Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

23 kwietnia 2024

O... ja cierpię dolę- moje słowackie jaskinie (2)


Polskie jaskinie (te, które zwiedziłam) wobec jaskiń demianowskich, na Słowacji, to pikuś, powiedziałabym nawet- „Pan Pikuś”. Zwłaszcza przy Jaskini Swobody, która nie dość, że długa, to są w niej miejscami przestrzenie wielkości dużych komnat.

Zdjęcia z Internetu- Jaskinia Swobody



W Jaskini Swobody byłam w 1992 roku. Przyłączyłyśmy się wtedy z córką do wycieczki, organizowanej przez tutejszą parafię luterańską, by oderwać się od smutków rodzinnych, a były one ogromne.

Dawno to było, mało z tej wycieczki pamiętam, ale to, że jaskinia była ogromna i zwiedzało ją się dosyć długo, zapamiętałam. No i zapamiętałam z niej również widok przepięknych stalagmitów oraz stalaktytów, a także to, że mimo klaustrofobii, nie czułam się w niej źle. Nie mam z tamtej wycieczki żadnych zdjęć. Zresztą wtedy nie miałam głowy do takich rzeczy. Ważne było, że na moment oderwałyśmy się od smutnej rzeczywistości.

Jaskinia Swobody, zdjęcie z Internetu.

Jaskinię Lodową zwiedziłam na początku ery Jaskóła, czyli jakieś 16 lat temu.

 Obie jaskinie znajdują się w Dolinie Demianowskiej w Niżnych Tatrach. Nie mamy do nich daleko, jedyne 170 kilometrów. 

 Po przekroczeniu granicy czesko- słowackiej (Mosty u Jabłonkowa), trzeba jechać drogą szybkiego ruchu, przecinającą płaskowyż, po bokach którego ciągną się pasma gór. 
Słowacja jest piękna i słabo zaludniona- tam mam wrażenie pobytu w głębokiej naturze.
Widoki niesamowite. Jedyną upierdliwą uciążliwością, zaburzającą krajobraz, były ogromne tablice reklamowe, gęsto stojące przy drodze wzdłuż całej trasy.

Parking znajduje się niedaleko Jaskini Lodowej, do której trzeba było trochę podejść pod górę. Jaskinia Swobody znajduje się kilka kilometrów dalej.

Parking w lesie, w jarze, obok płynie rzeczka Demianovka, wokoło skały, skałki.

Idziemy w stronę wejścia do jaskini, po lewej wysoka ściana skalna, porośnięta lasem, po prawej przepaść, na szczęście odgrodzona barierą i zasłonięta wysokimi drzewami, w dole Demianovka. Wszystkie zdjęcia zrobili mój syn i Jaskół. Tylko z trasy są moje.

Latem w jaskini nie ma lodu, a temperatura utrzymuje się na poziomie +4 stopni. Faktycznie było tam okropnie zimno i gdyby nie momentami rozgrzewające mnie emocje, że  cała ta skała zwali mi się na łepetynę, zmarzłabym na sopelek. Wtedy mogliby mnie postawić na dowód, że jaskinia ma właściwą nazwę. Gruba zimowa kurtka, którą miałam na sobie, popsuła te wizje.



 W jaskini, o tej porze (byliśmy w sierpniu) nie ma również lodowych nacieków przez co mieliśmy mniej atrakcji. Ale same formacje skalne, ich kolory to już był, jak to się teraz mówi, sztos. W ogóle to było, jak to w jaskiniach, bardzo ciemno- lampki tylko oświetlały trasę i ciekawsze zakątki- tych jednak było sporo. Niektóre zdjęcia, nawet z lampą błyskową wyszły marnie.




Jaskinia Lodowa była znana od dawna jako Smocza (Dračia jaskyna).

Znaleziono w niej dużo kości niedźwiedzia jaskiniowego, które uznawano za szczątki mitycznych zwierząt, stąd powstała ta nazwa. Funkcjonowała ona do lat 60 XX wieku.

Jaskinię zwiedzano już na początku XX wieku- u jej wejścia stał drewniany schron dla turystów. Pisał o niej Miloš Janoška w pierwszym słowackim przewodniku po Tatrach.





