Nie było świąt jako takich, był czas wolny i wycieczka. Gdzie? Ano na tereny naszych braci Czechów. Niedaleko, bo tylko do Ostrawy, a Ostrawa leży około 30 kilometrów na zachód od domu. Jaskół „wypatrzył” w Necie, że w centrum miasta, nad rzeczką Łucyną, jest zamek z XIII wieku, a raczej jego pozostałości. Lubię takie wycieczki, lubię poznawać stare zamki, pałace- ich historię, historię regionu, w którym zostały zbudowane.
Potem mieliśmy pojechać nad zaporę w Żermanicach i jeszcze na Żwirkowisko, bo dawno tam nie byłam (8 lat temu), a chciałam zobaczyć, czy coś się zmieniło- może więcej zadbano o małą architekturę, dosadzono krzewów itp., co podobno było w planach.
Naszą wycieczkę opiszę trochę nietypowo, ponieważ najpierw napiszę o zaporze, potem Żwirowisku, a dopiero na końcu o zwiedzaniu zamku w Ostrawie. Dlaczego? Ano muszę sobie to ostatnie poukładać sensownie, bo czuję się mocno zawiedziona tym, co na miejscu zobaczyłam, a mimo wszystko, uważam, że warto było tam pojechać i zobaczyć ten „zamek”.
Czyli zaczynam od środka, od pokazania jeziora w Żermanicach. Jest to sztuczny zbiornik, jeden z kilku, wybudowanych przez praktycznych Czechów, w kraju morawsko- śląskim. Dwa są w bliskich, czeskich Beskidach, dwa poniżej gór- w Żermanicach i 10 kilometrów dalej, w Cierlicku. Ten w Żermanicach wybudowany jest na rzeczce Łucynie, ten w Cierlicku utworzono na rzeczce Stonawce. I tak sobie myślę, że w Polsce, zamiast budować ogromne zbiorniki na dużych rzekach, powinno się, biorąc przykład z Czechów, budować więcej mniejszych na większej liczbie mniejszych rzeczek górskich. Jest to pewniejsze zabezpieczenie dostępu do wody pitnej i pewniejsza ochrona przed powodziami.
Z Ostrawy, w kierunku
zbiornika w Żermanicach, początkowo jechaliśmy dosyć wygodnymi drogami, ale
Jaskół lubi poznawać nowe trasy i nagle
z porządnej drogi skręcił w wąską, wiodącą między domami. Ta wąska droga pięła
się coraz bardziej w górę,
a zakrętów przybywało.
Przybywało też niesamowitych widoków,
jednak nie zrobiłam wiele zdjęć, bo byłam zielona ze strachu- raczej nie miałam melodii do cykania. Zaliczyliśmy grzbiet pagóra i jazda na łeb, na szyję, ciągle wąską drogą, pełną zakrętów, na dół.
Tu zrobiłam zdjęcie, ale moja wyobraźnia zadziałała- zaraz strzelą nam hamulce i zaliczymy łączkę, a potem strumyk na wprost.
To już droga nad sam zalew. Zakręty- z prawej strony, czyli mojej, paskudnie stromy stok. Nieodłączny mój towarzysz w górskich wyprawach lęk wysokości, szeptał mi do ucha- zaraz się stoczymy w dół, zaraz będzie wywrotka, Jaskół nie wyrobi zakrętu i zaraz tam się na dnie znajdziesz. TFU!
I żeby nie było, Jaskół to świetny kierowca, nie boję się z nim jeździć, bo razem pokonaliśmy już różne trasy (nie takie zakręty, stromizny i dziury), ale ten lęk jest silniejszy od racjonalnego podejścia mimo usilnej z nim mojej walki.
Hmmmmmmm……Nie była to długa jazda, niemniej na parkingu wysiadłam na dosyć miękkich nogach. Powinnam być już przyzwyczajona do takich dróg, bo w Czechach, jeżeli nie jedzie się drogami szybkiego ruchu lub normalnymi szerokimi drogami między większymi miejscowościami, to reszta dróg jest właśnie taka- wąskie, kręte i ciągle w dół, w górę, w dół, w górę.
To jest droga do Cierlicka (między wsiami), którą jechaliśmy na skróty. Owszem, nożna było szeroką pojechać, ale na około i musielibyśmy wracać prawie pod Ostrawę. No i mimo strachu na tych wąskich zakrętach i "spadach" w dół, to naprawdę wolę jechać takimi drogami. A teraz jeszcze, kiedy kwitną tarniny, forsycje, kiedy zaczyna się delikatnie zielenić, to widoki na pola, lasy i przydrożne drzewa, są niesamowite. Nie zobaczyłabym takich cudowności, jadąc głównymi drogami.
Czechy to pagórkowaty kraj, a krajobraz mają jedynie zmienny w dwóch postaciach- większe pagóry, mniejsze pagóry i tak na zmianę. O nizinach zapomnij. Czasem zdarzają się ciut szersze kotliny między tymi pagórami. Ale trzeba przyznać, że jak już się wjedzie na takie wzgórze i spojrzy na czeskie Beskidy, to ich widok dech zapiera.
To widok na zalew żermanicki z drogi do Cierlicka,
O zbiorniku żermanickim można przeczytać:
„Zbiornik, który powstał po zbudowaniu zapory, ma 2,48 km² powierzchni, a w najgłębszych miejscach aż 28 metrów głębokości. Całkowita pojemność zalewu to 25 300 000 m³. Zaporę wybudowano na Łucynie, zalewając przy tym Szobiszowice Dolne i Górne, by zapewnić wodę dla ostrawskiego przemysłu.
