Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

25 marca 2024

Marcowe krupy i fuczki bieszczadzkie

 W sobotę przeleciała nad domem okropna wichura i przyniosła ze sobą ulewę. Podobno w powiecie było dużo strażackich interwencji. Wczoraj było w miarę spokojnie, a dzisiaj  jest tak, jak w powiedzonku:"W marcu jak w garncu". 

Z okna kuchennego mam widok na teraz pięknie kwitnąca śliwę i niepiękny foliak, który sąsiedzi postawili ze "zdobycznych' okien.  

Rano białe kwiaty śliwy niesamowicie kontrastowały z czarną chmurą, niosącą w sobie białe pskudztwo.

Po paru minutach zrobiło się prawie ciemno i sypnęło krupami.


 
A teraz na zmianę raz świeci słońce, raz pada deszcz. Na niebie marcowa mozaika: ciemne, prawie czarne chmury w towarzystwie mocnego błękitu, po którym suną białe obłoki. Mogłabym tak godzinami stać przy oknie i podziwiać to podniebne widowisko.

Takie ciemne chmury są świetnym tłem dla mieniących się na gałęziach kropel wody.





A na obiad były bieszczadzkie fuczki.

Jest to danie, które jadano w chatach Bojków i Łemków. Ponieważ obie grupy etniczne żyły skromnie, ich kuchnia była bardzo prosta i postna. Jadano to, co nazbierano w lasach i na łąkach, oraz płody z pola i ogródka. Jedną z takich potraw, bardzo prostą w wykonaniu, są fuczki- placki z kiszonej kapusty. Kiedyś fuczki pieczono z białej kapusty gotowanej, dzisiaj w większości przepisów jest kapusta kiszona.

Skąd się wzięła nazwa fuczki? Ano nie wiadomo, ale jedna z z wersji jej powstania dotyczy działania kapusty na jelita, powodujące wzdęcia, no a potem😉😉😉

I jeszcze należy dodać, że kiedyś fuczki pieczono z mąki owsianej, bo na terenach wschodnich, aż do końca XIX, wieku głównie siano owies i z mąki owsianej robiono wypieki. 

Są również propozycje, by zamiast mleka krowiego, dać mleko kozie. 

Składniki: (u mnie z tej ilości wyszło 6 placuszków takiej wielkości, jak na zdjęciu)

- 25 dag kiszonej kapusty, (ciasto wydało mi się trochę rzadkie i dodałam więcej kapusty)

- 1 jajko,

- 1 szklanka mleka,'

- 1 szklanka mąki pszennej, ale myślę, że na razowej też wyjdzie,

- sól, pieprz-,

- opcjonalnie przyprawy do wyboru: majeranek, kminek, cząber.

Wykonanie:

1. Dokładnie odcisnąć kapustę oraz posiekać drobno.

2. Mąkę rozpuścić w mleku i wymieszać na gładką masę (w blenderze lub mikserem).

3. Do ciasta wbić jajko, dać sól, pieprz, przyprawę- ponownie zmiksować.

4. Ciasto wlać do kapusty, dokładnie całość wymieszać.

4. Na rozgrzany, na patelni, olej kłaść łyżką masę i piec placuszki na złoty kolor ( ja piekłam na 6 w skali palnika 1-9)

Jako dodatek do placuszków może być kwaśna śmietana, sos czosnkowy, sos pieczarkowy i tak naprawdę, co kto chce. 

Dodałam majeranku i wydaje mi się, że kminek bardziej podkreśliłby ich smak, no i kminek zapobiega wzdęciom, co grozi z kolei przy jedzeniu kapusty. 

Fuczki nie są kwaśne, raczej bardziej neutralne w smaku i aż się proszą o bardziej wyrazisty dodatek. Można je podawać zamiast ziemniaków np. do mięsa, z kiełbasą itp.

Fuczki są bardzo sycące- zjedliśmy po 3 placuszki i byliśmy najedzeni.




23 marca 2024

Lubię wracać do znajomych stron.