 

O Jaskini Lodowej możemy jeszcze dowiedzieć się, że:

„Warunki do zalodzenia jaskini pojawiły się po zasypaniu gruzem (na skutek procesów wietrzeniowych na stoku) kilku pobocznych otworów, na skutek czego uniemożliwiona została wymiana powietrza w jej wnętrzu.  Zimne powietrze, dostające się do jaskini zimą, jako cięższe utrzymuje się w jej dolnych partiach cały rok, a przesiąkające z powierzchni wody opadowe zamarzają w przechłodzonym wnętrzu. Lodowe wypełnienie w postaci lodu podłogowego, lodowych draperii, stalaktytów i stalagmitów znajduje się w dolnych partiach jaskini, zwłaszcza w komorze zwanej Kmeťov dóm. Ilość lodu w jaskini jest zmienna. Ostatni okres pełnego zalodzenia jaskini wiąże się z tzw. małą epoką lodową (XIV–XVIII w”




 Trasa zwiedzania liczy 650 metrów. Wejście i wyjście z jaskini jest to samo. Położone jest pod głazem
Bašta na wysokości 840 m n. p. m. oraz około 90 m nad dnem doliny. Przed nim taras i widoki na Chopok (2024 m n.p.m.), oraz Dolinę Demianowską.

Chopok- pasmo z tyłu za tą ciemną "kopą".


 A to już dolina Popradu- zdjęcie zrobiłam, kiedy wracaliśmy do domu. Droga idzie dosyć długo wzdłuż rzeki, raz z prawej, raz z lewej jej strony.


 Źródła:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Demianowska_Jaskinia_Lodowa

https://www.visitliptov.sk/pl/ciekawostka/demianowska-jaskinia-lodowa/



 Może się pojawić info, że film niedostępny- kliknąć w obraz i otworzy się na YT

A tu więcej o Jaskini Swobody

https://pl.wikipedia.org/wiki/Demianowska_Jaskinia_Wolno%C5%9Bci


 

 

 

21 kwietnia 2024

O… ja cierpię dolę- moje polskie jaskinie (1).

 Mam fobię, związaną z przebywaniem w piwnicach, jaskiniach oraz zamkniętych pomieszczeniach.

Już mieszkając w leśniczówce, miałam problem z pójściem do piwnicy. Pomieszczenia w niej były niskie, ciasne, słabo oświetlone (wiadomo- oszczędzanie prądu), widać było tylko tyle, by wiedzieć, jak iść, lub coś w pomieszczeniu zrobić. Kąty mroczne, dla mnie przerażające. Zanim zapaliłam światło w kolejnej piwnicy, musiałam powstrzymywać się od wrzasku- wydawało mi się, że coś z niej wyskoczy, pożre mnie w całości, choć wtedy stanowiłam jedynie przekąskę. No chyba, że to coś lubiło młode kości. I to paraliżujące odczucie, że zaraz sufit zwali mi się na głowę, a ściany mnie zacisną.

Mając takie doświadczenia, na samą myśl o zwiedzaniu jakiejkolwiek jaskini, robiło mi się słabo i czułam wielki wewnętrzny opór- żadną siłą mnie do niej nie wciśniecie. A jednak…

Pierwszą, trudno powiedzieć tak o niej, „jaskinię”, zaliczyłam w Wieliczce. Dla mnie to wszystko jedno czy kopalnia, czy jaskinia- sufit i tak może zawalić mi się tonami ziemi i skał na głowę. Brrrrr. Nie było wyjścia, kiedy uczyłam w szkle podstawowej, każda klasa miała w planie dwie wycieczki w roku szkolnym. No i akurat każda MUSIAŁA zwiedzać kopalnię soli w Wieliczce. Powiedz tu dzieciakom, że za Chiny Ludowe nie dasz się na dół wcisnąć, no powiedz. W Wieliczce byłam 3 razy, za każdym razem schodziłam- zjeżdżałam na dół z szalejącym sercem i skupiając się głównie na uczniach, hamowałam własne lęki. Nie można było przecież im pokazać, że nauczycielka panicznie boi się jaskiń. Musiałam też uspokajać dzieciaki, bo wśród nich były i takie, które miały podobne fobie. 

Pierwsza wycieczka do Wieliczki- chyba rok 1991. Wszystkie zdjęcia są niewyraźne, bo je sfotografowałam z papierowych zdjęć.

Patrzę na moje "adekwatnie" dobrane do takiej wycieczki buciki😟😂, a Młoda jeszcze taka mała. jestem opiekunem dodatkowym, bez swojej klasy.

Tu następna- rok 1994- z moją V klasą.
 

