zostaną odebrane jako dowody na próbę zabicia zarodka czy płodu.
Ten strach nie jest irracjonalny. Raport opisuje przykład 30-letniej Marii Edis Hernández Méndez de Castro, która zemdlała w trakcie ciąży i obudziła się w szpitalu. Skazano ją na 30 lat więzienia za próbę morderstwa dziecka. Jakie były podstawy wyroku? Otóż stwierdzono, że ciąża była wynikiem zdrady małżeńskiej, kobieta przejawiła zachowania wbrew naturze, to znaczy nie otoczyła nowo-narodzonego dziecka intensywną opieką, wydawało się też sędziom, że swój interes stawiała ponad interesem dziecka.

30 lat odsiadki za rzekomą próbę aborcji, o której wnioskowano na podstawie tego, że kobiecie nie było dość lubo po porodzie.

Inny przykład to Glenda Liseth Figueroa Castañeda, samotna 19-letnia matka 4-letniego dziecka. W trakcie ciąży nigdy nie doświadczyła wizyty u lekarza, gdyż nie było jej stać na opiekę medyczną. Gdy pewnego dnia po prostu urodziła dziecko w toalecie i zaczęła mocno krwawić, zadzwoniła po pomoc do matki. Trafiła tym sposobem do szpitala, tam pielęgniarka zadenuncjowała ją na policję. Glenda trafiła na trzydzieści lat do więzienia, jej dziecko trafiło do sierocińca.
Salwador to kraj ukazujący do jakiego piekła doprowadzają chrześcijańscy fundamentaliści, gdy pozwoli się im stanowić prawo. Najbardziej groteskową, choć zarazem niebywale tragiczną, historię stanowił przypadek Beatriz. Ta 22-letnia kobieta cierpiała na toczeń, który zdążył już jej zniszczyć nerkę. Gdy zaszła w ciążę lekarze powiedzieli jej, że nie przeżyje, jeśli będzie próbowała donosić. Co więcej okazało się, że jej płód jest anencefaliczny, czyli nie posiada mózgu (innymi słowy to przypadek trochę podobny do przypadku pacjentki Chazana). Lekarze orzekli, że nawet donoszony umarłby w chwilę po porodzie.
Lekarze złożyli u rządu prośbę o pozwolenie na aborcję. Sprawa trafiła przed Sąd Najwyższy, który odmówił prawa do aborcji. Życie płodu, nawet bezmózgiego, okazało się nienaruszalne, choćby ceną był życie umózgowionej, czującej kobiety.
Co ciekawe ostatecznie uratowano życie Beatriz, przeprowadzając u niej wczesne cesarskie cięcie. Ta procedura, jak zauważyli komentatorzy, nie różniła się od tego, co zrobiono by w tym przypadku, gdyby Beatriz dostała pozwolenia na aborcję. Jedyna różnica dotyczyła tego, co zrobiono potem z bezmózgim płodem – podawano mu płyny, przedłużając jego agonię do pięciu godzin. Dzięki temu urzędnicy mogli jednak oddać się rytualnej hipokryzji i mówić, że nie przeprowadzono aborcji. Prolajfowcy wprost zdradzili zadowolenie, że dziecko zmarło z przyczyn naturalnych, choć mnie osobiście intryguje takie rozumienie natury, że obejmuje nowoczesną opiekę neonatologiczną i podawania płynów bezmózgiemu płodowi, wyjętemu w trakcie ciąży z ciała matki.

Oczywiście aborcje, takie prawdziwe, nadal są masowo przeprowadzane w Salwadorze. To kraj, w którym co trzecia ciąża jest ciążą kobiety lub dziewczyny młodszej niż 19 lat. Wynika to z zupełnego braku dostępu do antykoncepcji.

Innymi słowy jedyną formą regulacji płodności, jaka dostępna jest dla kobiet, jest pokątna, niebezpieczna aborcja, zwykle robiona własnymi rękoma, lub dzieciobójstwo.
Przy czym własnymi rękoma należy rozumieć całkiem dosłownie – wbijanie sobie drutów i wyciąganie za ich pomocą płodów jest jedną z popularniejszych metod. Tudzież wlewanie mydła lub żrących płynów wciśniętymi do macicy rurkami.
Tak wygląda cywilizacja życia w praktyce."

Sylwstr: Oblicza aborcji w http://codziennikfeministyczny.pl/slwstr-oblicza-aborcji/

Zinstytucjonalizowany terror. Strach...

