Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

22 grudnia 2025

Jeszcze przedświątecznie o szulkach.

 

Delikatne, kruche rurki o smaku cynamonowym, czyli tak zwane szulki, to ciasteczka, które wypieka się na Boże Narodzenie, na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu.

Szulki można spotkać po polskiej, czeskiej oraz słowackiej stronie granicy.

Te kruche rurki, smakiem podobne do opłatka, związane są głównie z tradycją luterańską na Śląsku Cieszyńskim. W domach ewangelickich najpierw wymyślono je dla dzieci, ale i dorośli są amatorami tych cynamonowych pyszności. W każdym domu ewangelickim, na Boże Narodzenie, nie może zabraknąć opłatka oraz szulek. Dawniej wypiekano je w każdym luterańskim domu, teraz można rurki kupić w parafiach ewangelickich.

W cieszyńskim Muzeum Protestantyzmu, znajdują się zabytkowe formy do pieczenia szulek.

Przepis na cynamonowe rurki jest bardzo prosty.

Składniki na szulki:

  • pół litra mleka,

  • 25 dkg mąki,

  • 8 dkg cukru,

  • 3 dkg sklarowanego masła (topionego),

  • 1 jajko,

  • 8-10 dkg miodu,

  • 1 łyżeczkę cynamonu.


Wystarczy wymieszać cukier, roztopione masło, jajka, mąkę, ciepłe mleko oraz cynamon. Najlepiej użyć do tego trzepaczki.

Odstawić na noc (to mówi stary przepis, w nowym tego nie znalazłam), a potem piec w specjalnym urządzeniu tzw. „żelazku” 

 


Wylewa się łyżkę ciasta na okrągły blat.

Po krótkiej chwili wyjmuje się ciepły, jeszcze wilgotny placek, szybko nawija się go na specjalną rurkę lub drewniany patyk i zostawia do ostygnięcia. Do pieczenia szulek trzeba mieć dużą wprawę oraz wyczucie. Jak się za dług trzyma w urządzeniu ciasto- szulka jest sucha i nie da się nawinąć na rurkę. Kiedy placek trzyma się za krótko, ciasto jest zbyt wilgotne i rwie się w palcach podczas nawijania na rurkę.

 


Kiedyś do pieczenia rurek używano dwóch płaskich patelni, złączonych razem dwoma uchwytami. Najpierw ciasto podpiekało się z jednej strony, apotem z drugiej strony. Do całego procederu trzeba było mieć silne ręce, bo patelnie były żeliwne, bardzo ciężkie. Żeby zrobić sporą liczbę szulek, trzeba było się solidnie napracować.


Szulki można nadziać bitą śmietaną, ale wtedy trzeba je szybko zjeść, bo śmietana rozmiękcza ciasto. Najsmaczniejsze są same szulki jeszcze ciepłe.

Rurki przechowuje się w pudełku, a kiedy zmiękną, wystarczy je położyć  w pudełku na grzejniku, albo na chwilę włożyć do piekarnika i podsuszyć.


 

Te smaczne cynamonowe rurki nierzadko bywają prezentem. I to dosyć cennym, bo urządzenie do pieczenia szulek nie jest wcale tanie. Można je kupić tylko na Słowacji, a jego cena to około 250 euro. 

Natomiast w polskich sklepach trzeba pytać o urządzenia do pieczenia naleśników z płaskim blatem (od biedy mnożna na nim piec szulki), ale też jest drogie.


https://wiadomosci.ox.pl/szulki-dla-smakoszy,25254

https://zwrot.cz/2021/12/w-oldrzychowicach-sie-szulkuje-podpatrzylismy-jak-to-robic/


21 grudnia 2025

Oooooo, ja cierpie dolę, czyli karp i wegetariańska zupka ze śmieci.

 



Był kiedyś w blogosferze blog pt. „Ja to się dziwić nie przestanę”.

Stare stażem blogerki pewnie się orientują o czyj blog chodzi. Ja pamiętam nick, ale nie będę tu go podawać.

Podczytuję ją na Facebooku, gdzie pisze fajne teksty, mocno udziela się w tzw. kulturze i nawet jej trochę tych możliwości zazdroszczę. Mnie chodzi o tytuł jej zamkniętego dawno już bloga, bo też na pewnym etapie stwierdziłam, że mnie już chyba nic nie będzie w stanie zadziwić, a jednak, życie ciągle mi takie „zadziwienia' podsyła. I wtedy od razu przypomina się tytuł tego bloga.