Na sobie mam kurtkę Młodej- nawiasem, sama ją uszyłam ( wtedy dużo rzeczy sama szyłam dla siebie u dzieci). A Młoda, gorąca dziewczyna, jako jedyna w krótkim rękawku😄😄😄

Z klasą zwiedziliśmy równie Jaskinię Łokietka- taka bździągwa jaskinka, ale też mi dała popalić. W dodatku moje własne dziecię (nauczycielskie dzieci z reguły jeździły z rodzicami na wycieczki klasowe- moja córa prawie na wszystkie moje i wszystkie swoje), gadając do koleżanki, nie zauważyło występu w górnej skale i z całej siły grzmotnęło się w głowę. I może właśnie ratowanie własnego dziecka tak odwróciło moją uwagę od ciasnoty jaskini, że cała impreza w niej przebiegła dla mnie mało boleśnie.

 Zaliczyliśmy również Jaskinię Niedźwiedzią w Sudetach. Powiedzmy ładna była, jednak moja chęć ucieczki z niej, przeważała nad jej urodą. Ważne, że dzieciaki były zadowolone. W Polsce zwiedziłam jeszcze dwa takie miejsca, w których ze strachu cała drętwiałam. Jedno to jaskinia w Dolinie Strążyskiej (?), w Tatrach. Moje już mocno podrośnięte dziecię, które podróżowało ze mną we wszystkie możliwe miejsca wycieczkowe, organizowane przez szkołę, koniecznie musiało dodawać sobie i mnie wrażeń. Idziemy sobie we dwójkę Doliną Strążyską (wycieczka grona pedagogicznego- ludzie porozłazili się wokół Zakopanego według własnych upodobań) i ona zaczyna do mnie zagajać

- Wiesz tu jest taka fajna jaskinia, byliśmy tu z klasą.

- Matko, babo, przecież wiesz, że ja do żadnej dziury pod ziemię nie zejdę, ani żadnej innej- bronię się i cierpnę, że, znając moją córę, jednak tę jaskinię będę musiała zaliczyć.

- Ale ona nie jest taka wielka i szybko nią przejdziemy. Wiesz ona jest tu niedaleko, tylko tą ścieżką pod górę 10 minut i już jesteśmy- upiera się przy swoim i macha ręką do tyłu- Tam była tabliczka ze strzałką ku jaskini.

- No nie wiem, wolę jednak sobie iść  po równym, nawet nie musimy dojść do schroniska- fajnie mi się szło, słoneczko grzało, widoki przecudne, po co mi się pchać w skały. Jednak widzę jej zawiedzioną minę, a w oczach ogromną chęć zwiedzenia jaskini.

- No dobra, idziemy- poddaję się- Ale musimy zdążyć wrócić do autobusu.

Poszłyśmy za strzałką na tabliczce, jednak nie przeczytałam czasu przejścia. Idziemy pod górę stromą ścieżką w wysokim lesie, po skałach, a co dziura czy ciemniejsze miejsce powyżej, to Młoda mówi do mnie uspokajająco

-  Popatrz, to już na pewno tu.

Po czym plama okazuje się rumowiskiem głazów, kępą krzaczorów czy faktycznie dziurą skale, ale nie wejściem do jaskini.

Ja do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że jednak do tej jaskini dotarłyśmy (po prawie godzinnej wspinaczce stromym chodniczkiem). Na pewno to była jakaś boczna trasa, bo główna trasa do jaskini wiedzie zupełnie inną doliną.

 No i czytam w Internecie, że to jaskinia „Dziura” i tam trzeba mieć latarkę, samemu się zwiedza, a ja pamiętam, że był tam przewodnik, a może podpięłyśmy się pod jakąś wycieczkę z przewodnikiem, ktoś oświetlił nam drogę, nie pamiętam? W każdym razie przeszłyśmy ją bez dodatkowych przygód. Jaskinię przeżyłam, a Młoda miała dodatkową radochę. Patrząc na film, kręcony w tej jaskini, jestem pewna, że tam byłam. Zwłaszcza wyjście zapamiętałam.

