Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

11 marca 2024

Beza jedzie za granicę, czyli wycieczka nad żermanicki zalew.

Przyzwyczajamy Bezę do dłuższej jazdy samochodem. Dotychczas jeździliśmy z nią niedaleko, tak po 20 kilometrów w jedną stronę i z powrotem. Pierwszą dłuższą trasę zaliczyła, kiedy jechaliśmy po Szerszenia, by go zabrać z zimowego garażowanie. Wtedy Beza w sumie przejechała samochodem  120 kilometrów.  Po jednym przystanku w każdą stronę na siusianie i napicie się wody. Ona uwielbia jeździć, ale to, że ona uwielbia wcale nie znaczyło, że da radę wytrzymać długą jazdę. Chyba nie będzie z tym problemów.


 

 Wczoraj pojechaliśmy w trójkę, nad Zalew Żermanicki. Już tam byliśmy z Jaskółem- opisałam to TU,


 

Ta drogą jeździliśmy już wielokrotnie, ale mnie się jeszcze nie znudziła ze względu na widok pięknej panoramy Beskidów. W Czechach w niedzielę, do południa, drogi są prawie puste.

Zdjęcie na samej górze- widok na pasmo Wielkiego Jaworowego na czeskiej stronie przy zjeździe do Cieszyna.

Dwa zdjęcia poniżej- panorama Beskidów czeskich
 

Nad zalew  podjechaliśmy z innej strony niż zapora. Samochód postawiliśmy na parkingu we wsi Domasławice Górne. Parking obok kościoła, a jakże, ale pusty. Wokół spokój, cisza, kościół zamknięty.

Wieś ma długą historię. Została założona w 1305 roku, prawdopodobnie przez Domasława. Zaraz za miedzą są Domasławice Dolne. Obie wsie są wzmiankowane w dokumentach biskupa wrocławskiego, któremu mały płacić podatek.

W niecałe 100 lat później wybudowano pierwszy kościół. Jego koleje były różne, palił się, potem go odbudowywano, potem był luterański, by w 1958 roku wrócić do rąk katolików. Sam kościół taki sobie. Bardzo podobny do tego kościółka na pierwszym zdjęciu.

Najpierw poszliśmy zobaczyć starą, średniowieczną figurę „Nepomucka”. To bardzo popularny święty w Czechach i na Morawach, a i w Polsce, zadaje się, też. Figura, jak figura, złote gwiazdeczki w aureoli, charakterystyczna sylwetka- wygląda na to, że jak jakiś średniowieczny artysta raz ustanowił model, to potem stworzono sztancę i tak tego świętego, według tej sztancy, tłuką, a potem stawiają na cokoły. Ja odbieram te figury jako jedne z brzydszych- widywałam naprawdę ładne, robione z wielkim artyzmem,  figury świętych.Po obejrzeniu „arcydzieła”, poszliśmy nad cmentarz.

 Na cmentarzu, niedaleko bramy stary grobowiec. Podchodzę i widzę na płycie duży herb wykonany z piaskowca. Czytam, kto tu pochowany, bo jeżeli herb, to pewnie ktoś ważny dla wsi- właściciel? Założyciel?  Cztery osoby z rodziny von Barrasowsky. W domu szukam w Internecie coś więcej na temat tego rodu, a tu nic. No to zwracam się o pomoc do pana Morys- Twarowskiego, autora książki, o której pisałam w poprzednim poście. Ma swój blog, na którym przedstawia genealogie wszystkich nazwisk ze Śląska Cieszyńskiego (Księstwa Cieszyńskiego). No i okazało się, że pisane gotykiem litery mnie zmyliły. Ja odczytałam von Barrasowsky, a chodzi o von Harrasowsky. A potem znalazłam kilka krótkich informacji o tym rodzie- tak była to szlachta, pochodząca z Harasowa (nie znalazłam miejscowości, ale to chyba była wieś pod Pragą, bo teraz to dzielnica Pragi), miała majątki i wsie w obrębie Księstwa Cieszyńskiego (oraz niedaleko Raciborza). I ze zdziwieniem przeczytałam, że byli również krótko właścicielami, odległego od naszego domu o 2 kilometry, pięknego pałacu w Kończycach Wielkich. A swoją drogą to dziwne, że mając tak blisko pałac, jeszcze go nie opisałam. Ile razy przejeżdżam obok, to zawsze przyrzekam sobie, że już na pewno przyjadę i zrobię zdjęcia, a potem czas mija…mija… i klapa.
 Z cmentarza poszliśmy, zgodnie ze wskazówkami Czecha, którego zapytaliśmy o drogę, nad jezioro.

