Wygląda super. Wpakowałam do niego wszystkie akcesoria do robótek- nareszcie wiem, co mam i gdzie to mam
Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.
„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
piątek, czerwca 28, 2013
czwartek, czerwca 20, 2013
Tornada, trąby i....ptaki w domu
Upał… upał.. upał… czytam, że w Czechach dochodzi
do 40 stopni ciepła, a to przecież temperatura mierzona w cieniu. Czytam
również, że przez czeską miejscowość Kostelec przeszło tornado. Kostelec,
według TVN24 leży na północnym wschodzie Czech. Zaciekawiona, bo to przecież
rejony niedaleko nas, szukam na mapie i co widzę? Kostelec leży na północnym
zachodzie Czech. Druga informacja, że przez czeski Karniów (pisownia TVN 24)
też przeszło tornado. I również ta miejscowość leży na północnym wschodzie Czech.
Dociekliwa jestem- poszukałam na mapie. Jest- miejscowość Krnov. Ta,
rzeczywiście, znajduje na północnym wschodzie (no powiedzmy, że…) Czech. Obie
miejscowości dzielą setki kilometrów. I pytanie, czy to to samo tornado- w
takim przypadku powinno po drodze zmieść wiele innych miejscowości, a może były
dwa tornada, ale TVN pisze wyraźnie o jednym? Nie znalazłam natomiast na mapie takich miejscowości obok siebie. Ani
na północnym zachodzie, ani na północnym wschodzie Czech. Zatem co? Ano nie
zdziwię się, kiedy TVN24 ogłosi, że Łódź znajduje się na północy Polski, a
Gdańsk na południowym zachodzie. Prawie tak, jak w wierszu Brzechwy:
„Stary Giewont zląkł się
wielce
I przykucnął pod parkanem,
Każdy myślał, że to Kielce,
A to było Zakopane.”
I przykucnął pod parkanem,
Każdy myślał, że to Kielce,
A to było Zakopane.”
Zresztą w prognozie pogody TVN 24 nieodmiennie
Bielsko- Białą zalicza się do południowego zachodu Polski, gdzie, tymczasem,
leży ono ewidentnie na południu. W ogóle, prognoza pogody w TVN 24 jest pisana
interesującym językiem, czasem trudno zaliczyć go do poprawnej polszczyzny. A niedawno
przeczytałam taką „perełkę”, która mnie trochę zszokowała, potem zaniepokoiła, by
następnie wkurzyć. Otóż ostatnie zadnie wypowiedzi pana przedstawiającego
prognozę brzmiało: „Po cichu meteorolodzy mówią o trąbach powietrznych w tym
regionie”. Na litość boską… jakie po cichu??!! To powinno być głośne
ostrzeżenie dla mieszkańców tych miejscowości. Na tyle wczesne, żeby mogli się przygotować,
a panowie meteorolodzy tu sobie konspiracyjnie szepczą. No nie powiem, filuternie, a może jeszcze z przymrużeniem oka? A co tam, przeleci sobie taki
wir przez miejscowość, zniszczy wszystko, a może nie przeleci…I coraz częściej
pojawia się u mnie przypuszczenie, że w ośrodkach meteorologicznych siedzą
trąby po przejściu tornada.
Mówiłam, że te ptaszydła kiedyś wyprowadzą nas z domu. Dzisiaj raniutko pojawił się pierwszy smark. Pisałam listę zakupów, drzwi na taras szeroko otwarte i cieplutko stamtąd idzie. Nagle nad głową coś mi przeleciało z głośnym łopotem i piskiem. Patrzę, wysoko, na donicy z kwiatkiem siedzi podlot. Wystraszony jak diabli, cały sztywny. No to ja cichutko po aparat, zdążyłam zrobić dwa zdjęcie, kiedy on buch w drugi kąt pokoju. Wołam Jaskóła, żeby go łapał. Pisklę w popłochu do holiku i dalej się pcha do domu. W końcu Jaskół przydybał ptaszę w kącie i wypuścił w krzaki przy drugim tarasie. A tam po minucie zaczęło się piekło. Straszna była awantura. Stare dały niezły ochrzan młodemu, że włóczy się nie wiadomo gdzie. Chyba z 15 minut darły dzioby ze złości i zdenerwowania. A młody tylko fruuuuu... gdzieś w krzakach przycupnął.