 Sztolnia Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach- to był dla mnie horror. Nie dość, że chodnik kopalniany z nisko zwieszonym sufitem i tak wąski, że jak wyciągnęłam ręce w bok, to dotykałam ścian, to jeszcze woda miejscami głęboka oraz zaliczanie trasy na wąskich łodziach. Ponieważ było nas trochę, to w trasę popłynęły dwie, albo trzy łodzie- nie pamiętam. Dzieciaki też chyba mocno przeżywały, bo momentami było cicho jak makiem zasiał, a przewodnik nie miał problemów z uciszaniem ich, by opowiadać historię kopalni. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach- dół  metr/metry czarnej, lodowatej wody, góra nisko i kilkadziesiąt metrów skał nad głową, miejscami trzeba było, siedząc w łodzi, pochylać, by nie złapać guza. I pamiętać, by łodzią nie chybotać oraz by trzymać ręce przy sobie- takie ostrzeżenie dostaliśmy na początku trasy. Jedyne chybotanie było dziełem przewodnika, który przesuwał łódkę po wodzie, odpychając się rękami od ścian. To chyba była najgorsza wycieczka klasowa w mojej nauczycielskiej karierze. Z trudem wytrzymałam do wyjścia na powierzchnię. Całe szczęście, że dzieciaki były tak podekscytowane, iż nie zauważyły mojej trupiej bladości na twarzy. A skąd o niej wiem? Koleżanka, co chwilę pytała, jak się czuję i czy wytrzymam. Pod ziemią siedzieliśmy około dwóch godzin, a po wyjściu na powierzchnię przysięgłam sobie, że nigdy więcej żadnej kopalni, żadnej jaskini, żadnych katakumb (w korytarze Twierdzy Kłodzkiej odmówiłam wejścia i zostałam pilnować uczniów, którzy też nie mieli na nie ochoty).

Jednak życie dziwnie się plecie- moje zarzekania się były takie, jak u żaby, która mówiła, że już do wody nie wskoczy… nigdy… NEVER… a potem chlup do stawu i tyle ją było widać.

Zatem jeszcze dwa razy byłam w jaskiniach. To były Jaskinie Demanowskie na  Słowacji, ale o tym innym razem.

 


P.S. Mam niewiele zdjęć z tych wycieczek. To były lata 90., nie miałam własnego aparatu, a nie zawsze udało mi się od kogoś pożyczyć. Aparaty były jeszcze na klisze. Mam dużo rolek z filmami, nie wiem jednak, czy są one jeszcze do wykorzystania. Sporą część zdjęć, z wycieczek, musiałam wyrzucić, bo były do niczego. Poza tym,  zajęta byłam pilnowaniem dzieciaków- na wycieczkach jest często tak, że pochylisz się, by zawiązać sznurówkę, a w tym czasie już jest bójka, albo inne skręcenie nogi. To były dzieci z podstawówki, a takim to naprawdę różne głupoty do głowy strzelają w najmniej spodziewanym momencie. Długo opowiadać- można mieć do nich zaufanie zamiast a i tak zawsze się coś wykoci.  Dlatego zamiast robić zdjęcia, uważałam na bezpieczeństwo uczniów.  Ze sztolni i jaskiń zdjęcia nie wyszły. Mam za to zdjęcia z nieistniejącej już w Stroniu Śląskim huty szkła (to następna dziedzina sztuki, którą chciałabym opanować, ale…. No właśnie). To ta sama wycieczka- Jaskinia Niedźwiedzia jest w Kletnie niedaleko huty.


 

18 kwietnia 2024

A tymczasem rozważania przy krojeniu mięsa, czyli jak ugotować węgierski bogracz.

Taki piękny łan kwitnącego czosnku niedźwiedziego widzę przez okno, siedząc przy komputerze- czosnek w ogrodzie siostry.

 Bogracz gotowałam kilka razy. Ostatni ugotowałam w lutym. Zrobiłam zdjęcia, by wrzucić na blog i pokazać, że nie tylko chińska kuchnia jest w pakiecie moich zainteresowań kulinarnych. Dania z kuchni innych krajów są w nim również.

Niestety, podczas robienia porządków w folderach ze zdjęciami, ten z kulinarnymi dokonaniami Jaskółki, wyleciał w powietrze. Szkoda, bo miałam tam już niezłą dokumentację z gotowania oraz pieczenia fajnych jedzonek. No to apiać cały cykl.


Pierwszy na linię ognia poszedł bogracz- węgierska zupa typu śląski ajntopf (wszystko do jednego gara, byle sycące, byle gęste).

Bogracz gotuje się jak kartoflankę, to dlaczego go nie reklamować?