Lubię te czeskie wsie, niedziela prawie południe, nie ma ogłuszającego bicia dzwonów kościelnych, dobiegającego zawodzenia z otwartych drzwi kościołów, nie ma multum samochodów wzdłuż przykościelnych ulic… cisza, spokój, od czasu do czasu przejdzie przechodzień. I, co charakterystyczne, a co mi się bardzo podoba, prawie zawsze zostaje się serdecznie pozdrowionym „Dobry den”. I uśmiech, i spokój…Ten „Dobry den” to nawet małe dzieciaki pierwsze wołają. I jest to takie sugestywne, że przyłapałam się na tym, że zaczęłam pierwsza wołać ”Dobry den”, nie czekając na to, czy z drugiej strony to usłyszę. Ale chyba to dobrze, bo tak najszybciej wchłonąć w siebie umiejętność łapania kontaktu w obcym kraju. Przy czym im dalej  od granicy polskiej, tym bardziej język staje się dla mnie bardziej niezrozumiały. W granicach  dawnego Księstwa Cieszyńskiego, czyli po Frydek- Mistek, Ostrawę Wschodnią, Bohumin, Czesi mówią takimi łamańcami czesko- polsko- śląsko- stela.

Wielu z nich mówi „po cieszyńsku” z naleciałościami czeskimi. I może dlatego, zamiast przyswajać literacki czeski, poprzestaję, na razie, na tym „łamanym”.

 I jak to bywa w Czechach, żadnej drogi, w większym równym płaskim kawałku, nie uświadczysz, ta była również stroma w dół i stroma przy powrocie. Za Chiny nie chciała się wypłaszczyć. A przy powrocie do samochodu wydała mi się złośliwie jeszcze bardziej stroma.


Nad jeziorem pięknie- rybak tu, rybak tam. Kaczki, gdzieś na niebie myszołów, znów ta spokojna cisza, leniwy czas. Bezka uwolnione ze smyczy, szczęśliwa brodziła po wodzie, łaziła po brzegu, zapuszczała się w las.

 


 

 Na zdjęciach widać do jakiej wysokości dochodzi woda, jak jej w zalewie przybywa. 

Las nad zalewem taki bardziej swojski. Taki las bukowo- grabowy miałam obok domu, kiedy mieszkałam na granicy Cieszyna. A w tamtym lesie, zupełnie jak w tym, dziko rosnąca miodunka, żółte dzikie kluczyki (pierwiosnki) i zawilce leśne. Małe jary, kopce, rzadki podszyt. Coś pięknego.

W drodze powrotnej Beza siedziała tak cichutko, że myśleliśmy, iż zasnęła. Siedziała sobie i patrzyła w okno. Była bardzo zmęczona, ale pyszczysko miała zadowolone.

Po powrocie do domu błyskawiczna akcja w kuchni i powstało autorskie dzieło: sałatka Cezar & Kleopatra. Proste i łatwe- wszystkie składniki do sałatki Cezar, a potem dodane jeszcze to, co było pod ręką- pomidorki koktajlowe, mozzarella w kulkach, a sos bez dodatku sosu worcestershire. Pochłonęliśmy sałatkę błyskawicznie, tacy byliśmy głodni.



08 marca 2024

Coś dla ducha, coś dla ciała.

Czytam, czytam, ciągle czytam. Aktualnie kończę 5. tom kryminalnych przygód patomorfologa Seweryna Zaorskiego i policjantki Kai Burzyńskiej. Autor? Oczywiście Remigiusz Mróz. Tak się składa, że lubimy jego kryminały i mamy w domu różne serie tego autora. Można się śmiać, można wybrzydzać- a fe, kryminały? Mroza? To już nie ma lepszej literatury?😧 Owszem jest- kryminały Bondy😄😄😄. Też lubimy i też mamy kilka serii jej kryminałów.