Jestem Polką, żyję w Polsce. Wiem, jak to jest w Polsce być kobietą. Wiem wszystko o mniej lub bardziej subtelnym, mniej lub bardziej otwartym: lekceważeniu, poniżaniu, wykorzystywaniu i molestowaniu.
Z nauk odbytych na własnej, osobistej skórze wiem sporo o przemocy – i jej przemilczaniu. Książki mogłabym pisać (może i napiszę) o nierównych szansach, nieuczciwych zasadach i niesprawiedliwych, podwójnych standardach. Zalecenia, by „wyluzować” ,„nie przesadzać”, bo to „tylko żarty”, „tylko słowa”, „tylko końskie zaloty” – także znam jak własne, mimo oznak niezgody manifestowanych od zawsze. Wydawało mi się dotychczas, że wiem dużo, wystarczająco już dużo, o baniu się. W końcu od zawsze nas tutaj porządnie straszono.
Aż do dzisiaj myślałam, że wiem, co znaczy się bać, dziś się to zmieniło. Dziś partia rządząca ustami swoich liderek i liderów pierwszy raz w życiu napędziła mi porządnego stracha. Nie jest to lęk byle jaki, powierzchowny, płytki ani abstrakcyjny. To jest zupełnie konkretny, przytłaczających rozmiarów lęk deluxe, egzotyczny i importowany. Dostarczany do Polski na specjalne zamówienie w czasie i przestrzeni – wprost z Salwadoru, z nazistowskich Niemiec i z Rumunii spod rządów Ceaușescu. Ten lęk smakuje cierpieniem i – nie zawaham się użyć tego słowa – totalitaryzmem. To lęk przed odczłowieczeniem, przed – dosłownym – uprzedmiotowieniem.
Wszyscy i wszystkie zgadzają się na to i gładko przechodzimy dalej, by nie tracić czasu na zbędne pierdoły. Od dzisiaj osoby bez macic pozostają ludźmi, resztę obejmuje jakaś inna forma, porządek odrębny. Osoby z macicami mają dowodzić swojej użyteczności i funkcjonalności, istnieją w ściśle określonym celu. Wprost do tego celu prowadzi scenariusz przewidziany czyjąś nieugiętą wolą i zapisami w prawie. Po wykorzystaniu zgodnie z przeznaczeniem, kobiety na ogół nadają się do ponownego użycia, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Czy jako przedmioty zaczniemy porównywać swoje parametry, wyniki, osiągi? Czy żyjąc w stanie ciągłej zależności od łaski, niełaski, donosu, kaprysu – ze strachu zaczniemy kolaborować z systemem? Pierwszy raz w życiu czuję, jak to jest bać się, że ktoś zaprzeczy mojemu człowieczeństwu. Swoje pretensje do sprawowania nade mną władzy w majestacie prawa rozciągnie aż do granic sprawowania kontroli i nad moją śmiercią.

Więc, przyjmijmy, to już pewne – nie jesteśmy ludźmi. Są nimi blastocysty, zarodki i płody, posiadające swoich gorliwych obrońców, adwokatów, prawa, a może nawet stowarzyszenia, ulubione rozrywki, doroczne festyny. My nie mamy praw, żyjemy w ciągłym lęku, a nierówną walkę z tym cholernym uprzedmiotowieniem trzecią już dekadę prowadzimy same.