Ponieważ upał się wzmagał, zabrałam się do pisania posta, bo nawet w domu ciężko cokolwiek zrobić. Stukam sobie w klawisze i nagle słyszę, że Bezka szczeka na drugim tarasie. Szczeka takim charakterystycznym klangiem: "Coś mam... chodźcie szybko...tutaj... mam coś". No to idę i widzę, że następny podlot przyszedł w odwiedziny. Jak to dobrze, że nauczyliśmy Bezę nie ruszać ptaków. Chociaż wydaje mi się, że w obliczu nieznanego, to ona trochę stchórzyła, bo jak przyszłam, to poszła sobie do sieni. W końcu obowiązek swój spełniła.
Najpierw zrobiłam zdjęcie z pokoju. Ptaszydło siedziało tyłem i chyba mnie jeszcze nie zauważyło. Myślałam, że to kolejny kos. Ale nie.... ale nie! To dzięciolina mizerna zagościła na naszym tarasie. Wyglądała nieszczególnie. Wydawało mi się, że chyba nóżkę złamała. Obfotografowałam ją ze wszystkich stron. Podobnie, jak kos, siedziała spokojnie i tylko oczkami wodziła.
Robiłam te zdjęcia i sobie myślałam: "Kurcze, przecież ja tego ptaka muszę jakoś zabezpieczyć. Nie ruszę go za Chiny Ludowe, no nie ruszę". Jaskół wyjechał, ptak siedzi, a ja mam fobię i ptaka do ręki nie wezmę.
Już byłam zdecydowana go zostawić i pilnować do przyjazdu Jaskóła, kiedy młody zerwał się i elegancko pofrunął na bluszcz.
O ty miglancu :) To ty tak pięknie fruwasz, a ja się zmartwiałam, że będę musiała szpital ptasi otworzyć. Dzięcioł pokołysał się chwilkę na bluszczu, zerwał się i poleciał na brzozę.
A może ptasi rodzice podsyłają mi te smarki, żebym sobie obejrzała jakie piękne skrzydlate nowe pokolenie rośnie w naszym ogrodzie? Jest jeszcze jedno gniazdo, w którym kosica wysiaduje ostatni lęg.
Jagoda kamczacka. Owoce ciut kwaśniejsze od borówki amerykańskiej. Cała zabawa z tą jagodą polega na tym, że trzeb utrafić w czas zbioru, bo parę dni później jagody pękają i już się nie nadają do zbierania. Trafić we właściwy czas jest trudno, ponieważ jagody znajdują się po spodem gałęzi i niełatwo je wypatrzeć. W tym roku ścigałam się też z trzmielami, które jagodę uwielbiają.
P.S. Jaskół twierdzi, że skrzydlate wypychają młode, żeby te rozejrzały się, czy nie dostaną coś do żarcia. Ot...proza życia... a ja chciałam, żeby tak pięknie o nowym pokoleniu zabrzmiało... ech....
P.S. Jaskół twierdzi, że skrzydlate wypychają młode, żeby te rozejrzały się, czy nie dostaną coś do żarcia. Ot...proza życia... a ja chciałam, żeby tak pięknie o nowym pokoleniu zabrzmiało... ech....
wtorek, czerwca 18, 2013
Gorące przegięcie...