A „lepsza literatura”? No czyta się również. Uwaga, to nie są recenzje książek- nie lubię pisać recenzji, nie chce mi się pisać porządnej recenzji i na tym poprzestanę, dlaczego NIE. To są moje osobiste dygresje, odnoszące się do przeczytanych (wszystkich jakie tu przedstawiałam, przedstawiam i będę przedstawiać) książek.

I tak- „Galicja” Normalna Daviesa- piękne wydanie z elegancką obwolutą. Tym razem Davies pisze bardzo przystępnym językiem. Czyta się to z przyjemnością, ale jak to bywa w pozycjach tego autora, tekst jest naszpikowany datami, nazwami, nazwiskami, stopniami wojskowymi, tytułami szlacheckimi itp. do wypęku- przeczytałam cięgiem dwa rozdziały i musiałam wziąć głęboki oddech, czyli odłożyłam książkę, by mi się wszystko nie pomieszało. Wrócę do niej niebawem. Jedno jest pewne- taką porcję historii, w jednym kawałku, wszystkich ziem, należących do cesarstwa austriackiego (w tym Galicji Wschodniej) mało gdzie znajdziemy. 


Druga pozycja to „Dzieje Księstwa Cieszyńskiego” Michaela Morysa- Twarowskiego. Zanim jednak kupiłam tę książkę, przeczytałam inną pozycję tegoż autora: „Barbarica. Tysiąc lat zapomnianej historii ziem polskich”. Chciało by się, aby pozycje historyczne były pisane w sposób, w jaki to robi Morys- Twarowski. TO SIĘ CZYTA tak, że nie ma się ochoty oderwać od książki. Bez przynudzania, ze swadą, sporą dawką humoru, po prostu nowoczesna książka historyczna.

Wracamy do Księstwa Cieszyńskiego oraz osoby, która spisała jego dzieje: Morys- Twarowski pochodzi z bardzo starej rodziny, osiadłej we wsi niedaleko Cieszyna. Czyli mówiąc po tutejszemu "jest stela". A jak jest stela, to pewnie chęć poznania oraz przedstawienia historii ziemi, na której się urodził, była wielka, bo książka rzetelnie to odzwierciedla.

Jedna z jej recenzji zawiera takie słowa: „Synteza Dziejów Księstwa Cieszyńskiego ma charakter w znacznym stopniu nowatorski: Michael Morys- Twarowski nie stroni od stawiania kontrowersyjnych pytań, prowokuje do dyskusji nad niektórymi zagadnieniami. Wszystko to jednak mieści się w rygorze warsztatu naukowego historyka, jest mocno osadzone w doskonale mu znanych źródłach i literaturze.” (prof. dr. hab. Idzi Panic- historyk).  

Dopisałam autora recenzji, bo znam profesora, byłam jego studentką i wiem, że jest wymagający- byle jakiej pozycji by nie przepuścił jako recenzent. I w pełni zgadzam się z panem profesorem, że ta książka jest warta przeczytania nawet, jeżeli ktoś raczej historią Księstwa Cieszyńskiego jest mało zainteresowany. Dodam jeszcze, że dzieje Księstwa poznajemy od czasów  rządów pierwszych cieszyńskich Piastów po rok 1920, kiedy to Księstwo, podzielone między dwa państwa- Polskę oraz Czechosłowację, przestało istnieć. Przestało istnieć także, jako piękna historyczna i administracyjna całość, miasto Cieszyn (podzielone na pół granicą na Olzie).

No dobra, było strawa dla ducha i była też strawa dla ciała.

Dalej eksperymentuję z kuchnią azjatycką. Ostatnio zrobiłam Stir fry z kurczakiem po chińsku.

Stir fry to tradycyjna chińska technika gotowania. Jej głównym założeniem jest smażenie składników potrawy na bardzo gorącym tłuszczu w głębokiej patelni zwanej wokiem. W ten sposób jesteśmy w stanie uzyskać wyjątkowy smak i konsystencję smażonego mięsa czy warzyw. Metoda ta polega na krótkim smażeniu składników w bardzo wysokiej temperaturze przy jednoczesnym mieszaniu. Do przyrządzania posiłków techniką stir- fry używa się właśnie woka, bo dzięki smażeniu w nim danie podgrzewa się równomiernie i łatwiej je podrzucać.

