Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

16 grudnia 2025

Znów zadziałało.... ja cię pierdolę!!!!!!

Prawo Murphy'ego szaleje, u nas, w najlepsze. Dzisiaj trzeci punkt- awaria kasy fiskalnej. No cóż, święta się zbliżają, kolejka przed sklepem (w zeszłym tygodniu był zamknięty- choroba poplątała nam szyki). Ten tydzień jest ostatnim przed świętami, kiedy ludzie robią wyroby mięsne. A do tego potrzebują naszych artykułów. No i d... blada. Pierwszy klient w środku, a 5 stoi przed drzwiami, bo sklep malutki (w czasie pandemii ograniczyliśmy miejsce, tylko dla jednego klienta, za ladą)- trach.... kasa odmawia współpracy. W dodatku ten klient jakiś dziwny, a to dopytuje o paragon, a to o fakturę.... może skarbówka to była? Czort wie. Jaskół dzwoni do serwisanta- ten spokojnie oznajmia, że po tygodniu przerwy kasa miała prawo się rozładować. Trzeba ją przywieźć do serwisu.... Druga d... blada. Znaczy trzeba zamknąć sklep na parę godzin, a klientów przed sklepem przybywa.

Jaskół uzgadnia godzinę w serwisie, klientom wręczam wizytówki z numerem telefonu- mają dzwonić po trzynastej i pytać, czy już sklep czynny. My cali w przeprosinach, prawie w lansadach, głupia sytuacja się zrobiła- w zeszłym tygodniu tłumaczenie (telefoniczne), że w tym na pewno otworzymy, że tak, że na pewno...

Wieszam kartkę z informacją na bramie.

Parking robi się pusty, ale telefony od innych ciągle są. Urwania głowy. Robię herbatę, siadam przed kompem i jak co roku liczę (to cholerne prawo działa zawsze w takich okresach przedświątecznych)- ręka Jaskóła, mój ząb, kasa.... trzy.... TRZY... może już nic nie strzeli.

Dotychczas na trójce się kończyło.

To tak, jakby ktoś myślał, że Jaskółka, oprócz paseczków w tkanym dywaniku, robienia prezentacji tudzież przesuwania terminu szycia polarku  itp. nie ma innych kłopotów i zmartwień.

Tyle.😔


 

PS. Któryś z tych punktów się przedawnił. Może mój ząb. Doszedł następny. Przyszły puszki z karmą dla Bezy. Na 24 puszki, 18 uszkodzonych. Z 6 wychodzi karma brzegiem. No i jak się pierdo....li, to się pieprzy nadal.


 

09 grudnia 2025

W oparach czerwonego wytrawnego wińska.

 

Jak się pieprzy, to się pieprzy, nie mam ochoty na dłuższe pisanie co? gdzie? Kiedy? Jestem dzisiaj cała na NIE!

Mam ochotę na składanie zdjęć, kombinowanie, sklejanie filmów i dobieranie, do tego misz- masz, muzy.

I dalej tkam ten cholerny pasiasty chodniczek. Już nigdy...NEVER... tego typu paseczków. W planie gobelinek nieduży, a potem znów chodnik, ale już w jakiś wzór albo ciapy, bo tej niefajnej, do tkania, włóczki jeszcze pół kosza zostało.

Wysłałam parę kartek świątecznych. Tak się porobiło, że teraz życzenia albo mailem, albo SMSem się podsyła i to jakieś badziewne wklejki. Nie wklejam, odpowiadam długimi życzeniami ”z głowy”. Chociaż tyle szacunku mogę okazać adresatowi. Kartek już nie posyłam, bo ludzie zmienili adresy, a w ogóle co tu dużo mówić- to naprawdę droga impreza jest teraz.

Ostatni raz, kiedy wysłałam sporo kartek, kosztowało mnie to około 100 zeta, a to było jakieś 10 lat temu. No i zwrotnych życzeń w postaci kartki nie dostałam ani jednej. No nie... jak nie to nie, ja też nie muszę, a teraz już nawet nie chcę. I nie chodzi o kasę, a może chodzi też o kasę? Wysłać komuś kartkę to- kupić odpowiednią, bo nie może być byle jaką, potem wypisać interesujące życzenia, nie na odwal się, zaadresować kopertę, kupić cholernie drogi znaczek, pojechać do miasteczka, gdzie jest jedyny urząd pocztowy (15 kilosów) i to wszystko jeszcze wykonać w terminie, by kartka doszła przed świętami. A potem? ZONK, ludzie olewają twoje starania.

Przyznam, że już wtedy mnie wkurzał ten brak reakcji, bo nawet telefonicznego „zwrotu” nie było. No cóż, widać „nie jestem tego warta”. Ale też jakoś specjalnie z tego powodu nie ubolewam.