Pogoda wyraźnie przegina. Jak nie leje, i omal nas
topi, to z kolei upał taki, że nic tylko szukać kąta do zdechnięcia. Dzisiaj o
9 rano w półcieniu były już 32 stopnie. Teraz jest 31 stopni w cieniu. I
duszno, duszno, duszno… Bezka pałęta się po domu w poszukiwaniu zimnego podłoża. Jedynie w sieni ma chłodniejszy marmurek, ale z kolei przez otwarte
drzwi wpada gorące powietrze. Chodzi więc taka marudna i popiskuje. Upał
zniechęca do pracy. Rano siedziałam w ogrodzie i plewiłam chwaściska, które po
deszczach, w gorącym teraz powietrzu, oszalały, koniecznie chcą zagłuszyć te
szlachetne. Wytrzymałam do 10tej. Potem nie dało rady. W domu też, mimo dobrej
izolacji, duszno. I podobnie jak Bezka, snuję się z kąta w kąt. Tu trochę
sprzątnę, tu pranie wywieszę, to znowu popiszę na kompie. Wszystko w tempie
dużo wolniejszym niż normalnie. Kredens już pomalowany. Muszę jeszcze niektóre
wąskie miejsca małym pędzelkiem przemalować. Dzisiaj dostanie nowe uchwyty i
zamki. Nałożymy również nowy blat. Jutro można będzie go „zagracić”. Jest w
kolorze „Pastelowej orchidei” z aksamitnym.. hm… czym? No bo nie połyskiem. Fakturą?
Rzeczywiście, jest matowy i miły w dotyku. Wczoraj odezwała się ruda. Strasznie pyszczyła
na daglezji. Chyba wystąpił jakiś konflikt interesów, bo na daglezji siedział również
grzywacz, a niżej kos. W tym roku rude brykają z dala od domu. Przeważnie widać i
słychać je na wysokich drzewach oraz w lasku, na dole ogrodu. Są bardziej
płochliwe , dlatego trudno je teraz sfotografować. Zobaczymy, jak to będzie, kiedy
orzechy zaczną dojrzewać. Niemożliwe, żeby się nie skusiły. W wywietrzniku, obok
okna sypialni, gdzie w zeszłym roku miały rude gniazdo, teraz słychać
szerszenia. Mam nadzieję, że tylko jeden tam siedzi, bo jakby całe gniazdo….rany….
Za płotem, na dole ogrodu mojej siostry, zakwitł tulipanowiec. Niestety, źle posadzony, odwrócił się do słońca, czyli w stronę sadu. Cała uroda jego kwitnących kwiatów jest dla nas ledwo widoczna.Wygląda jak nenufar, ale nenufarem nie jest. Jaśmin pełny. Mocno pachnie i jest śnieżnobiały.
Pajączkowi jak klejnocik, bardzo spodobało się parzydło.
Lekko kremowa piwonia.
Parzydło.
Lilie złotogłowy. Dwa lata temu przesadziłam je i chyba niezbyt dobrze wyszło im to na zdrowie. W końcu zaczęły rosnąć i kwitnąć. Piękne, oryginalne kwiaty.
"Jestem już dużym podlotkiem i nabieram dystynkcji:)"
niedziela, czerwca 16, 2013
Muchołówka szara
Obserwowaliśmy ją prawie codziennie. Najpierw nie wiedzieliśmy co to za ptak. Bardzo ruchliwa, nie dała się fotografować. Wszystkie zdjęcia wychodziły niewyraźne. Nie można było jej porównać z ptakami w atlasie i jednoznacznie określić co to za gatunek.
Dopiero po wyglądzie jaj w gnieździe, doszliśmy do wniosku, że to muchołówka szara. Nie przypuszczaliśmy również, że i w tym roku w uchwycie na donicę jakiś ptak zrobi gniazdo. Domyślaliśmy się, że ma je uwite gdzieś przy górnym tarasie, bo w tamtym kierunku frunęła i stamtąd sfruwała. Później siadała na słupku i popiskiwała.