Wrzucamy do woka najpierw mięso, a po paru minutach warzywa. Składniki muszą być pokrojone w kawałki identycznej wielkości i, ze względu na szybkość smażenia potrawy, muszą być przygotowane wcześniej. Potrawę cały czas mieszamy półkolistym ruchem całej patelni

Składniki:

- 30 ml oleju sezamowego.

-  2 piersi z kurczaka,

-  chińskie mrożone warzywa na patelnię,

- 20 dag makaronu ryżowego- nitki,

- 1 cebula dymka, dałam zwykłą cebulę

- 1 duży ząbek czosnku,’

-  kawałek świeżego imbiru (jak duży ząbek czosnku),

- papryczka chilli lub przyprawa chilli (do smaku),

- pół pęczka szczypiorku,

- grzyby Mum opcjonalnie

-  1 łyżka sosu ostrygowego,

-  1 łyżka sosu sojowego,

- 20 g. ziaren sezamu do posypania gotowego dania.

 

Wykonanie

Wcześniej- namoczyć grzyby Mum, kiedy napęcznieją, gotować 15 minut, odcedzić, pokroić w kawałki.

1. Makaron ryżowy zalać wrzątkiem i trzymać  w nim około 5 minut. Potem odcedzić.

2. Pokroić w małą kostkę mięso kurczaka, posolić.

3. Drobno posiekać imbir, czosnek dymkę  i szczypiorek.

4. Zagrzać wok, potem rozprowadzić po nim olej sezamowy  (olej powinien być również na ściankach woka- używam specjalnego pędzla).

5. Na rozgrzany wok wrzucić mięso i smażyć je, mieszając, do białości.

6. Do mięsa dodać posiekane: imbir, cebulę, czosnek, szczypiorek, smażyć 1 minutę, ciągle mieszając.

7. Dodać warzywa i grzyby Mum oraz szczyptę przyprawy chilli. Nie przestawać mieszać.


8. Dodać sos sojowy, sos ostrygowy i całość mieszać, aż sosy zgęstnieją.

9. Na koniec dodać ugotowany makaron ryżowy i mieszać tak długo, aż makaron wchłonie sosy. W razie potrzeby można  dodać trochę wody i sosów- według smaku.

 Gotowe danie posypać ziarnem sezamu i posiekanym szczypiorkiem.

Uwaga:

- grzyby Mum mocno powiększają swoją objętość w wodzie. Do jednej potrawy potrzeba ich niewiele,

- włożyć potrzebną nam ilość grzybów do gorącej wody i moczyć przez około 20 minut,

- namoczone grzyby należy gotować przez 15 minut,

- ugotowane grzyby wystudzić i pokroić na kawałki- wielkość według uznania.

 Makaron ryżowy:

- powinien być wrzucany do wrzątku, a nie do zimnej wody, by nie zaczął nią nasiąkać jeszcze przed gotowaniem. Liczy się również sama ilość wody. Dlatego właśnie garnek do gotowania makaronu to taki świetny wynalazek. Jeśli wody jest za mało, pęczniejący makaron zacznie sklejać się już w garnku.

 - przyjmuje się proporcję, że na 10 dag suchego makaronu ryżowego, potrzebny jest 1 litr wody. Do gotującego się płynu należy dodać także szczyptę soli i wymieszać roztwór, a następnie ściągnąć naczynie z palnika i umieścić w nim makaron- trzymać go we wrzątku około 6 minut (czas trzymania makaronu we wrzątku zależy od jego grubości). Zresztą zawsze można wyjąc jedną nitkę i zobaczyć, czy już jest miękka,

- na koniec, miękki makaron ryżowy należy odcedzić na sicie i starannie opłukać zimną, bieżącą wodą. Proces ten zapobiega klejeniu się makaronu,

- chińska tradycja mówi, że makaronu nie należy łamać- według starochińskiego przesądu długie nitki makaronu miały zapewnić jedzącego zdrowie i pomyślność. Dlatego chińscy kucharze zalecają gotować makaron ryżowy w całości w wysokim garnku. Nie mam wysokiego gara, toteż połamałam makaron wierząc, że chiński przesąd  mnie nie dotyczy.