I teraz moje rozmyślania przy krojeniu mięsa wołowego na zupę. Kawałek wołowiny miał być takim wspaniałym „czystym” mięskiem na bitki lub rolady. Niestety okazał się tylko z góry piękny, bo w środku miał pełno żył i włókien. Zaczynam to chabazie wycinać- nasuwa mi się myśl o wegetarianach i ich krytyce mięsożernych. No, myślę sobie, jak to łatwo krytykować innych, że jedzą zwierzątka, że serca nie mają, że jak tak można, że ekologia, bo hodowla zaśmieca środowisko, truje powietrze… Myślę sobie i wściekam się przy wycinaniu tych żył.  Tak szczerze mówiąc, to częściej spotykam się z krytyką, dotyczącą jedzenia mięsa, uprawianą przez wegetarian, vegan czy jeszcze inne nacje, niż z krytyką wegetarianizmu ze strony mięsożernych. Mało tego, wegetarianie swoją krytykę przeprowadzają za pomocą słownictwa, które ma wbić mięsożercę w  ogromne poczucie winy, takie, że nic tylko iść i zakopać się w piasek, bo odważył się zjeść kotlet, roladę wieprzową czy udko z kurczaka na obiad. A w dodatku żre kiełbachę, szynki, wędzone boczki- bez skrępowania, że właśnie pożera zwierzątko. No…

Tnę to paskudne, oporne mięso na kawałki i dalej mi się myśli snują- jak to jest, że taki krytykant nie popatrzy najpierw sobie do talerza, zanim zacznie na innych wieszać, nomen omen, psy, które też są mięskiem? Nie widzi, że te wszystkie ostrygi, krewetki, rybki, mule, raki i kraby to też mięso? Naprawdę tego nie widzi? A wcina to z apetytem i jeszcze mówi- ja mięsa nie jadam, ale ryby tak. Nie, nie jadam mięsa, ale rybne sushi, mniam, owszem, mógł/mogłabym jeść na okrągło.  A jajeczka, a galaretkę???? Żelatyną robi się z kości wieprzowych i rzadko który wegetarianin zastanawia się, z czego jest zrobiona galaretka, którą na deser wcina. Koń by się uśmiał z takich wegetariańskiej dwulicowości i zakłamania.

Jestem przeciwniczką niehumanitarnego uboju, przeciwniczką uboju rytualnego, przeciwniczką hodowli zwierząt na futra, przeciwniczką bezmyślnego myślistwa, przeciwniczką dręczenia zwierząt dla widzi mi się itp. ale nie mam zamiaru brać udziału w nagonce na ludzi tylko dlatego, że wybrali taki, a nie inny sposób żywienia oraz styl życia. I nie mam zamiaru być ofiarą takiej nagonki. Jakim prawem ktoś, komu wydaje się, że żyje lepiej ode mnie, albo wybrał, według niego, lepszy styl życia, będzie mi narzucał ten styl? Tylko dlatego, że „wydaje mu się”? Jakim prawem obrzuca mnie, mięsożerną, epitetami, wyśmiewa, krytykuje i wpędza w poczucie winy z tego powodu? Jeżeli zechcę „zmieniać” świat, to zrobię to z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś pohukuje mi nad głową, jaka to ja jestem zła oraz bezduszna, bo ośmielam się jeść mięso. 

No dobra, pocięłam w końcu to oporne mięso w kostkę i myśli poleciały mi w stronę ekologii, często na nas wymuszanej. Takie segregowanie odpadów w naszej gminie- ja jestem zadowolona, że w ogóle jest, bo przedtem konieczność nakazywała to wszystko palić, nie było gdzie składować. Ale jak weszło segregowanie śmieci, wszedł nakaz mycia słoików, butelek, opakowań np. po jogurtach. No kompletny bezsens, bo wzrosło jednocześnie zużycie wody oraz prądu- zimną wodą tłustego nie wymyjesz. Ale przyszło opamiętanie i ten nakaz zniesiono- ja niektóre opakowania myję, bo trzymamy wory w piwnicy i po kilku dniach byłby straszliwy smród (segregowane odbierają u nas raz w miesiącu). Od dwóch lat gmina odbiera odpady bio- no ludzie, zdziwiłam się- bio na wsi? Ale ma to jednak sens, ponieważ polikwidowano hodowlę świntuchów (ani jednego już się w gospodarstwach nie hoduje- ludzie puścili ziemię w dzierżawę), krów, a kur to teraz w gospodarstwie jest najwyżej kilka, o ile w ogóle one są. Gdzie te resztki dawać? Stary zwyczaj ogrodowy zakłada posiadanie kompostownika. Najpierw mieliśmy taki tradycyjny- odpadki, chwasty na kupie kompostowej. Potem kupiliśmy dwa duże plastikowe pojemniki- kompostowniki, wrzucamy tam resztki jedzenia przesypując je chwastami- robi się piękna ziemia kompostowa. Ale na wsi zwyczaj kompostowania przeminął- odpadki ładuje się do plastikowych kubłów, te wywozi gmina co 2 tygodnie. Do tych kubłów właściciele wrzucają również skoszoną trawę, to mnie jednak bulwersuje, bo skoszona trawa, kiedy się ją zostawi, trawnik nawozi.

