Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

12 sierpnia 2024

Rosja, IO, taras i "Złoto Inków".

Ja wiem, że to bardzo niepolitycznie, nieludzkie i  w ogóle różne  „nie…”, ale bardzo się cieszę, że w końcu Ukraina ruszyła na rusów. Nie można ciągle siedzieć w kącie i dawać walić się po łbie. Z chamami trzeba po chamsku- walnąć w ryjek i rzucić ku…wą. Czytam wieści z ziemi ruskiej- wielka ewakuacja trwa. No i dobrze, jak ruski nie rozumieją, co robią ich sołdaty w Ukrainie, to niech na własnej skórze to poczują.

Olimpiada się skończyła, mam mieszane odczucia. Z jednej strony niedosyt medalowy, a z drugiej strony uważam, że za to, co dostają sportowcy od polskich związków sportowych to i tak wyniki są świetne. I nie chodzi tutaj o pieniądze, a o sposób traktowania sportowców, o związkowe kolesiostwo, kombinowanie, upokarzanie sportowców  oraz ogólną związkową zgniliznę. Od zawsze w polskich związkach liczyli się głównie ich działacze, potem było długo, długo nic, a na szarym końcu byli sportowcy.

Nie będę się dalej nad olimpiadą rozwodzić- „Show Must Go On”- turniej tenisowy goni za turniejem, jest co oglądać.

W ogrodzie zrobiło się paskudnie cicho i wczesnojesiennie. Nie wiem, gdzie te wszystkie skrzydlate się pochowały. Czasem zaśpiewają wilgi, nocami nadal piszczą sowy (a myślałam, że już dorosły) i dzięcioł od czasu do czasu rozdzierająco zachichocze.

Taras zrobiony, ale niewykończony, reszta w rozsypce, panowie zamilkli- ponoć spawają schody i balustrady. Nerwy mam zszarpane i mam serdecznie tego całego cyrku dość. A miało być tak pięknie- szybko, estetycznie, no wprost ślicznie: ”Niech się pani nie martwi, niech mi pani zaufa….”. Tylko, że nie na zaufaniu ma to polegać, a na realizowaniu dokładnie tego, co chcemy, czego panowie nie potrafią zrozumieć i wykonać. I wcale nie chodzi o kwestie techniczne, bo nasze propozycje są najprostsze oraz szybkie w wykonaniu i tak naprawdę nie ma żadnych przeszkód, by zrobić według naszego projektu, ale…”Niech mi pani zaufa….”

No dobra…dalej będzie o komosie ryżowej.

Komosa to taka roślina, która mi się niezmiennie kojarzy z łąką i poboczami dróg. Taki swojski wysoki zielony grubas z multum nasionek- ziarenek o właściwościach leczniczych. Polska komosa to po prostu lebioda. Dawniej, na wsiach, na przednówku, kiedy już skończyło się zboże, a nowego jeszcze nie było, gotowano z niej zupę ( z młodych łodyg i liści).

Natomiast ziarna komosy ryżowej (quinoi)- pseudozboża, wykorzystuje się w kuchni tak, jak kasze, czy ryż.

Quinoę zaczęto uprawiać w Ameryce południowej już 5000 lat temu. Jest ona odporna na niekorzystne warunki klimatyczne i glebowe, a jej zbiory są bardzo wydajne. Ze względu na jej wartości odżywcze nazywana jest „Złotem Inków”. W zależności od koloru ziarna wyróżnia się komosę białą, brązową, czerwoną i czarną.

 

„Komosa ryżowa należy do jednych z najbardziej wartościowych zbóż. Znana jest przede wszystkim jako bogate źródło takich mikroelementów jak magnez fosfor, żelazo, cynk, mangan. Dostarcza również organizmowi witaminy z grupy B – B1, B2 i B3. 100 g ugotowanej komosy ryżowej zapewnia również 10% zapotrzebowania organizmu na błonnik. Ziarna komosy zawierają w swoim składzie wszystkie składniki odżywcze, dlatego jest ona tak unikalna. Szacuje się, że aż 10% suchego ziarna stanowi białko, jest to więc jego doskonałe źródło, także dla osób na diecie wegańskiej i wegetariańskiej.”

Więcej o wartościach komosy ryżowej (a jest ich jeszcze sporo) znajdziecie w artykułach- linki pod postem.

Quinoa jest bezglutenowa. I ma niski indeks glikemiczny. Nie podnosi cholesterolu i nie podnosi poziomu cukru we krwi.