Do kurczaka z makaronem ryżowym podałam surówkę z selera z ananasem oraz marchewką (odpowiednio przyprawioną) oraz sos miętowy.


P.S. Wycięłam całą moją dyskusję z komentatorem- anonimem, który podpisał się Przechodzień. 

Po jego zachęcie zajrzałam na strony, do których się odniósł, przeczytałam kto zacz, polecane przez niego osoby i doszłam do wniosku, że nie chcę mieć do czynienia z antysemitą i nacjonalistą, jakim się ów Przechodzień okazał. A mój blog nie jest do propagowania antysemickich autorów, rzekomych historyków, po prostu wrednych gadzin. 

Zablokowałam opcje komentowania przez anonimy- wybaczcie ci, którzy tylko tak wchodzili. Każdy może założyć konto w Google i komentować pod nickiem. 

Jotko, komentuj moje posty u siebie, ja ci tam na te komentarze odpowiem.

 

 

 

 

07 marca 2024

Muzeum wagoniarskie- pałac w Studence cz. 2


Patrząc na piękny pałac w Studence, mało komu przyjdzie do głowy, że mieści się w nim bardzo interesujące muzeum- Muzeum Wagonów.

Jest to jedyne w Czechach muzeum o takiej tematyce. Można w nim zobaczyć całą historię produkowania wagonów (i nie tylko ich)- od tych najstarszych do najnowocześniejszych modeli. 

Najpierw o muzeum. Jest ono usytuowane w pałacu, toteż w salach wystawowych można znaleźć ślady świetności budynku oraz nieliczne meble i obrazy. Zachowały się również schody z rzeźbioną balustradą. Na parterze, w sieni, wiszą na ścianach obrazki z herbami rodów zamieszkujących te ziemie. Z kolei po obu stronach klatki schodowej wiszą współczesne obrazy miejscowych artystów.

Zachowały się także piękne odrzwia i futryny okien z rzeźbionymi ornamentami.

Impulsem do powstania muzeum była wystawa z okazji 55. rocznicy rozpoczęcia produkcji taboru szynowego w zakładach, w Studence. Wystawa zorganizowana była w 1956 roku, a już w 1961 roku udostępniono zwiedzającym dwie sale. Do 1965 roku udostępniono następne pięć sal, w których przedstawiono początki transportu kolejowego oraz produkcji wagonów na tym terenie, a także historię firmy do 1960 roku. Na wystawie przedstawiono również części pojazdów szynowych, elementy torów, różne rozwiązania techniczne.

Jesteśmy na trzecim pietrze. W salach ekspozycje poświęcone najstarszym dziejom fabryki. Modele wagonów z drewnianymi ławkami, drewniane bufory, fragmenty pierwszych szyn, model starego wagonu pocztowego. W gablotach również model pierwszej lokomotywy i wagonu wyglądającego jak powóz z firankami w oknach. Modele pierwszych wagonów towarowych, węglarek oraz model wagonu ciągniętego, po szynach, przez konie.

Filmy dobrze zobaczyć na większym ekranie.

Niestety, filmy lekko prześwietlone, bo sale znajdują się w wieży i są w nich z dwóch stron duże okna. Trudno było się ustawić tak, by światło zbyt mocno nie oświetlało gablot.

Drugie piętro, ciąg dalszy historii zakładów wagoniarskich.


Eksponaty rozmieszczone są w salach na trzech piętrach. Na trzecim piętrze jest ekspozycja eksponatów- środków transportu, zarówno ciężarowego jak i osobowego, od średniowiecza do początków powstania kolei. Drugie piętro jest poświęcone produkcji wagonów osobowych i ciężarowych.

Tu idziemy na trzecie piętro😢- schody znajdują się w jednej z okrągłych wież. Wejście było takie sobie, ale zejście przyprawiało o mdłości. Jaskół wchodził i kręcił, możecie podziwiać moje piękne adidasy😄😄😄. Mnie wejście poszło dużo szybciej.