No dobra, każdy sobie rzepkę skrobie, ale kiedy zgłosiłam kompostowniki i poprosiłam o ulgę, bo w końcu nie obciążam gminy wywozem odpadków, usłyszałam, że ulga w miesięcznej opłacie za wywóz śmieci wynosi 1 zeta. To samo mają właściciele domów, które ogrzewają gazem- gmina nie wywozi ich popiołu, ale oni muszą za ten wywóz płacić. Podobno są to ogólnokrajowe przepisy i tyle.

I dalej bogracz- poprzednie bez kluseczek. Podobno rasowy bogracz powinien te kluseczki w sobie mieć. No to zrobiłam.

Najpierw o nich, potem o zupie. Kluseczki robi się banalnie prosto: wbijasz do miski jajko, soli, dodajesz tyle mąki, ile jajko zbierze, ale ciasto powinno być miękkie. Wyrobiłam całość ręką, dałam na deskę do krojenia, uformowałam wałeczek i pocięłam go w taki sposób, jak się kroi na kopytka. A potem te kluski do zupy i poczekać aż się ugotują. W przepisie jest rada- jak wypłyną, to znaczy, że ugotowane. Sęk w tym, że bogracz jest gęsty i kluski żadnym sposobem się w nim nie utopią, nic nie wypłynie, bo nie opadnie na dno. Kluseczki można ugotować osobno w osolonej wodzie.

 W ogóle te przepisy są często niedokładne, składniki podawane byle jak, widać, że wiele jest powielanych „bez głowy”. A ja potem gotuję według takiego niedokładnego przepisu i wychodzi klapa. Tak było z czeburakami (tu akurat dobrze, że zdjęcia wyleciały w niebyt- zrobię następne czeburaki, to pokażę)- zrobiłam według wybranego przepisu- wyszły twarde. Potem poszukałam innych przepisów i w nich była zupełnie inna technologia robienia ciasta. Teraz parę razy porównuję przepisy- wybieram ten, który wydaje mi się sensowny. Oczywiście wymagający mało pracy i nie „kosztowny”, oraz nie ma wymyślnych produktów.

 Bogracz- to jeden z symboli madziarskiej tradycji kulinarnej. Węgierska nazwa "bogrács" wywodzi się od tureckiego słowa "bakraç", oznaczającego „ miedziany kociołek”. To prawdopodobnie przybysze z Osmańskiego Imperium,  rozpowszechnili, na terenach nad Dunajem, Drawą oraz Cisą, zwyczaj przyrządzania potraw nad ogniskiem. Miedziane naczynia zastąpiono żeliwnymi, a Węgrzy dalej z umiłowaniem przyrządzają w kociołku nad ogniskiem różne potrawy: halászlé (zupa rybna), paprykarz (potrawa z baraniny lub cielęciny z dużą ilością papryki i śmietany), slambuc (danie z boczku, ziemniaków, cebuli, papryki i łazanek) oraz wszelkie odmiany gulaszu, na czele z tytułowym bograczem.

Często na bogracz mówi się gulasz, ponieważ węgierskie słowo „gulyás” oznacza zupę gulaszową, jaką jest bogracz. Sprawdziłam przepisy na bogracz i na gulasz- prawie niczym się nie różnią. Wynika z tego, że dla Polaków gulasz to zupa, która po węgiersku nosi nazwę bogracz. Ale żeby być sprawiedliwym, należy dodać, że w sposobie przygotowania, gulasz od bogracza różni się tylko tym, iż gulasz zagęszcza się zasmażką, a bogracz pozostaje w postaci gęstej zupy. No i do bogracza można, ale wcale nie trzeba, dodać kluseczki.

Bardzo często w Polsce mówi się "gulasz" na kawałki mięsa w gęstym sosie- "na są obiad ziemniaki z gulaszem i kiszonym ogórkiem".