Co mnie lekko zszokowało tym razem? Otóż, mieszkamy w miejscu, gdzie dookoła jest mnóstwo stawów hodowlanych. Hoduje się w nich głównie karpie. Karpia odławia się w listopadzie, wpuszcza do rybników z czystą wodą i ten karp się filtruje- oczyszcza. 


Jeszcze wszystko w porządku, jeszcze wszystko w normie. Od początku grudnia hodowcy na wszelkie sposoby ogłaszają, że będą karpia sprzedawać. Punktów sprzedaży jest naprawdę wiele. Oczywiście, cena za świeżego karpia wcale nie jest taka niska, jak za tego z marketu. Myśmy za naszego 2 kilowego, z wypatroszeniem, zapłacili niecałe 50 zeta. No ale, czas na karpia jest tylko w grudniu i takie są prawa rynku. Tutaj karpia można kupić o każdej porze roku, jednak np. mnie najbardziej smakuje ta ryba tylko w grudniu. I to bez względu na skojarzenia ze świętami. 

 

 Dobra, już widać brzeg.

Jaskół załatwiał sprawy z oprogramowaniem kasy w niedalekim miasteczku. Tam i z powrotem przejeżdżał koło „Biedronki”.

Wchodzi do kuchni i mówi, że nigdy nie zrozumie mentalności tutejszych ludzi. Nadstawiam ucho, bo ja też z tą mentalnością steloków mam kłopot.

  • Wyobraź sobie, że na parkingu „Biedronki” stał ogromny TIR a do niego zakręcona w ogonek, długa kolejka.
  • Po co ta kolejka?- Pytam i żaden, wart długiego stania, towar nie przychodzi mi do głowy.

  • Jak to po co?- Jaskół wyraźnie jest jeszcze zbulwersowany- Po karpia stali, karpia z TiRa sprzedawano.

Szczerze? Jeszcze, kiedy to piszę, trudno mi zrozumieć tych ludzi. Cena? Tylko cena się Liczy? Czy naprawdę jest taki typ ludzi co to „d..ę da sobie tępym szkłem oskrobać”, jak to tutaj się mówi, byle grosz zaoszczędzić. Na świętach ściubią? Kupują zagraniczne badziewie, może portugalskie, albo i inne, wymęczone w tym samochodzie, nie wiadomo jakie to mięso, może glonem zalatuje, może podtrute „ekstra karmą”. I to tylko, by „zaoszczędzić” 7 złotych na kilogramie. I to mając pod nosem świeże ryby prosto z wody? Na pewno, by dojechać do tej „Biedronki”, mijają kilka punktów sprzedaży ryb z okolicznych stawów. Rozumiem ludzi w miastach, którzy nie mając takiej okazji, kupują w marketach ryby, ale tutaj?

A potem przy stole wigilijnym będą się chwalić bez żenady- „Wjycie jo żech kupiła karpia za patnost złotych. No, przy Biedronce stoli i sprzedowali”.

Chyba bym się ze wstydu pod ziemię zapadła. Gościom taki tekst podać. A wiem, że tak może być, bo nie jeden raz uczestniczyłam w rodzinnych spędach i podobne rzeczy się słyszało. No dobra, może i dla niektórych te około 7 złocisza, a w pomnożeniu o kilogramy i więcej, naprawdę jest za drogo, ja to uznaję, jednak wierzcie mi, tu naprawdę nie ma aż takiej biedy, by każdy grosz w okolicznościach tak „umiłowanych” świąt liczyć. To jest jakaś chytrość, takie cwaniactwo. A potem jeszcze powtarzają utarte slogany: „Kupuj tylko polskie produkty”. Koń by się uśmiał. 

 


Nasz świeżutki karp, na razie, siedzi w zamrażalniku. Karp prosto z hodowli, ze stawu koło dużego lasu. Karp z czystym różowym mięsem, bez żadnego zapaszku glonu.