Na pierwszym piętrze jest sala z kącikiem zabaw, wyeksponowane są mundury kolejowe, oraz pokazana jest część wagonu pasażerskiego. W gablotach znajdują się również wystawy krótkoterminowe, w tym wystawa pisanek- dzieło miejscowego twórcy.  Obok znajduje się sala z ogromną makietą, po której poruszają się pociągi. Całość sterowana komputerowo, a składy nawiązują do produkcji wagonów z różnych lat. We wszystkich salach wiszą plansze, gabloty, zdjęcia i stoją gabloty wypełnione eksponatami-  wszystko związane z historią transportu kolejowego.

Jeszcze drugie piętro


Muzeum w Studence ma również ekstra ekspozycje, na których pokazana jest dokumentacja produkcji pociągów dla hut i kopalń, dokumentacja produkcji silników elektrycznych do składów podmiejskich czy też dokumentacja pierwszych, nowoczesnych czteroosiowych pociągów osobowych.

 Jesteśmy na pierwszym piętrze. W tej sali wyeksponowano fragment wagonu osobowego, a obok manekina w kolejarskim mundurze. W gablotach znajdują się artystyczne pisanki, na środku sali miejsce zabaw dla dzieci.


 Muzeum wagoniarskie  to historia słynnej spółki akcyjnej Staudinger Waggonfabrik AG, założonej w 1900 roku przez Adolfa Schustalę. Firma miała swoją siedzibę w Butovicach koło Studenki i bardzo szybko stała się dobrze prosperującym przedsiębiorstwem.


Ale tak naprawdę: „Wszystko zaczęło się w Koprzywnicy. Przynajmniej tam niejaki Ignác Schustala założył w 1853 roku swoją fabrykę wagonów i wagonów, gdzie w 1882 roku zaczęto wprowadzać na rynek pierwsze wagony kolejowe. Firma rozrosła się, przekształciła się w spółkę akcyjną, zakres jej produkcji rozszerzył się także o budowę samochodów - a wraz z całym tym rozwojem pojawiły się problemy i konflikty w zarządzaniu. Ich skutkiem było między innymi to, że syn założyciela Adolfa Schustala wraz z braćmi odszedł ze spółki akcyjnej Kopřivnická vozovka z zamiarem założenia nowego wagonu.

 Na swoją lokalizację wybrał lokalizację na granicy Studénki i Butovic (więc nawet tutaj tytuł nie jest do końca trafny), w pobliżu Północnej Kolei Cesarza Ferdynanda, a także w pobliżu ostrawskich kopalni i hut. „Staudinger Waggonfabrik AG” została zarejestrowana w rejestrze zakładowym 12.12.1900, jednak budowa fabryki już wtedy trwała na podstawie oficjalnego pozwolenia z 9.05.1900. Został zbudowany na wzór wagonu w Raab na Węgrzech, skąd do Butovic przybył także pierwszy dyrektor „Studenckiej Fabryki Wagonów” Ing. Rudolfa Feldbachera.”

Podczas swojego istnienia firma wyprodukowała wiele różnych pojazdów dla celów pasażerskich i towarowych przewozów kolejowych oraz innych produktów. 

Po II wojnie światowej Firma produkowała tabor kolejowy na czeski rynek oraz  eksportowała go do wielu egzotycznych krajów, takich jak Indie, Egipt, Turcja, Korea, a w szczególności do krajów członkowskich byłego RWPG.

Od 1900 roku do 2001 roku wyprodukowano wiele modeli wagonów do przewozu pasażerów, oraz towarów, a także parę modeli lokomotyw. Oprócz tego w fabryce produkowano pojazdy wojskowe i uzbrojeniowe (w tym kuchnie polowe, stanowiska do broni, karabiny maszynowe, wózki polowe, ramy do namiotów itp.), tramwaje, nadwozia do autobusów oraz samochodów osobowych i ciężarowych różnych marek, pojazdy dla potrzeb górnictwa i hut oraz samoloty. Właściciele fabryki stawiali na nowoczesność. Od 1916 roku stopniowo wprowadzono tu do produkcji czteroosiowe samochody osobowe, a później rozpoczęto tu także produkcję pojazdów trakcji kolejowej. Pierwszą z nich były dwie lokomotywy elektryczne serii Eg, dostarczone w 1916 roku dla kolei lokalnej Wiedeń- Bratysława (LWP), a następnie w latach 1927 i 1928 dwie lokomotywy akumulatorowe. W latach 1929 i 1931 - 1932 fabryka wagonów wyprodukowała także dla ČSD pięć lekkich lokomotyw manewrowych z elektrycznym przeniesieniem napędu.