Ale uwaga- komosa pokryta jest saponinami i może wywołać reakcję alergiczną- biegunki, nudności, wymioty oraz bóle żołądka.

Komosy nie powinny jeść osoby z wrzodami żołądka oraz kamicą nerkową (posiada szczawiany). Osoby zdrowe mogą jeść komosę codzienne, osoby z dolegliwościami żołądkowymi – rzadziej.

Dłuższe i częste jedzenie quinoi powoduje wypłukiwanie minerałów- magnez, wapń itp. Czyli trzeba sobie dania z komosą dawkować tak, by nie przesadzić. Ale równocześnie quinoa ma działanie przeciwalergiczne.

Jest ona bardzo ława w przyrządzaniu. Stosuje się proporcję 2 części wody na 1 część komosy. U mnie 1 szklanka quinoi to dwie porządne porcje po ugotowaniu ( „puchnie” tak, jak ryż).

Przed gotowaniem można ziarna podprażać, ale ja się w to nie bawię. Natomiast warto komosę dobrze przepłukać zimną wodą, wtedy traci ona goryczkę. Najpierw gotuję wodę, potem do wrzątku wrzucam komosę i solę. Gotuję pod przykryciem- podczas gotowania wydziela zapach, który mnie drażni, ale nie należy się zrażać, bo ten zapach znika po ugotowaniu. Po 10 minutach gotowania, wyłączam palnik i pozwalam ziarnom nabrać objętości już bez gotowania (dokładnie tak, jak przy gotowaniu ryżu)- ziarna muszą wchłonąć całą wodę. Ugotowana komosa jest sypka, lekka, ma białą otoczkę wokół ziarna. Jej smak jest lekko orzechowy.

 

Komosę traktuję tak, jak ryż, ziemniaki lub makaron, czyli jemy ją z różnymi rodzajami mięsa i sałatek.

Na przykład  Bowl z quinoą, kurczakiem w tempurze i sałatką (papryka, ogórek zielony, pomidor, pietruszka, cebula + śmietana z koperkiem)

Ostatnio jedliśmy quinoę ze smażonym kurczkiem i ogórkami kiszonymi. Wydawało by się, że ogórek do komosy nie pasuje, ale wcale tak nie jest. Quinoa jest jednak trochę mdła- ogórek smakowo podbił danie. 

Ponieważ ugotowałam za dużo komosy, zrobiłam z niej kotleciki w sosie kurkowym- lubię mieszać różne jedzonko na pozór nie pasujące do siebie.

Kotleciki z komosy ryżowej.

Składniki z przepisu, ale ja, jak zwykle, dawałam je „na oko”

  • chili mielone - 1 szczypta
  • chleb żytni - 30 g/ (dałam bułkę tartą, którą sama robię z suszonych bagietek)
  • pieprz czarny - 1 szczypta
  • jajko - 2 szt.
  • świeży koperek - 25 g
  • oliwa z oliwek - 1 łyżka
  • parmezan - 80 g- (dałam twardy żółty ser nawet nie wiem jaki)
  • sól - 2 szczypty
  • woda - 375 g
  • komosa ryżowa (quinoa) - 135 g
  • ząbek czosnku - 2 szt.

Do podania

  • jogurt naturalny - 180 
  • świeży koperek - 5 g

1. Komosę ryżową płuczemy na sicie pod bieżącą wodą, odcedzamy, a następnie umieszczamy w garnku i zalewamy gorącą wodą. Dodajemy 1 szczyptę soli i oliwę. Gotujemy ok. 15-20 minut, aż komosa wchłonie całą wodę. Ugotowaną komosę odstawiamy do wystudzenia.

2. Wystudzoną komosę przekładamy do miski. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę, parmezan starty na tarce o drobnych oczkach, posiekany koperek, zmiksowany drobno chleb żytni, 1 szczyptę soli, pieprz i chili oraz rozmącone jajka. Całość dokładnie mieszamy, aż składniki się połączą.

3. Z przygotowanej masy za pomocą ringu do wycinania formujemy okrągłe, płaskie kotlety, które następnie smażymy na patelni na rozgrzanym oleju. Kotleciki smażymy ok. 5 minut z każdej strony, aż nabiorą złotego koloru. 

Nie bawię się w żadne „ringi”, tylko normalnie kulkę masy formuję na kotlecik.