Ach, jakby ktoś marudził czytając, że jemy karpia- nigdy nie deklarowałam się być wegetarianką czy weganką. Mięso jest w naszym jadłospisie, ryby również. Jestem częścią kultury i tradycji, mam prawo wyboru, wybieram to, co w naszym klimacie jada się codziennie. Nikt mi nie będzie głupimi tekstami o „biednych zwierzątkach”, oraz o „braku humanitaryzmu” wpływał na sumienie. Jestem odporna na tego typu szantaż emocjonalny. Karp, którego kupiliśmy, do końca swego życia pływał w wodzie, nie był duszony w reklamówce. A reszta był zgodna z humanitarnym ubojem. I nie będę dalej tego tematu rozwijać. Przypomnę tylko, że na plantacje soi (główne wegańskie żarcie) wycina się całe połacie lasów i niszczy całe ekosystemy (zwierzątka giną, a jakże), a owoce morza i ryby morskie (ach to sushi, mniam) dużo mniej humanitarnie są traktowane. Gdyby weganie i wegetarianie chcieli naprawdę ekologicznie i humanitarnie się odżywiać, to powinni zabrać się za recycling śmieci i z tego, co otrzymają, gotować zupki.

I tak od karpia doszliśmy do wegetariańskiej i wegańskiej oraz ekologicznej obłudy. A tej jest tak sporo, że tu to długo dziwić się nie przestanę.

W memie powinni jeszcze dodać "i wegetarianie oraz weganie..." 


 






19 grudnia 2025

Mgła psujka i inne "codzienności".


 Trzy dni temu, 6,30 rano.


 

No nie, jeszcze nie przerwa, jeszcze nie odpoczynek. Ciągle się kręci. Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że sklep jest czynny w określonych dniach i muszą się pozbierać, zakupy zrobić w tych dniach: „A jo se zapomnioł”, „To nie bydzie otwarte?”, "Mogym jeszcze w pióntek kupić, mocie zawarte, to co jo tera zrobiym?”. No i miej tu sumienie odprawić z kwitkiem. Do bramki, koło domu, co i rusz dzwonek- stoi taka sirota, bo musi, bo mięso już kupione...Telefon się urywa.

I zawsze uwaga- w Internecie macie podane godziny... tu podaje z jakieś strony, nie wiadomo skąd taka strona, kto tam to wpisał, ale godziny i dni otwarcia naszego sklepu są jeszcze sprzed 15 lat, kiedy pracowaliśmy od poniedziałku do soboty włączenie, po 9 godzin. Rozdawaliśmy wizytówki, kiedy zmienialiśmy godziny pracy (zawsze z nowym czasem pracy sklepu). Niektórzy przychodzą z pierwszymi wizytówkami. Nie było go przez 10 lat i ma pretensje, że są zmiany.

No, niestety, zdrowie, siły już nie te. A stronę internetową mamy tylko jedną i tam zmieniamy godziny w odpowiednim czasie.

Czyli jeszcze dodatkowo w piątek, poniedziałek i wtorek Jaskół pracuje do 13, ja już mam inne zajęcia. Muszę jednak ogarnąć choć trochę dom. A jak mnie wkurzy, to kichnę na to wszystko (najbardziej prawdopodobna wersja), naprawdę świat się nie zawali, jak coś będzie niedosprzątane.

A fiołek nadal kwitnie. Kwitnie od maja bez przerwy. Widać trafiłam z miejscem dla niego.  

Dzisiaj mgła zepsuła mi plany. Jest dosyć gęsta. Miałam jechać na zakupy. Auteczko odmrożone, zagrzane, a mgła spada i spada, ale w pewnym momencie zatrzymało się to spadanie, świat stał się wokół mlecznobiały. Widzialność 20 metrów, a ja muszę dostać się na główną drogę (środek prostki między dwoma zakrętami). Nie zaryzykuję przy tak słabej widzialności. No i znowu trzeba przemeblować porządek dnia i to nie tylko tego, ale tych następnych też. Jaskół wyjeżdża podopinać sprawy administracyjne, a ja te zakupy muszę zrobić, tym razem, sama.

Podobno idą mocne mrozy i śnieg ma trochę popadać. Nie znoszę zimna. Taka perspektywa mnie dołuje.

Postanowiłam kupić kolorowe mikroświatełka i powiesić je holiku, by ożywiły te mroczne zimowe czasy. Widziałam takie fajne złote pszczółki, ale one odpadają, bo to są solary. Takie kupię później i wiosną i owinę "sznurem pszczółkowym" krzew mahoni, rosnącej przy tarasie. A w ogóle, to czasem taka tandetka daje wiele radości i zamierzam sobie tej radości trochę dostarczyć.