Konsekwencje kryzysu gospodarczego początku lat 30. XX w. zmusiły kierownictwo koncernu Ringhoffer do poszukiwania dodatkowej produkcji dla swoich zakładów w Studénce i Koprzywnicy, co pozwoliłoby na pełne wykorzystanie mocy produkcyjnych. Wybór padł na produkcję samolotów, która miała uzupełniać całościowy asortyment grupy, skupiony na środkach transportu.

Oficjalną datą rozpoczęcia produkcji samolotów w Studence jest dzień 26 czerwca 1934 r.

Produkowano jednopłatowce Tatra- dwumiejscowe samoloty sportowe. Prototypy, które wyprodukowano cieszyły się wielkim zainteresowaniem wśród  pilotów sportowych.

Na podstawie obu prototypów latem 1938 roku stworzono i zaoferowano klientom seryjny typ Tatra T-201. Ze względu na napiętą sytuację międzynarodową wyprodukowano jedynie serię pięciu sztuk.

Ostatnim samolotem zbudowanym w Studénce był Tatra T-301, który wzbił się w powietrze 13 września 1938 roku. 23 maja 1939 roku warsztat lotniczy został zamknięty i od tego czasu ani jeden samolot nie opuścił Studénki. Wszystkie maszyny i dokumentacja produkcyjna bezpośrednio związana z produkcją samolotów została przeniesiona do fabryki Aero w Pradze. Zakład ewakuowano do Vsetina i Ołomuńca.

Zakłady kilka razy zmieniały nazwę oraz właściciela.

W 2001 roku produkcja została przeniesiona do zakładów w Ostrawie w ramach ostrawskiej spółki zależnej ŠKODA HOLDING Plzeň.

Wśród eksponatów w muzeum był również taki.

Kalkulator służył do wyliczania ceny wyprodukowanych pojazdów. Mnie on przypomina suwak logarytmiczny.

Zachowały się również różne stare bilety kolejowe i tramwajowe.

Wyprodukowane w fabryce pojazdy miały przybijane tabliczki znamionowe z nazwą oraz informacjami dot. produkcji.
 

Duża atrakcja dla wszystkich-makieta z poruszającymi się po niej pociągami- składami z różnych lat.

 Makiety należy oglądać na dużym ekranie, wtedy robią duże wrażenie.


Musiałam w filmy wkleić muzykę, bo był hałas. Miejsce jest odwiedzane przez rodziny z dziećmi, a te nie certolą się i głośno wyrażają swoje potrzeby oraz emocje. Zresztą dorośli też zachowywali się, jakby nikogo oprócz nich w salach nie było. Hmmmmm....można przeżyć, ale na filmach hałas był nieznośny.

Ciekawostka

W sierpniu 2008 roku, w muzeum pojawili się złodzieje.

"Z gablot i otwartej przestrzeni ukradli 15 modeli taboru kolejowego o wartości 459 000 koron, a także depozyt operacyjny w wysokości 20 000 koron” – powiedziała rzeczniczka policji w Novojičínie Miroslava Michálková Šálková, dodając, że uszkodzony sprzęt wart jest dziesiątki tysięcy koron. dodane do szkód.

Złodzieje ukradli m.in. wszystkie modele pociągów z gigantycznej makiety kolejowej, która była największą atrakcją muzeum, zwłaszcza dla dzieci.

Spośród skradzionych modeli za najcenniejszy model lokomotywy parowej Olmütz z przetargiem, który w sierpniu 1845 roku sprowadził pierwszy pociąg z Ołomuńca do Pragi.

„Ogromna wartość skradzionych eksponatów polega również na tym, że jest to obszerna kolekcja, którą naprawdę bardzo trudno jest zastąpić” – powiedział dyrektor muzeum Šmída.