Istnieją miejsca, które pozwalają mi na złapanie oddechu, dystansu do wszystkich spraw zajmujących mi głowę- domowych, politycznych, społecznych…

Takie są miejsca nad Jeziorem Goczałkowickim, te, gdzie rzadko można spotkać ludzi. 

Zaparkowaliśmy koło starej kapliczki i zabytkowe remizy strażackiej.

Byliśmy tu w czerwcu, w zeszłym roku, kiedy trawa na grobli sięgała nam po pas i nie było sposobu, by przejść tamtędy. Musieliśmy zrezygnować ze spaceru. Wtedy postanowiliśmy wrócić, na wiosnę, gdy ścieżka nie będzie zarośnięta. 

 Wysiadam z samochodu i "Na dzień dobry" taki widoczek.

Po wyjściu z parkingu, chciałam skrócić drogę na groblę i przejść taką miedzą- nie miedzą na skróty, ale po parunastu metrach zostałam mocno wyhamowana przez bardzo szeroki rów. 

 Trzeba było pójść normalną drogą, prowadzącą przez mały zagajnik, w stronę przepompowni. Zawsze jestem niecierpliwa i chcę wszystko sfotografować dlatego, kiedy wyszliśmy z zagajnika i zobaczyłam przelatujące nad wałem stado dzikich gęsi musiałam je „złapać”. No i wyszły takie messerschmitty.

Dzikie gęsi i dzikie kaczki straszliwie szybko zapinkalają i trudno je sfotografować w locie. Na wodzie też mają niezły napęd, ale daję radę i czasem wyjdą mi niezłe ich zdjęcia. To piękne ptaki, zwłaszcza dzikie kaczory. Posiadają niesamowicie mieniące się seledynowo- ciemno zielono- fioletowe pióra na szyjach.

Stoję sobie na nasypie i patrzę na drzewa, które porastają mocno wysunięty w jezioro cypel.  W koronach drzew aż roi się od kormoranich gniazd. Wiszą jak jabłka jedno obok drugiego. Przy gniazdach siedzą kormorany. Od czasu do czasu jeden zrywa się, robi okrąg nad czubkiem drzewa, po czym siada w to samo miejsce, z którego się zerwał.

Cypel jest około 300 metrów od miejsca, w którym stałam. za nim płynie Wisła, za nią droga. Wisła wpada do zalewu jeszcze dalej, patrząc na prawo.

 Jaskół  już sporo się oddalił. Idzie spokojnym krokiem i robi zdjęcia. Niedaleko niego Beza coś z zainteresowaniem obwąchuje w trawie, a potem wysuwa się przed Jaskóła i szczęśliwa biegnie przed siebie. W takich miejscach biega bez smyczy.

Jest cicho, spokojnie, tylko z prawej strony słychać pokrzykiwania i śmiechy wyrośniętych podrostków. Przyszli zaraz za nami i coś tam sobie dyskutowali. Usłyszałam fragment zdania- „punkt kolejny, a teraz idziemy…”, ale nie dosłyszałam gdzie zamierzają pójść. Wydaje mi się, że to jakaś grupka harcerzy uskuteczniała bieg patrolowy. Pokręcili się trochę na wale i poszli z powrotem w stronę parkingu. Wszystkiemu towarzyszył głośny szum wody wpadającej do???? No właśnie, nie wiem, jak to nazwać- taki spust? Ujście? To jest przepompownia, jednak nie widać, gdzie ta woda jest pompowana. W każdy razie woda wpadała z hukiem do ujścia, ale jak się młodzi stracili, przestała płynąć i zrobiła się cisza kompletna. 

 Po chwili usłyszałam kłócące się gęsi, siedzące daleko na wodzie.  Coś do siebie gęgały raz głośniej, raz ciszej. 

 


Po chwili rozkrzyczała się, lecąca nad moją głową, dzika kaczka. Przeleciała, obniżyła lot i szurając brzuchem po wodzie w końcu usiadła na falach. 

Przy brzegu ucztowały w ciszy dwa łabędzie, tylko plusk, kiedy zanurzały się w wodzie był jedynym głośniejszym akcentem, towarzyszącym im w żerowaniu. W tej prawie oszałamiającej ciszy, zakłócanej jedynie głosami przyrody filmuję. Najpierw drzewa z kormoranami- niestety przybliżenie powoduje, że obraz drga. Potem filmuję łabędzie. Są prześliczne, żerują nie zważając na moje wścibskie kamerowanie.