Moja sister wielkie ucho, pochwaliła się, że zrobiła 60 kartek, a na znaczki zbierała forsę przez cały rok. Ona bawi się w dekupaż i robienie kartek, ma sporo akcesoriów do tego. Tym razem sister podziwiam. 

To tak na marginesie, bo o innych sprawach, na razie, nie mam ochoty pisać.

A jeszcze... przyszedł polarek, z którego uszyję pokrowiec na kocyk Bezy. Wybrałam wzór tygrysi. Były jakieś myszki, mikołajki, kropeczki itp., ale taka dama jak Beza powinna mieć kocyk ubrany w poważniejsze wzory. A tak naprawdę to one były na jasnym tle, natomiast polary jednobarwne miały smutne kolory. Praktyczne, ale smutne.

Teraz czeka mnie wyjęcie maszyny i uszycie mitenek, pokrowca na kocyk, młoda zażyczyła sobie narzutkę na kosz na pranie („Wiesz Mami, koniecznie w kolorze zielonym, ale może być patchwork”) oraz czeka na poprawki dużo ciuchów (trzeba zwężać- super).


Bigos gotuję (o bigosie zakładka- kuchnia polska). Gotuję wielki gar bigosu. Grudzień i styczeń to jedyne miesiące, kiedy nam bigos smakuje najbardziej. W domu podśmierduje wińskiem, jak w jakieś taniej winiarni. Wino, czerwone wytrawne, zawsze daję do bigosu. Tym razem też wlałam szklankę dobrego wina. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat jego zapach przebił się przez inne bigosowe. Nie kapusta, nie boczek, mięso, czy jałowiec. Nie... czuć wińskiem. Gdyby muchy latały o tej porze roku, pewnie by od razu padły.


Kończę czytać tomiszcze o Chopinie „Zaklinacz Dźwięków”. Jestem na 535 stronie, a w sumie jest ich 710. Fabuła mocno zbeletryzowana, ale naszpikowana interesującym informacjami o ludziach epoki (pisarzach, poetach, kompozytorach,malarzach, politykach itd., różnych narodowości), no i o samym Chopinie oraz George Sand.

 I tylko to mnie jeszcze przy książce trzyma. Dialogi są w niej co najmniej dziwne, jakby autorzy silili się na pokazanie bohaterów jako luzaków, dowcipnisiów, język u nich jest  bardziej współczesny, niż z epoki, itp. Podobno Chopin miał poczucie humoru, tylko, że od tych dialogów aż bije sztucznością. Poza tym autorzy wplatają w tekst powiedzonka współczesne, co razi i nie pasuje do całości. Jednak książkę warto przeczytać choćby ze względu na opis świata współczesnego Chopinowi. 

W kolejce

oraz 


i jeszcze

Ta ostatnia interesuje mnie ze względu na tradycje wołoskie w muzyce tego regionu. Bzik na tle Wołochów jeszcze mnie nie opuścił, a wręcz się pogłębia. Tak samo pogłębia się mój bzik na punkcie śląskości. Spoko- oba bziki nieszkodliwe, nie skręcę ku regionalnemu nacjonalizmowi, to mnie nie rajcuje. 

PS 1. +12 na blacie za oknem, jeże latają wieczorem po ogrodzie- spasione,  pewnie dobrze przezimują.
 PS 2. Ani jednego łyka tego wina nie skosztowałam. Odrzuca mnie od alkoholu. Dziwne, ale nie niepokojące, a wręcz dobrze rokujące😁😁😁


06 grudnia 2025

Zrób to sam- alternatywa choinki na BN.

 


 

Bawi mnie wyszukiwanie zdjęć, a potem układanie ich i tworzenie całej prezentacji. Odpoczywam przy tym, odprężam się, wspominam, główkuję. To jest coś podobnego do np. tkania czy innych robótek- najpierw koncepcja, a potem mozolne tworzenie. Zaczynam jednak od podkładu muzycznego. I to nie jest precyzyjnie określony utwór. Przesłuchuję utwory na YT tak sobie, po prostu słucham różności, a potem nagle, przy jednym z nich pojawia mi się pomysł stworzenia prezentacji z tym utworem. Muzyka nasuwa temat. Ale nie zawsze. Do Prerafaelitów szukałam muzyki pasującej do takiego malarstwa. Często wybieram muzykę, która pozornie nie ma z tematem nic wspólnego. Na przykład do prezentacji zimowej powinnam wybrać utwory z związane z zimą, takie „pasujące”. Jakiś Vivaldi może jakieś amerykańskie zimowe piosenki, bo polskie są przaśne i infantylne. Chociaż z drugiej strony te amerykańskie często też są. Kiedy odsłuchuję utwór, zwracam uwagę na słowa. Nie chodzi mi o to, by dokładnie pasował tekst do prezentacji. Chodzi mi o to, by nie było zgrzytu typu- prezentacja o górach, a piosenka o wojnie.