Przy jej budowie powstał, uznany w 1992 roku za pomnik przyrody, kamieniołom. Czerpano z niego surowiec, który wykorzystywano do przygotowywania betonu na budowę zapory (zużyto go 116 600 m³). W odkrywce dostrzec można także cieszynit.
A ponieważ w Łucynie wody było zbyt mało, w 1959 roku przekopano kanał zasilający zbiornik z rzeki Morawki.
Długą na 314 m koroną zapory prowadzi droga. Po obu jej stronach są wygodne chodniki. A na przyczółkach ustawiono ławki. Na koronie zapory jest zlokalizowany obiekt o ciekawej architekturze – maszynownia mechanizmu wyciągowego służąca do regulacji poziomu wody w zaporze.”
Wokół zalewu trawiaste plaże zachęcają do pikniku. Obecnie zbiornik wykorzystywany jest do rekreacji – pływania, sportów wodnych i wędkowania. Żyje w nim wiele gatunków ryb, takich jak karp, leszcz, szczupak, sandacz, lin, węgorz, okoń, a w górnej jego części nawet pstrąg.
Z korony zapory roztacza się widok na Beskidy z dominującą nad nimi Łysą Górą.”
https://zwrot.cz/2021/03/spacery-ze-zwrotem-zapora-w-zermanicach/
Widok na łysą Górę.
Tak wygląda
zbiornik z lotu ptaka (zdjęcie z Netu)
Droga przez zaporę
Widok na maszynownię zapory. Nie ma jednak ławeczek i w ogóle jest siermiężnie- po prostu droga koroną zapory i tyle.
Było niedzielne południe.
Na parkingu dwa samochody, ludzi na
szosie parę. Cicho, tylko przejeżdżające samochody, od czasu do czasu, szumiały
oponami na bruku. Widok na góry zachwycający, widok na zalew cudny,
a na wodzie mewy, kaczki i perkozy.
Mewa śmieszka.
Jaskół nakręcił film z perkozami. To samo chciałam zrobić, jednak nie potrafiłam złapać ostrości, dlatego w tle filmu słychać moje marudzenie.
Ptaków na wodzie było niewiele. Prawdopodobnie mają inne miejsca na żerowanie i gniazdowanie. W ogóle zbiornik robi wrażenie dzikiego, pustego. Myślę, że o tej porze tylko, bo latem kręci się tu sporo turystów, również Polacy lubią tutaj przyjeżdżać.
A to zapora z drugiej strony.
Tutaj to już na serio traciłam oddech z przerażenia, ale powiedzmy, że dzielnie walczyłam z moimi lękami. Nakręciłam film, jednak film Jaskóła jest lepszy i ten wkleiłam
Pozostałość po siedlisku- stary sad. Ogromnie malowniczy widok, zwłaszcza z takiej wysokości.
Stojąc tak na górze, mając za plecami ogrom wody, myślałam o ludziach, którzy mieszkają w domach na dole. I chyba każdy, kto stoi na górze zapory choć przez chwilę wyobraża sobie sytuację, kiedy tama puszcza i zwały wody walą się na te domy. Aż mi się zimno zrobiło na myśl o takiej katastrofie.
Widok na wieżę kościoła wśród leciutkiej zieleni. Takie klimaty lubię łapać w obiektyw.
Pełen emocjonalny reset, oddech, spokój, wyciszenie. Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca, prawie bezludne nawet w niedzielę w Czechach. U nas, kiedy jedziemy nad Zalew Goczałkowicki, w dzikie zdawało by się miejsce, zawsze kilkoro ludzi, kilku rowerzystów się znajdzie. A im bliżej lata, tym ludzi tam więcej.
Nacieszyliśmy się ciszą, spokojem, nakręciliśmy filmy, nasycili oczy widokami i pojechaliśmy na Żwirkowisko. A droga była tak samo paskudnie kręta, wąska i góra-dół, jak ta, którą przyjechaliśmy. 15 minut emocji jak na Roller Coasterze.
PS.
W naszej wsi utworzono punkt zbiórki darów dla uciekinierów ukraińskich. Działa w każdy wtorek, w określonych godzinach popołudniowych. Przed Świętami zawiozłam tam kolejną partię rzeczy (o pierwszej pisałam TU). Okazało się, że w naszej wsi mieszkają Ukrainki z dziećmi. O ich potrzebach dowiedziałam się trochę więcej i już mniej więcej wiem, co należy dostarczać, ale nadal nie mam zielonego pojęcia, jakie to kobiety, jakie rozmiary np. ubrań potrzebują itp. (zamówiłam w ciemno, w Internecie trochę ubrań dla nich). Ponieważ brakowało proszków do prania, pojechałam do sklepu i do tego, co daliśmy (bo przecież z Jaskółem to organizujemy) dodałam dwa duże proszki do prania i parę damskich dezodorantów.
Cieszę się, że mogę pomagać, cieszę się, że mogę Wam pokazać, jak pomagamy i w nosie mam, że ktoś nazwie tę pomoc z naszej strony hipokryzją (jak te zidiociałe na starość babskie pudła, które nic innego nie potrafią tylko tworzyć bulwersujące, nijak nie przystające do rzeczywistości, teorie i wozić się po ludziach dobrej woli).
Miłego dnia

