 Idę w stronę, gdzie zalew robi ogromny łuk. Naprzeciwko widać drzewa, które zasłaniają Wisłę. Rzeka płynie równolegle w stosunku  do zalewu, a potem wpada do niego. 


 
To miejsce jest bardzo malownicze. W wodę wrzynają się długie cyple porośnięte drzewami i łozami.

 


Widzę, że Jaskół zbliża się do zejścia z wału, które prowadzi na mały mostek, przerzucony przez kanał „ulgi”- ten rów, który zepsuł mi drogę na skróty- złapie przelewającą się wodę, gdyby zbiornik miał przebrać. Pokazuję mu, że tamtędy pójdziemy. Nie chce mi się wracać groblą- wieje mocny zimny wiatr, przeszkadzający w spacerze. Miedza za rowem jest porośnięta teraz zeschniętą  trawą, ale wydaje się równa. Za miedzą łąka- ugór, na której wśród szarych pozostałości traw, żółcą się kępy podbiału. Niesamowity widok, bo kwiaty wyglądają tak, jakby odbijały promienie słoneczne. Wokół ugoru zagajniki, wszystko to dziko wygląda.

Idę dalej nasypem i po drodze robię jeszcze zdjęcia. Potem schodzę na miedzę za mostkiem i daję Bezie wodę. Już bardzo chciało jej się pić. Chłepce i chłepce, i przestać nie może….W końcu odrywa się od michy i zadowolona rusza dalej zwiedzać świat.

 Jest początek marca, świeci cudne słońce, ale powietrze jest jeszcze ostre i wieje dosyć mocny wiatr. Chciało by się dalej podziwiać to, co wokół nas, ale nogi, kręgosłup się buntują, wołają o chwilę odpoczynku. Niestety, miedza mokra, nie ma gdzie przysiąść. Powoli idziemy w stronę parkingu. Jeszcze parę zdjęć po drodze, jeszcze Beza ma ochotę pożreć dwa młode foksteriery. To młode szczeniaki, a już je wzrostem dorównują, ale ona na takie coś nie zważa, chodzą po jej drodze, mają być pożarte i już. 

 Samochód stoi przy zabytkowej kapliczce. Słońce odbija się w okienkach, ale widzę za szybkami złociste kwiaty, taki witrażowy widok.

I jeszcze widok okolicy przydomowej.

Taką piękną aleją wracaliśmy do domu.


 

20 marca 2024

Prozaiczne proziaki

Dzisiejszy post będzie o proziakach, które fajnie pasują do słowiańskiego tematu w poprzednim poście. O tym, co jedli Słowianie mało wiemy, o potrawach słowiańskich można trochę wywnioskować na podstawie wykopalisk lub trochę późniejszych przekazów kronikarskich. Najwięcej jednak można domyślić się, co jadano w czasach, kiedy żyli Słowianie, na podstawie tradycji, która przetrwała do dzisiaj. Tradycja opiera  na przekazywaniu z pokolenia na pokolenie różnych typów powtarzających się zachowań, czynności, związanych z: wierzeniami, sposobami myślenia, obrzędami, poglądami, wartościami, obyczajami itp. 

Tradycja dotyczy również potraw oraz składników tych potraw, sposobu jedzenia, nakazów oraz zakazów, związanych z jedzeniem potraw itd.

Przepisy kulinarne najczęściej przekazywano ustnie- matka córce, babka (może ciotka) wnuczce, teściowa synowej. Przepisy kulinarne przekazywano sobie równie podczas różnych spotkań i „nasiadówek” babskich albo po sąsiedzku: „A co tam kumo dzisio gotujcie?” wołała jedna Słowianka do drugiej: „A dzisio bedą proziaki i polewka z grzybów”. Kuma stała, chwile  dumała: „Proziaki? Co to są te proziaki?” No, a potem następna rodzina wcinała pyszne bułeczki. A nawet, jak tak nie było, to co nam zabroni puścić wodze fantazji?