 


4. Gotowe kotleciki z komosy ryżowej podajemy z kleksem jogurtu naturalnego. Z wierzchu dekorujemy świeżym koperkiem.


Sos kurkowy

Składniki:

- 250 g kurek świeżych lub mrożonych

- 1 ząbek czosnku,

- 1/2 cebuli

- 1-2 łyżki oleju,

- 1 łyżka masła,

- pęczek posiekanego koperku,

- 200 ml śmietanki słodkiej 18%

- opcjonalnie szczypta kurkumy

Wykonanie

- kurki oczyścić, umyć, pokroić na kawałki,

- w rondlu zeszklić posiekaną cebulę, potem dodać starty czosnek,

- dodać masło, a gdy się roztopi, wrzucić kurki, smażyć około 5minut, doprawić solą i pieprzem

- wlać śmietankę i zagotować, dodać kurkumę (dodaje złotego koloru), dodać posiekany koperek  i gotować jeszcze około 5 minut

 


 Gotowe kotlety z quinoi w sosie kurkowym.

 


https://go4taste.pl/blog/komosa-ryzowa-i-jej-wlasciwosci/

https://mass-zone.eu/komosa-ryzowa-n-236.html

 PS. 3 godziny wklejałam ten post i zdjęcia. Blogger robi okropne trudności, co zniechęca mnie coraz bardziej do prowadzenia bloga. Po raz kolejny odechciewa mi się robić tutaj cokolwiek.

 


11 sierpnia 2024

Hej, Hej... jeszcze trwa

 lato... uszy do góry, banan na buziol... i posłuchajcie na full...do końca😀😀

Dobrze myje się przy niej okna, albo prasuje, albo po prostu leni się.


Polecam drugi utwór.


08 sierpnia 2024

A myszołowy cicho szybują, unosząc się nad płachtami pól...

 Filmy nakręciłam podczas niedzielnej wyprawy do już "nie mojego lasu". Po 50 latach nieobecności w nim, zdecydowałam się (2 lata temu) wrócić tam i zobaczyć, jak te, niegdyś moje, kąty teraz wyglądają. Może już pisałam o tym, a może nie (muszę sprawdzić w archiwum), może opiszę ten "powrót", a może nie. Nie wiem, czy będę umiała oddać emocje i wrażenia z nim związane. To miejsce, w którym przebiegało moje dzieciństwo i dorastanie- do niego najczęściej wracam wspomnieniami. Żadne inne miejsce zamieszkania nie było tak dla mnie ważne. No może pierwsza leśniczówka, ale z tamtego czasu niewiele pamiętam. Tylko tyle,  ile może zapamiętać 5-6 letnie dziecko. 

Myszołowy krążyły nad ogromnym polem, które kiedyś było pastwiskiem. Stary uczył latać młodego. Nie było łatwo nakręcić filmy, bo to zwinne ptaszory i nie nadążałam z łapaniem ich w kadr.

Filmy należy oglądać na dużym ekranie.


 

 


Oglądam na okrągło IO i nie ma mnie na blogach- sorry:)

Oprócz tego "wydzieram pazurami" taras😀😀😀😀. No niestety, znów ekipa do bani.

No i Bezka, bo to przecież są wędrówki z Bezą 😄 


 

03 sierpnia 2024

Opowieści o odchodzeniu...

Niedawno zadzwonił nasz dobry kolega motocyklista i mówi do mnie:

-Ty wiesz, mam takiego kumpla, który napisał książkę o odchodzeniu. Mówię ci to, bo przecież ty się tym tematem zajmowałaś i chyba ci się książka spodoba. Ja ją łyknąłem jednym tchem. Dobrze się czyta. Przeczytaj i potem podyskutujemy, jak ją odebrałaś.

Słuchałam i narastał we mnie bunt- o nie, ja już nie chce w to wchodzić i wczuwać się w czyjeś przeżycia na łożu śmierci. Za bardzo mnie to dotyka, nie i już. No, ale ja nie potrafię w takich sytuacjach odmawiać i być  asertywną.

- Dobra, powiedziałam- Kupimy, przeczytam.

 I kupiłam.