Któregoś dnia poszłam na górny taras i zobaczyłam stare, zeszłoroczne gniazdo w uchwycie na doniczkę. Wkurzona na Młodą, że jeszcze go nie sprzątnęła, chwyciłam za metalowy pręt i... o mało nie skończyłoby się to tragicznie dla 5 małych jajek, które się tam znajdowały. A... tu cię mamy.. poszłam po aparat i szybko, żeby nie spłoszyć samiczki, zrobiłam zdjęcie.
Po jakimś czasie (chyba po tygodniu) chciałam się zorientować, co tam w gnieździe piszczy. No i piszczało. Znowu szybkie jedno zdjęcie i wynocha z tarasu, bo już na słupku popiskiwała niecierpliwie matka. A wczoraj zachowałam się głupio i jest mi przykro. W sumie nic się nie stało, ale przez moją ciekawość mogły młode zginąć.
Poszłam znowu zobaczyć, jak się mają pisklaki. Cicho odczekałam na moment, kiedy samiczka poleciała z gniazda, weszłam na taras, podniosłam aparat na wysokość gniazda.... to był normalny atak... nagle wszystkie pisklaki gwałtownie pofrunęły prosto w aparat i w moją twarz. Tylko zaszumiało w powietrzu. A ponieważ nie potrafią fruwać doskonale, pospadały na podłogę jak ulęgałki. Przyznam, że mnie to trochę zszokowało i przeraziło, bo naruszyłam spokój gniazda. Zrobiłam szybko dwa zdjęcia i wycofałam się. Matka zaniepokojona jeszcze długo popiskiwała nerwowo.
Siedział sobie spokojnie, nastroszony i pewnie mocno zdezorientowany. Kiedy robiłam zdjęcia ani drgnął. Po godzinie poszłam sprawdzić czy nadal tam jest- liść był pusty
Dopiero po wyglądzie jaj w gnieździe, doszliśmy do wniosku, że to muchołówka szara. Nie przypuszczaliśmy również, że i w tym roku w uchwycie na donicę jakiś ptak zrobi gniazdo. Domyślaliśmy się, że ma je uwite gdzieś przy górnym tarasie, bo w tamtym kierunku frunęła i stamtąd sfruwała. Później siadała na słupku i popiskiwała.
Po jakimś czasie (chyba po tygodniu) chciałam się zorientować, co tam w gnieździe piszczy. No i piszczało. Znowu szybkie jedno zdjęcie i wynocha z tarasu, bo już na słupku popiskiwała niecierpliwie matka. A wczoraj zachowałam się głupio i jest mi przykro. W sumie nic się nie stało, ale przez moją ciekawość mogły młode zginąć.
Poszłam znowu zobaczyć, jak się mają pisklaki. Cicho odczekałam na moment, kiedy samiczka poleciała z gniazda, weszłam na taras, podniosłam aparat na wysokość gniazda.... to był normalny atak... nagle wszystkie pisklaki gwałtownie pofrunęły prosto w aparat i w moją twarz. Tylko zaszumiało w powietrzu. A ponieważ nie potrafią fruwać doskonale, pospadały na podłogę jak ulęgałki. Przyznam, że mnie to trochę zszokowało i przeraziło, bo naruszyłam spokój gniazda. Zrobiłam szybko dwa zdjęcia i wycofałam się. Matka zaniepokojona jeszcze długo popiskiwała nerwowo.
W sumie te pisklaki i tak na dniach poszłyby z gniazda, więc generalnie nie zrobiłam im krzywdy, ale... no mam niesmak.
A tego zauważyłam wieczorem na liściu rośliny, której nazwę ciągle zapominam. Z daleka wyglądał jak szara plama.Nienaturalny akcent, dlatego poszłam zobaczyć co to.Siedział sobie spokojnie, nastroszony i pewnie mocno zdezorientowany. Kiedy robiłam zdjęcia ani drgnął. Po godzinie poszłam sprawdzić czy nadal tam jest- liść był pusty
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