Oczywiście potrawy z czasów słowiańskich, przez następne wieki, były modyfikowane z różnych przyczyn, ale zachowały się też potrawy z czasów słowiańskich, których rdzeń, w przepisie, nie zmienił się.

Faktem jest, że proziaki mają bardzo stary rodowód. Prawdopodobnie ich przodkami były placki z mąki, uzyskiwanej przez tarcie ziarna między dwoma kamieniami. Mąka ta była mieszana z wodą, w późniejszych wiekach z maślanką, kefirem lub mlekiem, z powstałego ciasta pieczono placki na gorących kamieniach.

A potem zaczęto placki modyfikować. Kiedy spostrzeżono, że soda zwiększa pulchność ciasta, zaczęto ją dodawać do ciasta na placuszki. Soda to po staropolsku Proza, stąd nazwa tych placuszków proziaki.

Są one bardzo popularne we wschodniej Polsce, skąd się wywodzą. W lubelskim noszą nazwę fajerczaków, bo opiekano je na rozgrzanych fajerkach pieca kaflowego. Oryginalne proziaki piecze się na ciepłej piecowej blasze lub na patelni z grubym dnem. Można je również piec w piekarniku.

Tyle o proziakach, teraz moje doświadczenia z nimi.

Pierwsze proziaki postanowiłam zrobić z mąki razowej i według pierwszego przepisu, jaki znalazłam w Necie. I to był podwójny błąd. Po pierwsze ten przepis jako jedyny mówił, że należy wysypać mąkę na stolnicy, dodać jajko, sól, cukier, sodę, kefir wszystko  zagniatać do uzyskania jednolitej konsystencji. Nie dość, że kolejność głupia to jeszcze dałam mąkę razową. I gniotłam to ciasto, gniotłam, a ono było twarde i nie chciało się zejść. W końcu udało mi się ugnieść twardą kulę, rozwałkowałam, wykroiłam placuszki, dałam na blachę i upiekłam.

Te które się nie zmieściły na blasze upiekłam na patelni do grilowania.


 Wyszły tak.

Pozostałe przepisy, które później znalazłam, podawały inną kolejność- do michy kefir, jajko, sól, cukier, sodę, rozbełtać, a dopiero potem powoli wsypać tyle maki, ile zbierze kefir. No i ciasto wyszło zupełnie inne- gładkie miękkie.

Wykroiłam placuszki i piekłam je dosyć długo na ciepłej patelni (mój piecyk ma zakres 1-9, piekłam je na 3). Patelnia nie może być bardzo ciepła, bo się przypalą, a nie przepieką całe.

Długo się piekły-przewracałam je co parę minut. Wyszły tak. 

 

Można je przechowywać parę dni w zamkniętym pudełku. Trochę twardnieją, ale jak podgrzeje się je parę minut czy to na patelni, czy w piekarniku, pięknie miękną.

W smaku obie wersje są świetne, ale ja wolę te na mące pszennej. 

Proziaki można jeść z różnymi dodatkami, można nimi zagryzać zupę, albo podjadać bez niczego.

Składniki (na około 18 placuszków)

1 szklanka kefiru
jajko
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
ok. 500 g mąki pszennej

Wykonanie:

  1. Do miski wlać kefir, wbić jajko, dodać sól, cukier i sodę, mocno rozbełtać.
  2. Mieszając wsypać stopniowo mąki tyle, ile kefir wciągnie (około ½ kilograma).
  3. Wyrabiać ciasto, aż będzie jednolite, miękkie.
  4. Ciasto na stolnicy rozwałkować  na grubość 1,5 centymetra i wycinać krążki  (wycinałam szklanką).
  5. Piec na ciepłej patelni z grubym dnem (ja mam taką zwykłą  teflonową z dnem grubszym) często przewracając, aż będą złociste, albo piec w piekarniku w temperaturze 190 stopni, można je  przewrócić, aż będą złociste.

Uwaga, zbyt wysoka temperatura patelni powoduje przypalanie się placuszków na zewnątrz, a w środku pozostają niedopieczone. Lepiej na mniej nagrzanej patelni i dłużej je piec.