 A kiedy jest odwrotnie- robię prezentację, wybierając najpierw zdjęcia, to staram się dobrać muzykę do klimatu tych zdjęć. Tak było z „Latarnikiem” Klinczu i tematem morskim.

Oglądam muzyczne klipy- często obrazy dobierane są do słów utworu. To jest celowy zabieg, by podkreślić temat utworu. Mnie niezbyt na czymś takim zależy. Bardziej zależy mi na pokazanie obrazu, a muzyka ma być tylko tłem podkreślającym nastrój.

Tworzeniem prezentacji zajęłam się głównie dlatego, że liczba wklejonych zdjęć na blogu jest ograniczona cierpliwością czytającego. By zdjęcie dobrze wyglądało, musi być duże, musi być czytelne, odpowiednio sformatowane i przyciągające uwagę. Na moim blogu muszą te zdjęcia wyglądać porządnie, nie mogą być byle jakie (szanuję czytających), niech oglądanie zdjęć cieszy, a nie męczy. Prezentacja stworzyła możliwość pokazania sporej liczby zdjęć w jednym formacie- obraz w poście nieduży, a liczba do zobaczenia różnych wielka.

Na razie mam prosty program do tworzenia prezentacji, ale zastanawiam się, czy nie kupić bardziej skomplikowanego. Nie jestem pewna, czy w pełni go wykorzystam. Jednak czas mam ograniczony, a takie złożenie prezentacji kosztuje go sporo.

Mój program przetestowałam i na razie najlepiej wychodzi, w prezentacji, przechodzenie zdjęć jedno w drugie oraz ich „przesuwanie” (na boki i w przód oraz w tył). Wydaje mi się to trochę monotonne, ale zdjęcia powinny przechodzić płynnie, by nagłymi przeskokami nie męczyć oczu oglądającego. Problemem w tym programie było umieszczanie tekstu na pojedynczym slajdzie. I tu też znalazłam na to sposób.

Czy ja już mogę nazywać siebie twórcą cyfrowym? Niektórzy umieszczają sobie taką wizytówkę na fejsie. Brzmi to znacznie lepiej niż durne „szlachta nie pracuje”, co od razu wskazuje na wielkiego buca.

Tworzenie prezentacji wymaga trochę kreatywności i to lubię. Natomiast nie mam zamiaru bawić się w „twórczość” przy współpracy AI. Owszem, podoba mi się muzyka przez nią tworzona, podobają filmy, ale to nie dla mnie. Mimo wszystko, jak nazwa wskazuje, jest to sztuczne, odrealnione, choć często niezwykłe, piękne.


A miałam pisać o podłaźniczkach i wyszło, jak zawsze- słowa o prezentacjach same podlazły mi pod palce.


 

Czyli podłaźniczki. O nich pisałam już tutaj- kliknąć w zakładkę święta cykliczne post:

https://poranek55.blogspot.com/2022/12/starsza-siostra-choinki-podazniczka.html

A dzisiaj nowa prezentacja- to trzeba oglądać na dużym ekranie. Zawsze to podkreślam, bo oglądanie w maleńkim wymiarze psuje cały efekt.

Muzyka: soul; ballet: "Am I close enought" 

Zdjęcia, do prezentacji oraz w poście, z Internetu.
 

Kto nie ma pomysłu na wystrój domu, może skorzystać z pokazanych obrazów. 

Film- instruktaż do tworzenia podłaźniczki 


 


 

01 grudnia 2025

Amok

 

Wyszorowałam całą kuchnię. Kurcze, chyba mi odbiło. Całą caluteńką ( no prawie- piec został do wyszorowania)- od lampy przez górne półki do dolnych pomocników. Wszystkie garnki, skorupy, szklanki i co tam jeszcze w tych szafkach siedziało, wygruziłam. Pomyłam półki w środku, okap i nawet w szufladach zrobiłam porządek. Jaskół pojechał po towar, a mnie jakiś amok ogarnął. Szłam, od góry do dołu, ze ścierą i płynem do mycia naczyń (Ludwik najlepiej odtłuszcza powierzchnie- żadne tam ekstra płyny do...) i pucowałam centymetr po centymetrze. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że te półki były w miarę czyste i nie było musu tak bezwzględnie ich potraktować pucowaniem już, teraz i natychmiast. Mogło to poczekać spokojnie do wiosny, ale ja, jak widać, nie mogłam poczekać. Poczułam imperatyw kategoryczny- „sprzątaj” i poooszło.