Skończyłam czytać powieść o Chopinie. To nie jest biografia. To powieść, zawierająca dużo wątków biograficznych, do których autorzy wykorzystali

sporo ze spuścizny po kompozytorze. Ponoć jest ona bogata. I przetrwała chyba tylko dlatego, że została we Francji. W Polsce prawdopodobnie zostałaby zniszczona.

Książkę warto przeczytać, ale to „kobyła literacka” i jak ktoś ma kłopot czytać 700 stronicowe pozycje, to będzie to dla niego dosyć spore wyzwania. 

Ten haft chyba może być uznany za świąteczny. Pełno teraz renów, jeleni, sarenek na pocztówkach, jako ozdoby. Poduchę wyhaftowałam ojcu na urodziny, jakieś 20 lat temu. Taty już nie ma, poszewka wróciła do mnie. 

Wieszajcie jemiołę, jemioła cuda robi. No i miejsce pod nią całuśne. 


 

Za trzy dni zacznie dnia przybywać. 

18 grudnia 2025

Trochę popuściło.

 Trochę zieleni

Jest już lepiej. Pracujemy od wtorku popołudnia. Na razie bez awarii, ale kasa wymaga dopracowania przez serwis. W poniedziałek Jaskół ją zawiezie. No, to sklep już w porządku, chociaż jeszcze wczoraj strzeliła żarówka w jednej z lamp, ale to już pikuś.

Jaśminowiec pachnący, pusty. Jest jeszcze krzew jaśminowca pełnego, pachnącego. 

Ze zdrowiem też się polepsza. Wolno, bo wolno, ale idzie do przodu. Tylko to nieznośne zmęczenia osłabia i zniechęca. Myślałam, że jeszcze ciut uporządkuję dom, ale nie mam sił, a w sumie, to nie mam ochoty. Teraz to chciałabym gdzieś wybyć w teren, jednak pogoda jest d...ta. Niby ciepło, a zimno, niby słońce, a mglisto. Mokro w powietrzu, ale ziemia już przeschła. Gdzie by tu wybyć? Zabrać psa, gumiaki na nogi, ciepłe kurtki na grzbiety i w las, łąki, nad stawy- gdziekolwiek, byle się trochę powłóczyć. I z dala od ludzi. Koniecznie z dala od ludzi. 

W tym tygodniu ludziska zalazły mi za skórę- dociyrne to, niecierpliwe, prostackie, czasem wręcz bezczelne oraz chamskie. Niestety, mamy klientelę w większości męską (chłopską) i często wydaje się tym panom, że wszystko im wolno z racji tego, że są- klientem oraz z racji tego, że są- facetem, a ja jeszcze dodam- dochodzi wredny charakter chłopów cieszynioków- maczystów i samców z wybujałem EGO. Nie zdarzyło się jeszcze, by facet po dokonaniu zakupów, jak jest z żoną, wziął siatkę (sam z własnej woli) z zakupami, przepuścił żonę w drzwiach i wyszedł za nią. Kupi, zapłaci, potem wychodzi, a żona bierze toboły i posłusznie wychodzi za nim. Jeszcze tylko wielbłąda do scenki brakuje. A często taki chłop warczy na żonę, pogania ją, albo wręcz skąpi:"Na co ci to je? Dyć mómy to doma". I kompletny brak żenady- on tera rzóndzi. Jakaś cholerna samcza nacja tu mieszka- długo opowiadać. A mam przykłady z własnej rodziny- dwóch mężów cieszynioków, brat, ojciec, szwagry, wujki, kuzynowie. I wszyscy z tą samą maczystowską skazą- „Baba mi tu rzóndzić nie bydzie!” oraz ”Óna? Óna niy mo nic do godania”. A kobiety tutejsze? to jest odrębny temat.

I nie chodzi tu o mnie, bo widzę, że Jaskóła też „próbują”. On jest cierpliwy, ja muszę częściej gryźć się w język i trzymać łapy w kieszeni. Uśmiech, potakiwanie, dobra mina do złej gry. Klient, to klient, trudno.

Dobra, jedna wycieczka jest zaplanowana- przejedziemy nową trasą S1, od Bielska do Zwardonia i może wrócimy przez Słowację, Czechy, do domu. Musimy wybrać dzień- może przyszły czwartek, może piątek.

Podsyłam Wam pomysły na świąteczny wystrój domu.


 

Sama nie stroję, a z kulinarnych to tradycyjne- karp, sałatka, rolady, buraczki... i... wsio. Chyba. Jak cudnie, że już nie musimy oraz jak cudnie, że już nie chcemy....