Śmierć- temat trudny, ale bardzo wymagający „oswojenia”, zwłaszcza w kontekstach, w jakich ja go umieściłam w swojej pracy naukowej. Po jej obronie przez kolejne, co najmniej, 10 lat dosłownie „rzygałam” problematyką śmierci. Wszystko mi się kojarzyło, wszędzie ją widziałam, ciągle tkwiła mi w głowie. Byłam w depresji, a taka „pamiątka” nie sprzyjała wychodzeniu z niej. Przeżyłam w tym czasie (a przedtem śmierć męża) śmierci ojca i matki, śmierci teścia i teściowej, śmierci koleżanki  oraz  kolegi z klasy licealnej, śmierci kuzyna, kuzynki i jej męża, odchodzili również sąsiedzi. 15 lat i tyle śmierci wśród bliskich. Czy się oswoiłam? Nie wiem. Czy mi ta ogromna wiedza (multum przeczytanych pozycji z dziedzin towarzyszących problemowi) na ten temat pomaga w podejściu do śmierci w ogóle oraz do własnej śmierci? Być może, ale chyba nie różnię się w moim podejściu do niej od ludzi, którzy mają na temat śmierci wiedzę potoczną- czasem się jej boję, częściej jest mi to już obojętne. Wiem jedno- sama muszę to przejść, jakby nie wiem jak to śmiesznie zabrzmiało. Nie unikam tematu śmierci, ale też specjalnie się do niego nie garnę. I tyle.

Książka.

 



 Czyta się bardzo dobrze. To jest w zasadzie zbiór rozmów- opowieści, związanych z umierającymi pacjentami w hospicjum lub opowiadań o śmierci bliskich, o ich odchodzeniu. Z autorem książki rozmawiają różne osoby- ksiądz, opiekunki w hospicjum, rodzice, oraz inne osoby, które zetknęły się z umieraniem i śmiercią niekoniecznie bliskich.


 

Kiedy czytałam pozycje z różnych dziedzin na temat umierania i śmierci, nabierałam coraz większego dystansu do życia i coraz większej pokory wobec losu. Po przeczytaniu tej książki ta pokora stała się jeszcze większa.

Napisałam swoją pracę naukową, ale takie prace są zazwyczaj dla innych naukowców. Wydałam książkę na podstawie tej pracy, jednak zdaję sobie sprawę, że nie jest ona dla wszystkich. 


 

Dobrze, że książka, którą polecam, została napisana; dobrze, że dotrze do przeciętnego czytelnika.  Każde zdanie, zawarte w niej, jest warte uwagi, każda wypowiedź czegoś nas uczy o  umieraniu i śmierci. Jest w niej tyle wskazówek, że każdy, dosłownie każdy, powinien się z nimi zapoznać.

 


Przełamie wiele stereotypów oraz mitów, związanych z podejściem do umierania oraz śmierci. Na pewno podpowie, jak zachować się w sytuacji umierania innej osoby, jak z nią rozmawiać, jak radzić sobie z własnymi emocjami.


 

Ta książka mówi jeszcze o jednym- mówi o nas, o ludziach jako jednostkach, a cechy tych jednostek często tworzą stereotypy- mówi o egoizmie, zadufaniu, nie liczeniu się z drugą osobą, podkreślaniu własnych emocji, a nie braniu pod uwagę emocji umierającego, jego praw, jego marzeń, czy wreszcie prawa do godnego umierania.

 

Ale ta książka mówi również o innych cechach ludzkich- o umiejętności poświęcenia swojego czasu, umiejętności przebywania i rozmów z człowiekiem w stanie terminalnym, o poskromieniu własnego egoizmu, o umiejętności uczenia się żyć ze świadomością nadchodzącego kresu innych i swojego.

Natomiast w kontekście mojej pracy doktorskiej oraz końcowych wniosków w niej zawartych, gdyby wtedy istniała ta książka, to także zaleciłabym ją jako obowiązkową do przeczytania w ramach edukacji  dzieci oraz młodzieży ( 8 klasa oraz klasy licealne) w zakresie wiedzy o umieraniu i śmierci.

 


A teraz, na już- chłonąć, chłonąć ten piękny świat całą sobą, rejestrować obrazy, zapachy, kolory, dźwięki, gromadzić wrażenia, sycić się przelotnymi pięknymi chwilami, by potem, w końcowej chwili, przywołać najpiękniejszy obraz i z nim, w głowie, umrzeć. Jeżeli świadomość na to pozwoli.

Wszystkie cytowanie pochodzą z tej książki.

P.S. Parę razy, podczas czytania, pękłam i się poryczałam. No cóż…

Długo szukałam tytułu tego posta, wszystkie były banalne i jakieś nieprzystające...