Pierwotnie podstawowymi mięsami w bograczu były dziczyzna i wołowina. Najczęściej gotuje się go na wołowinie, ale dobór mięsa jest współcześnie dowolny. Charakterystyczny smak tej zupie nadają różne rodzaje papryki, smalec wieprzowy, boczek wędzony oraz ziemniaki. I znów można dodać, że współcześnie w bograczu można znaleźć różne dodatki np. pieczarki, grzyby leśne, inne warzywa niż w podstawowym przepisie, plasterki kiełbasy itp.

No nie wiem, jak chcę ugotować coś, co jest charakterystycznym daniem danego kraju, to staram się gotować pierwszy raz zgodnie z przepisem, a potem, ewentualnie z braku jakiegoś produktu, przepis modyfikować.

Podaję przepis na bogracz tradycyjny. Ugotowanie go zajęło mi około 1,5 godziny.

 Składniki na 4 porządne porcje:

- 500 g mięsa wołowego na gulasz

- 2 łyżki smalcu wieprzowego,

- 100 g boczku wędzonego,

- 1 duża cebula,

- 4 duże ząbki czosnku,

- 2 marchewki,

- 3 papryki kolorowe( zielona, czerwona, żółta),

- 3-4 ziemniaki,

- 1 łyżka papryki suszonej słodkiej ( nie wiem, czy płatek, ja dałam mieloną),

- 4 liście laurowe,

- 6 ziaren ziela angielskiego,

- 1,5 litra wody,

- 1 puszka pomidorów krojonych (400g),

- 1 łyżka koncentratu pomidorowego,

- sól, pieprz do smaku,

- kwaśna śmietana do podania,

- zielona pietruszka do podania,

Tego wyjdzie sporo, czyli potrzebny jest duży rondel lub garnek, no chyba, że ktoś ma ekstra  kociołek i robi bogracz nad ogniem.

Moje uwagi- w przepisie są podane składniki i ich ilość, ale to od indywidualnego podejścia zależy, ile czego dać do zupy. Nie dałam koncentratu, bo bogracz i tak był bardzo pomidorowo- słodki, dałam mniej ziemniaków oraz średnie marchewki, ponieważ nie ma podanej wielkości warzyw. Nie dałam zielonej papryki, ale jak ktoś chce mieć dużo, to należy dodać więcej ziemniaków, paprykę różnokolorową. Podczas gotowania kosztowałam i dodawałam sól oraz pieprz do smaku, bo ciągle było „płone” (ni słone, ni płone- za mało doprawione). 

 

Wykonanie:

  1. Mięso pokroić na nieduże kawałki, posolić.
  2. Roztopić tłuszcz, wrzucić na gorący tłuszcz mięso i smażyć parę minut (smażyłam dosyć długo, bo chciałam mieć pewność, że nie będzie twarde- wołowina jest długo twarda).
  3. Na smażone mięso wrzucić pokrojoną cebulę w kostkę, pokrojony w kostkę boczek oraz straty czosnek (pokroiłam czosnek drobno). Smażyć około 10 minut.
  4. Wrzucić pokrojone w kostkę paprykę oraz marchewkę, dodać słodką paprykę.
  5. Wlać do wszystkiego wodę, dodać liść laurowy, ziele angielskie lekko posolić. Całość gotować na małym ogniu około 30 minut.
  6. Wsyp pokrojone w kostkę ziemniaki.
  7. Kiedy ziemniaki będą prawie miękkie, dodać pomidory i na koniec koncentrat pomidorowy. Gotować wszystko do miękkości mięsa. Jeżeli trzeba, doprawić gotową zupę solą oraz pieprzem. 

Z kluseczkami.

 Można podawać w miseczkach z kluseczkami, z kleksem kwaśnej śmietany i posypane zieloną pietruszką.

 


https://kuchnia.wp.pl/bogracz-jak-zrobic-wegierski-specjal-6596340458732512a

Zdjęcia kociołków :

https://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/wolowina/bogracz/przepis.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogracz

 

P.S. Proszę tu nie zamieszczać opisów, dotyczących okrutnego traktowania zwierząt i proszę mnie nie przekonywać, że jedzenie mięsa jest złe. Przedstawiłam swoje zdanie na ten temat, moja postawa wobec takiego, a nie innego sposobu żywienia, jest przemyślana i na razie nic jej nie zmieni.