No i tak powoli zaczynam lubić to, czego kiedyś nie cierpiałam. Gotuję i piekę zupełne dla mnie nowości, i to mi sprawia autentyczną przyjemność.

 Przepis wzięłam ostatecznie stąd.

https://www.przyslijprzepis.pl/przepis/proziaki-29

 

17 marca 2024

Wzrasta, zamiera, maleje, znika- księżyc w wierzeniach Słowian.


W mitologii wschodnich Słowian uosobieniem księżyca był bóg Chors. Słowo to wywodzi się, w etymologii słowiańskiej, od terminu „wycharsły” czyli wynędzniały. Mogło się ono odnosić do księżyca, który w porównaniu ze słońcem- głównym bogiem, świeci bardzo słabo lub dotyczyć „ubywania” księżyca po pełni. W większości źródeł pisanych Chors sąsiaduje z Perunem lub Dażbogiem, co pozwala go odnieść do bogów słonecznych. Historycy twierdzą, że przybył on ze wschodu z Sarmatami lub Turkami, lub też z Iranu, co jest bardziej prawdopodobne. Często przedstawiany jako biały koń, który biegnie nad ziemią od wschodu do zachodu. U Słowian koń był utożsamiany z żywotnością, dlatego upiększali oni szczyty swoich domostw drewnianymi głowami końskimi. Córką Chorsa była Zorza, zwana inaczej Łuną, bogini księżycowej poświaty. Inna wersja mówi, że była córką Dabogi i Dażboga.


W mitologii słowiańskiej księżyc jest rodzaju męskiego, chociaż podejrzewano, że w niektórych kręgach mógł być rodzaju żeńskiego (jak w Europie zachodniej), co sugerowały noszone przez słowiańskie kobiety ozdoby, nazywane lunelami. Święto Chorsa przypada na 4/5. lipca, Letnie Święto Miesiąca, kiedy to modlono się o plony i przewidywano pogodę.

Natomiast słowo księżyc oznacza syna, księcia lub młodego księdza. Co ciekawe, pierwotnie używano słowa Miesiąc na prawie wszystkie fazy tego satelity ziemskiego, a terminu księżyc tylko w  pierwszej fazie po nowiu. Istotnym dowodem na stosowanie takich nazw jest to, że pierwotny rok słowiański miał 13 miesięcy księżycowych. Stąd także wywodzi się nazwa miesiąca jako jednostki podziału czasu.

W słowiańszczyźnie kult lunearny był mocno osadzony. Wierzono, że Księżyc jest odzwierciedleniem uniwersalnego wzoru przekształceń, zmian jakie zachodzą w przyrodzie. Fazy księżyca- przybywanie, pełnia, ubywanie, nów, to obraz cyklu egzystencji roślin i zwierząt- narodzin, rozwoju, pełni egzystencji, starzenia się i śmierci. Co miesięczny cykl księżyca obrazuje idee wiecznego, niezmiennego powrotu. Cykliczne „zataczanie” przez księżyc koła - od przybywania do nowiu- przedstawia istotę rytmu życia, który obejmuje cały świat, wszystkie żywe formy.

Księżyc symbolizuje zarówno życie- płodność rodzenie- jak i śmierć- ubywanie, zanikanie. Wierzono, że dzieje się tak również z człowiekiem, który po śmierci udaje się na księżyc lub pod ziemię, by tam odrodzić się oraz nabrać siły do nowej egzystencji. Wiara ta dawała ludziom nadzieję, że skoro księżyc potrafi odradzać się, a jego cykl jest wpisany w kosmiczny rytm życia, to również człowiek, jako istota Kosmosu, ma szansę na taki sam proces. W związku z tym, w starych wierzeniach, pojawia się niepewność, co do płci księżyca. Przypisuje się mu pierwiastek żeński- płodność, rodzenie oraz męski- siła zapładniająca. Dwupłciowość księżyca, w wierzeniach słowiańskich, koresponduje z wierzeniami o symbolice wody i ognia.