Łupu nie można sprzedać.
Modele pociągów, wagonów i innych pojazdów szynowych prawdopodobnie nie zaginęły. Jak zauważył dyrektor muzeum Martin Šmída, wszystkie modele ze sklepu nie są na sprzedaż. Jest to unikatowe dzieło wykonane ręcznie, a cena każdego z modeli liczona jest na co najmniej kilkadziesiąt tysięcy koron.

„Jest naprawdę wielu kolekcjonerów modeli kolejowych i entuzjastów wszystkiego, co jest związane z koleją, i z pewnością daliby nam znać, gdyby zobaczyli lub usłyszeli coś podejrzanego” – mówi Šmída.


 Jeżeli ktoś chce dowiedzieć się więcej o pałacu oraz muzeum, podaję linki


https://toulave--slapoty-cz.translate.goog/vagonarske-muzeum-vas-seznami-s-zeleznicni-dopravou/?_x_tr_sl=cs&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www-idnes-cz.translate.goog/zpravy/archiv/zlodeji-odnesli-z-muzea-ve-studence-unikatni-modely-vlaku.A080826_114507_zajimavosti_itu?_x_tr_sl=cs&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www-denik-cz.translate.goog/moravskoslezsky-kraj-cjnd/vagonarske-muzeum-studenka-potesi-zejmena-milovniky-vlacku-a-masinek-20120822.html?_x_tr_sl=cs&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://de-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/%C5%A0koda_Vagonka?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.erih.net/i-want-to-go-there/site/wagon-museum

https://www-vlaky-net.translate.goog/zeleznice/spravy/002241-CKD-VAGONKA-Zacalo-to-ve-Studence-1/?_x_tr_sl=cs&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

 

05 marca 2024

Miał być

 

dalszy ciąg o pałacu w Studence, ale przedwiośnie mija i ono ma pierwszeństwo  w kolejce do bloga.

Tym bardziej, że dzieje się sporo. Głównie w ogrodzie. Już dano nie widziałam takiego tempa wzrostu roślin, jak w tym roku. I równocześnie w takim samym tempie ślimole pożerają śnieżyczki i narcyzy. Truję, bo co mam zrobić. Jak toto wyrośnie to żadne szanse na porządne kwiaty.

Jest ciepło i wygląda na to, że do maja uporam się z przycinaniem, grabieniem, sadzeniem oraz szatkowaniem gałązek na wiórki. Tniemy, nie palimy.

Wczoraj przyleciały drozdy, a dzisiaj nagrałam poranny koncert jednego z nich. Było ponuro, mglisto i chyba nie miał ochoty na radosne trele. Niemniej posłuchajcie.

 

Wilcze łyko już przekwita. Z roku na rok krzaczek jest coraz większy. A sadziłam taki jeden patyczek.


Kto to widział, żeby na początku marca liliowce miały takie długie liście.


Kwitną derenie. Ten na zdjęciu kwitnie bardzo obficie, drugi mniej.


I ciemierniki również nie zawiodły. Jesienią dosadziłam jeszcze dwa, ładnie przezimowały, ale jeszcze nie zakwitły.


Białe pierwiosnki kwitną najwcześniej, ale nie spodziewałam się, że zakwitną już pod koniec lutego w takiej obfitości kwiatów.


 Kalina wonna. Coś z nią nie tak, bo pół krzewu kwitło w grudniu- kwiaty zmarzły, a pół zakwitło w połowie lutego. I ten numer powtarza już drugi raz. Nie rozumiem tego, bo ona powinna cała kwitnąć w lutym. 


W końcu przyszła na świerki przed tarasem i ją "upolowałam". To przy ogonku to jakaś rana chyba jest. Futerko dziwnie poszarpane.



I wróbelki elemelki. Całe stadko wałęsa się po ogrodzie i robi przed zachodem ogromny harmider.


Widzicie tego łobuza między gałęziami? Siedziałam w pokoju na kanapie i jakoś mi się te gałęzie nie "zgadzały", coś tam nie grało.  Taka plama- odległość chyba z 50 metrów, zrobiłam zdjęcie i dopiero potem zobaczyłam, co tam siedziało. Paskuda zasadza się w ogrodzie i trzebi nam ptaki. Pozbyć się go nie potrafimy. Czuje się jak u siebie w lesie.



A jak przedwiośnie to zielono i słonecznie.