 

15 kwietnia 2024

I tak to wiosennie się kręci

Przed szóstą obudziła mnie Beza. Bardzo zaniepokojona domagała się uwagi. Otworzyłam drzwi wyjściowe, by ją wypuścić na dwór i nagle zrozumiałam jej niepokój. Zagrzmiało, a ona bardzo boi się burzy. Pierwsza burza tej wiosny przechodziła gdzieś bokiem, bo grzmiało gdzieś w oddali. No, ale pies swój instynkt i swój strach ma- obojętnie gdzie, ale jest i ją słychać. Teraz pada niezbyt intensywnie, na termometrze +14 stopni. Czas bardziej majowy niż kwietniowy. To, co kwitnie w maju, rozkwitło teraz. Tylko kasztan jeszcze drzemie. Trochę mi ten deszcz popsuł plany ogrodowe, ale i tak mam już ponad połowę założonych prac zrobionych.

Kwitną rzepaki (w kwietniu?)- cały samochód pokryty żółtym pyłem, a ja kicham oraz płaczę jak bóbr. Jeszcze tylko kwitnące topole doprowadzają mnie do takiego stanu. Ale deszcz oczyścił powietrze, zmył te pyłki.

Wczoraj przesadzałam amarylisy, zimujące w piwnicy. I z nimi klęska totalna. Miesiąc temu zorientowałam się, że coś mi je zżera. Długo nie szukałam- ślimaczyska dostały się do piwnicy i obgryzły młode, wyrastające z cebul, liście. Całe szczęście, że zauważyłam to w porę, posypałam ślimaksem i parę roślin udało mi się uratować. W ogrodzie, po marcowej inwazji małych wredów, na razie innych ślimoli nie widać. Wycięliśmy cały bluszcz osłaniający taras, bo inaczej nie można było by zrobić remont. Trochę mi szkoda tej zielonej ściany, ale teraz widzę, ile on przestrzeni zajmował. Od razu zrobiło się jaśniej i czyściej, weszło na taras więcej słońca. Z jednej strony taki bluszcz jest piękny, latem zielony, jesienią czerwony a potem bordowy. Z drugiej strony strasznie śmieci. Kiedy kwitnie, a kwitnie obficie, pszczoły na nim pracują- przy okazji płatki sypią się na taras. To samo dzieje się z dojrzałymi owocami. Z nimi jest kłopot większy, bo barwią wszystko na fioletowo. Wiecznie się to wnosi do pokoju, wyjmuje ze szklanek, z talerzy, kiedy jemy na tarasie. Bluszcz rośnie szybko, zostawiamy korzeń, jeżeli zdecydujemy, że znów go chcemy na ścianie, nie ma sprawy, puścimy odrosty.

Wstawiłam bez do wazonu- pachnie na cały dom, a wieczorami w całym ogrodzie pachną jego duże krzewy.

Dzisiaj fotki innych kwitnących już krzewów- żółtej veigeli, łososiowej azalii oraz pełnego bzu "Krasawicy Moskwy"- obcięłam mu dwa strzelające w górę pędy i piękny krzak się z niego robi.

 W lasku obłędnie kwitnie czosnek niedźwiedzi- kępy są coraz większe. Młoda zrywa liście na sałatki bez uszczerbku na urodzie roślinom. Ponoć najbardziej wartościowe są jego zielone liście na wiosnę, przed kwitnieniem, potem stają się trochę gorzkie. Muszę w ogóle spróbować tej zieleniny- dotychczas jej nie rwałam, chcąc by rośliny się bardziej  rozrosły.
Mała Fortegilla- kwitnie zanim wypuści liście. Zawsze wiosną wygląda tak rachitycznie, a potem robi się z niej piękny krzaczek.

Judaszowiec w ogrodzie u siostry, zaraz za płotem. Pięknie się odsłonił, kiedy wycięliśmy, w zeszłym roku, połamane tuje. Też najpierw kwitnie, potem wypuszcza liście.
Zrobiłam kilka (12- dwie zakosiła od razu Młoda) bransoletek boho. Szkoda, że w Polsce takie bransoletki uznawane są z „badziewie’ byle jakie, bo ze szmaty, drutu i koralików byle jak skręconych. Na stronach Etsy czy e-Bayu takie rzeczy są wystawiane i nawet trochę kosztują. No cóż, ja mam frajdę, a bransoletki wezmą udział w akcjach charytatywnych, jak to już kilka razy z moimi wytworami zrobiłam.

Więcej zdjęć i więcej o nich na moim drugim blogu ( kliknąć w zdjęcie na pasku).