 

W dawnych wiekach wróżono  na podstawie wyglądu księżyca:

- rogi zagięte w czasie nowiu w górę: ładna pogoda na najbliższe dni;

- rogi zagięte podczas nowiu do dołu: deszcz;

- księżyc dobrze widoczny i jasno świecący: ładna pogoda;

- księżyc zamglony, otoczony kręgiem(lisia czapa): opady i mgły;

- czerwona lub przezroczysta tarcza w pełni: klęski żywiołowe, wojny;

- wycie psów do księżyca: zbliża się nieszczęście;



Słowianie wierzyli (i dotąd odzwierciedla się to w wierzeniach ludowych), iż światło księżyca w pełni budzi duchy i demony. Podczas księżycowych nocy można zobaczyć snujące się na rozstajnych drogach oraz cmentarzach dusze. Topielice i rusałki tańczą na nadbrzeżnych łąkach, a czarownice zbierają zioła, którym jasny księżyc dodaje szkodliwej mocy. W takie noce wychodzą spod ziemi czarty, by z lubością porywać w tany czarownice. Podczas pełni księżyca uaktywniają się strzygi, wampiry i upiory, a wilkołaki wyją długo i głośno, zwracając swe pełne kłów pyski w stronę jasnej, księżycowej tarczy.

Podczas nowiu szczególną moc mają czarownice, które wtedy rzucają uroki, sprowadzają choroby, psocą. Odbywają też swoje sabaty na łysej Górze.

Z kolei nów to doskonała pora do stosowania czarnej magii. A zbierane podczas nowiu zioła mają moc leczniczą.

 

Z fazami księżyca dawne zwyczaje ludowe wiązały wiele zakazów oraz nakazów. Jeżeli ktoś ma ochotę dowiedzieć się na ten temat więcej, to podaję źródła.

http://www.lastfm.fr/group/.Ksi%C4%99%C5%BCyc./forum/140448/_/586388

http://teatrnn.pl/leksykon/node/3128/etnografia_lubelszczyzny_%E2%80%93_ludowe_wierzenia_o_ksi%C4%99%C5%BCycu

http://www.tnn.pl/tekst.php?idt=806&f_2t_artykul_trescPage=6

 


Nazwy pełni księżyca

Wczesna Zima

Styczeń: Wilcza Pełnia, Lodowa Pełnia, Stary Księżyc

Pełnia Zimy

Luty: Śnieżna Pełnia, Głodny Księżyc, Pełnia Świec;

Późna Zima

Marzec: Pełnia Burz, Księżyc Kruka, Skrzypiący/Chrzęszczący Księżyc, Robacza Pełnia, Ślimacza Pełnia, Postna Pełnia

Wczesna Wiosna

Kwiecień: Siewna Pełnia, Pełnia Kiełków, Rybi Księżyc, Księżyc Wzrostów,

Pełnia Wiosny

Maj: Mleczna Pełnia, Kukurydziany Księżyc, Pełnia Zająca, Pełnia Kwiatów

Późna Wiosna

Czerwiec: Truskawkowa Pełnia, Księżyc Kochanków lub Miodowy Księżyc, Księżyc Łąk, Różany Księżyc, Gorący Księżyc

Wczesne Lato

Lipiec: Sienna Pełnia (od siana), Księżyc Gromów (Burzliwy)

Pełnia Lata:

Sierpień: Kukurydziana Pełnia, Czerwony Księżyc), Pełnia Zielonego Ziarna, Pełnia Błyskawic, Psi Księżyc

Późne Lato

Wrzesień: Pełnia Plonów (Żniw), Jęczmienny Księżyc, Owocowy Księżyc

Wczesna Jesień

Październik: Pełnia Myśliwych, Księżyc Podróżników, Księżyc Więdnących Traw, Krwawy Księżyc

Pełnia Jesieni

Listopad: Pełnia Bobra, Księżyc Szronu, Śnieżny Księżyc)

Późna Jesień

Grudzień: Dębowa Pełnia, Zimowy Księżyc, Księżyc Długich Nocy

http://halloween.friko.net/ksiezyc/pelnia-nazwy.html

 


 Niektóre zdjęcia pochodzą z Internetu.