O ile w ogóle, najczęściej bowiem nic nie prowadzimy, kompletnie się nie wychylając. Już trzecią dekadę pozwalamy wszystkim wycierać sobie brudne usta naszym życiem i codziennym losem, traktowanym z lekceważeniem jako sprawa „zastępcza”, „obyczajowa”, „światopoglądowa”. Nie protestujemy, kiedy się to dzieje, więc teraz konsekwentnie wypada zgodzić się z faktami. Doprowadziły nas one do punktu, w którym państwo będzie zwyczajnie, naturalnie i w imię etycznej czystości właśnie nas uśmiercać. Utylizować krnąbrne, psujące się przedmioty.
Jest w naszej kulturze coś bardzo głęboko zaszczepionego, co każe nam kobiet nie uważać za ludzi. Nie szanować kobiecego życia, zdrowia, nie przejmować się cierpieniem kobiet. Mamy to na co dzień. Ostateczne uprzedmiotowienie w prawie to zaledwie ostatni, symboliczny krok, finalizujący tę od dawna oczywistą transakcję. Jedną stroną tej transakcji jest konieczna dla nas ofiara złożona z ciał, człowieczeństwa i wolności kobiet. A co po drugiej stronie? Po co to wszystko? Czy to tylko po to, by napawać się przewagą, kontrolą i władzą? Czy tylko dlatego, by symboliczny fallus na wieki pozostał wielki i dumnie sterczący?
Może inaczej. Spróbujmy pomyśleć świat, w którym kobiety są ludźmi i w pełni wykorzystują swoje ludzkie prawa, w tym reprodukcyjne. Życie i zdrowie kobiet jest bezwzględnie szanowane i troskliwie chronione, żadna abstrakcyjna idea nie wytrzymuje konfrontacji z nadrzędnym celem dobrostanu myślących i czujących istot, niezależnie od tego, czy mają one macicę. W tym świecie KOBIETY MAJĄ PEŁNĄ KONTROLĘ NAD SWOJĄ PŁODNOŚCIĄ.
U licha, co się wtedy stanie? Co się takiego przerażającego stanie, kiedy to zrobimy? Dlaczego tak bardzo nie potrafimy sobie tego wyobrazić, że uciekamy się wciąż do dręczenia, torturowania i odczłowieczania? Dlaczego posuwamy się do każdego okrucieństwa i każdej potworności, byle tylko ta idea nigdy nie została urzeczywistniona? Dysponując wszelkimi środkami, by kobiety mogły realnie decydować o rozrodczości własnej i naszego gatunku – jaki mamy interes w tym, by pozostało to czymś nieosiągalnym i niewyobrażalnym?
A może… Może kobiety miałyby czelność sprowadzać dzieci tylko do takiego świata, w którym dobrze i bezpiecznie żyje się im samym? Kto kontroluje ciała i rozrodczość kobiet – ma władzę nad tym, gdzie, kiedy i po co dzieci będą zaludniać wspólnoty, napędzać gospodarki, jakie będą się wyznaczać nasze wspólne cele. Gdybyśmy oddały i oddali władzę reprodukcji całkiem w ręce kobiet – te wspólnoty musiałyby przybrać takie kształty, by każda przyszła matka naprawdę chciała w swojej pozostawać. Z reguły matki nie łakną dla swoich dzieci strachu, cierpienia, poniżenia, głodu. Nasze wspólnoty musiałyby być dla nich wystarczająco bezpieczne, dostatnie, stabilne. Wypełnione szacunkiem do siebie, do innych, do życia. Ten szacunek musiałby być widoczny w faktach, zamiast w deklaracjach.

Polityka prowadzona za pomocą macic mogłaby – po raz kolejny – okazać się najskuteczniejszym ze wszystkich narzędzi rewolucji w historii naszych dziejów. Czy nie w ten sposób powstał patriarchat oraz kapitalizm?

Polityka reprodukcyjna w rękach kobiet stałaby się przyczyną fundamentalnych przemian społecznych, politycznych i ekonomicznych. Demografia wszędzie byłaby sprawdzianem jakości życia i sensowności każdego ustroju. Kobiety być może odmawiałyby sprowadzania dzieci na świat, w którym mają one ginąć w bezsensownej walce o ziemię, religię, ropę albo prestiż.
Kobiety mogłyby chcieć dla swoich dzieci więcej, niż niepewne, niepełne, niedostatnie życie. Mogłoby się okazać, że gdy to kobiety zaczną wybierać zasady, wybiorą dla nas i dla siebie takie, które służą słabym zamiast silnym, skoro najsłabsze są dzieci. Zasady oparte o współpracę, troskę, opiekę i wzajemną pomoc. Uniwersalny kult produktywności, wilczej wrogości, walki wraz z bzdurnym dogmatem „nieustającego wzrostu” trafiłyby do kosza.
No ale. To tylko gdybania, a fakty są takie, że kobiety nie są ludźmi, a ich prawa, w tym reprodukcyjne, to w Polsce „zastępcze tematy” (pamiętajmy, by powtarzać to odpowiednio często). Posłuszne politycznym priorytetom rządzących, potulnie i w milczeniu wracajmy tam, gdzie nasze miejsce – na półkę z macicami. Nie decydować, nie wpływać na nic, milczeć, nie mieć żadnego znaczenia. Rodzić i umierać.”
Iza Palińska: Zastępcze życia kobiet /

Przepraszam, tym razem wyłączam komentarze. Proszę, nie uznawać tego za objaw nieuprzejmości w uniemożliwianiu wyrażania swoich opinii. Uważam, że w sprawie prawa do samostanowienia kobiet (w tym do aborcji) zamieściłam już tutaj sporo artykułów (owszem wklejki, ale dobrze napisane), pod którymi pojawiało się dużo komentarzy. Myślę, że zostały w nich wyrażone opinie, które teraz pewnie powtórzyłyby się. A tak naprawdę, to temat jest tak drażliwy, że nie chcę tutaj żadnej „wojenki” słownej.