A jeśli ktoś pomyślał, że to z okazji zbliżających się świąt BN, to jest w tak zwanym mylnym błędzie. Po prostu czasami tak mam, że ni stąd ni zowąd biorę się za pucowanie czegoś, co niezbyt tego wymaga. Ot tak, chyba dla jakiegoś sportu to uprawiam. Fakt, że przy tym sprzątaniu i myciu wszystkie mięśnie moje pracowały na „jeszcze parę kilo przydałoby się zrzucić”, a efekty eksploatowania mięśni, przez ostatnie trzy miesiące, już są. Znowu 1 kg w dół poleciał. I to, jak mówiłam, bez specjalnych wyrzeczeń.

Świąt BN nie obchodzimy, domu nie stroimy, nie pieczemy nie gotujemy ekstra, nie lepimy- nie jesteśmy (już nie) niewolnikami tradycji, która zakłada zaharowywanie się z powodu narzucenia, przez KK, całemu światu „jedynej słusznej” opcji obchodzenia narodzin dzieciaka z nieprawego łoża.

Ale może jakiś wianek, niekoniecznie świąteczny, sobie zmajstruję. Znalazłam w moim ogromnym kredensie, wiklinową podkładkę i ufilcowane kwiaty- czas to wykorzystać. 

Trzeci dzień z rzędu wisi nad nami mgła. Świata nie widać, świata nie słychać- gęste białe mleko nas otula. I fajnie jest- lubię taką mgielną izolację. Czuję się trochę jak w innym świecie. Ciemne bezlistne drzewa tworzą teatr koronkowych cieni- jest jak w bajce. A w mgliste poranki na drzewach srebrzy się szadź i rośliny mają igiełkowe obwódki.

 

Na wszystkich regionalnych stronach, w Księstwie Cieszyńskim, szał ogłoszeniowy- „Zbieram zamówienia na cieszyńskie ciasteczka....”

Obłęd jakiś.

W tym roku 1 kg, mieszanki takich ciasteczek, kosztuje od 100 do 120 zeta. I nie ma się pewności, że są one pieczone tylko z „naturalnych” składników czyli dobrego masła, lekkiej mąki, czystego maku, prawdziwego kakao, domowych jajek, spirytusu, domowego ajerkoniaku itp. Naturalne składniki, nie skażone żadnymi poprawiaczami, gwarantują niepowtarzalny smak tych ciasteczek.  


 

W sklepach można kupić podróby i mają one smak starego tłuszczu. Są zbite, twarde, a ich nadzienia mdłe.

Jeżeli ktoś z Was chce sobie takich ciasteczek napiec, to trzeba kliknąć w zakładkę: przepisy -słodkości i tam są dwa posty z przepisami (dosyć sporo) na cieszyńskie drobne ciasteczka oraz historia ich pochodzenia. Niestety- przepis trzeba sobie przepisać, bo nadal nie mam zamiaru znieść zakazu kopiowania treści na moim blogu. Ale dla chcącego nic trudnego- kto zechce, to skorzysta.

Można również klepnąć w wyszukiwarkę: cieszyńskie drobne ciasteczka i też otworzą się strony z przepisami. 

 

A poza tym, do przesilenia pozostało już tylko 21 dni i moja duszyczka cieszy się przeogromnie. Jeszcze nie planuję wiosny w ogrodzie, ale powoli coś tam mi się w łepetynie lęgnie.

Wczoraj odwiedziło nas nasze klasowo-licealne małżeństwo. Oni są razem od 17 roku życia. My z Jaskółem też wtedy byliśmy klasową parą, ale nie dane było nam przejść tyle lat razem, co oni. Jakieś fatalne zrządzenie losowe rozdzieliło nas na wiele lat. Spotkaliśmy się dopiero po 35 latach. U. i M. Mieszkają w Niemczech. Odwiedziliśmy ich w Ratyzbonie, gdzie mieszkali najpierw, a drugi raz w ich domu na wsi, który kupili i wyremontowali.

Ze zwiedzania Ratyzbony, Monachium, flomarków, z wycieczki statkiem po Dunaju, nie zachowało się ani jedno zdjęcie. Robił je Jaskół, a potem diabeł ogonem zakręcił i nie można tych zdjęć na żadnym z nośników znaleźć. Szkoda.

Goście posiedzieli, pogadaliśmy i pojechali dalej, sprzedać mieszkanie po rodzicach. Było miło, było wesoło. Może zobaczymy się w przyszłym roku.

 Nadal bawię się w tworzenie prezentacji. Mam zamiar wykupić bogatszy program do ich tworzenia. 

Dzisiaj zimowe klimaty ( koniecznie na dużym ekranie)


 Muzyka: Celis babylon: "I Would Still Sacrifice for You"

 

Zdjęcia ciasteczek  z Internetu.