Przyzwyczajamy Bezę do dłuższej jazdy samochodem. Dotychczas jeździliśmy z nią niedaleko, tak po 20 kilometrów w jedną stronę i z powrotem. Pierwszą dłuższą trasę zaliczyła, kiedy jechaliśmy po Szerszenia, by go zabrać z zimowego garażowanie. Wtedy Beza w sumie przejechała samochodem 120 kilometrów. Po jednym przystanku w każdą stronę na siusianie i napicie się wody. Ona uwielbia jeździć, ale to, że ona uwielbia wcale nie znaczyło, że da radę wytrzymać długą jazdę. Chyba nie będzie z tym problemów.
Wczoraj pojechaliśmy w trójkę, nad Zalew Żermanicki. Już tam byliśmy z Jaskółem- opisałam to TU,
Ta drogą jeździliśmy już wielokrotnie, ale mnie się jeszcze nie znudziła ze względu na widok pięknej panoramy Beskidów. W Czechach w niedzielę, do południa, drogi są prawie puste.
Zdjęcie na samej górze- widok na pasmo Wielkiego Jaworowego na czeskiej stronie przy zjeździe do Cieszyna.
Dwa zdjęcia poniżej- panorama Beskidów czeskich
Wieś ma długą historię. Została założona w 1305 roku, prawdopodobnie przez Domasława. Zaraz za miedzą są Domasławice Dolne. Obie wsie są wzmiankowane w dokumentach biskupa wrocławskiego, któremu mały płacić podatek.
W niecałe 100 lat później wybudowano pierwszy kościół. Jego koleje były różne, palił się, potem go odbudowywano, potem był luterański, by w 1958 roku wrócić do rąk katolików. Sam kościół taki sobie. Bardzo podobny do tego kościółka na pierwszym zdjęciu.
Najpierw poszliśmy zobaczyć starą, średniowieczną figurę „Nepomucka”. To bardzo popularny święty w Czechach i na Morawach, a i w Polsce, zadaje się, też. Figura, jak figura, złote gwiazdeczki w aureoli, charakterystyczna sylwetka- wygląda na to, że jak jakiś średniowieczny artysta raz ustanowił model, to potem stworzono sztancę i tak tego świętego, według tej sztancy, tłuką, a potem stawiają na cokoły. Ja odbieram te figury jako jedne z brzydszych- widywałam naprawdę ładne, robione z wielkim artyzmem, figury świętych.Po obejrzeniu „arcydzieła”, poszliśmy nad cmentarz.
Na
cmentarzu, niedaleko bramy stary grobowiec. Podchodzę i widzę na płycie duży
herb wykonany z piaskowca. Czytam, kto tu pochowany, bo jeżeli herb, to pewnie
ktoś ważny dla wsi- właściciel? Założyciel?
Cztery osoby z rodziny von Barrasowsky. W domu szukam w Internecie coś
więcej na temat tego rodu, a tu nic. No to zwracam się o pomoc do pana Morys-
Twarowskiego, autora książki, o której pisałam w poprzednim poście. Ma swój
blog, na którym przedstawia genealogie wszystkich nazwisk ze Śląska
Cieszyńskiego (Księstwa Cieszyńskiego). No i okazało się, że pisane gotykiem
litery mnie zmyliły. Ja odczytałam von Barrasowsky, a chodzi o von Harrasowsky.
A potem znalazłam kilka krótkich informacji o tym rodzie- tak była to szlachta,
pochodząca z Harasowa (nie znalazłam miejscowości, ale to chyba była wieś pod
Pragą, bo teraz to dzielnica Pragi), miała majątki i wsie w obrębie Księstwa
Cieszyńskiego (oraz niedaleko Raciborza). I ze zdziwieniem przeczytałam, że
byli również krótko właścicielami, odległego od naszego domu o 2 kilometry,
pięknego pałacu w Kończycach Wielkich. A swoją drogą to dziwne, że mając tak
blisko pałac, jeszcze go nie opisałam. Ile razy przejeżdżam obok, to zawsze
przyrzekam sobie, że już na pewno przyjadę i zrobię zdjęcia, a potem czas
mija…mija… i klapa.
Z cmentarza poszliśmy, zgodnie ze wskazówkami Czecha, którego zapytaliśmy o drogę, nad jezioro.
Lubię te czeskie wsie, niedziela prawie południe, nie ma ogłuszającego bicia dzwonów kościelnych, dobiegającego zawodzenia z otwartych drzwi kościołów, nie ma multum samochodów wzdłuż przykościelnych ulic… cisza, spokój, od czasu do czasu przejdzie przechodzień. I, co charakterystyczne, a co mi się bardzo podoba, prawie zawsze zostaje się serdecznie pozdrowionym „Dobry den”. I uśmiech, i spokój…Ten „Dobry den” to nawet małe dzieciaki pierwsze wołają. I jest to takie sugestywne, że przyłapałam się na tym, że zaczęłam pierwsza wołać ”Dobry den”, nie czekając na to, czy z drugiej strony to usłyszę. Ale chyba to dobrze, bo tak najszybciej wchłonąć w siebie umiejętność łapania kontaktu w obcym kraju. Przy czym im dalej od granicy polskiej, tym bardziej język staje się dla mnie bardziej niezrozumiały. W granicach dawnego Księstwa Cieszyńskiego, czyli po Frydek- Mistek, Ostrawę Wschodnią, Bohumin, Czesi mówią takimi łamańcami czesko- polsko- śląsko- stela.
Wielu z nich mówi „po cieszyńsku” z naleciałościami czeskimi. I może dlatego, zamiast przyswajać literacki czeski, poprzestaję, na razie, na tym „łamanym”.
I jak to bywa w Czechach, żadnej drogi, w większym równym płaskim kawałku, nie uświadczysz, ta była również stroma w dół i stroma przy powrocie. Za Chiny nie chciała się wypłaszczyć. A przy powrocie do samochodu wydała mi się złośliwie jeszcze bardziej stroma.
Nad jeziorem pięknie- rybak tu, rybak tam. Kaczki, gdzieś na niebie myszołów, znów ta spokojna cisza, leniwy czas. Bezka uwolnione ze smyczy, szczęśliwa brodziła po wodzie, łaziła po brzegu, zapuszczała się w las.
Las nad zalewem taki bardziej swojski. Taki las bukowo- grabowy miałam obok domu, kiedy mieszkałam na granicy Cieszyna. A w tamtym lesie, zupełnie jak w tym, dziko rosnąca miodunka, żółte dzikie kluczyki (pierwiosnki) i zawilce leśne. Małe jary, kopce, rzadki podszyt. Coś pięknego.
W drodze powrotnej Beza siedziała tak cichutko, że myśleliśmy, iż zasnęła. Siedziała sobie i patrzyła w okno. Była bardzo zmęczona, ale pyszczysko miała zadowolone.
Po powrocie do domu błyskawiczna akcja w kuchni i powstało autorskie dzieło: sałatka Cezar & Kleopatra. Proste i łatwe- wszystkie składniki do sałatki Cezar, a potem dodane jeszcze to, co było pod ręką- pomidorki koktajlowe, mozzarella w kulkach, a sos bez dodatku sosu worcestershire. Pochłonęliśmy sałatkę błyskawicznie, tacy byliśmy głodni.


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)






.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
















