Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

09 lutego 2024

Ooooo ja cierpię dolę- jak gotowałam azjatyckie pierożki, czyli biednemu zawsze wiatr w oczy.

Wiosna idzie.

Zrobiłam sajgonki, ale o nich w innym poście. No, bo zrobiłam również pierożki, których zdjęcia wybiły mi się w folderze na pierwszy plan. A kiedy coś się tak namolnie wpycha, to niech temu cosiowi będzie.

Znalazłam dużo przepisów na takie pierożki, a w każdym inny zestaw składników na farsz. No i jak to było z tym osiołkiem, co mu w żłoby dano, tak było ze mną przy wyborze onego. W końcu zebrałam do kupy te składniki, które się powtarzają i moim zwyczajem, zaczęłam improwizować. Aha, szukałam przepisu, by składników nie było multum, a robota łatwa i przyjemna. Mogę przesiadywać w kuchni i eksperymentować, ale nie w nieskończoność. Moje „lubienie” pichcenia nowości ma swoje czasowe granice.

Znalazłam taki i od razu piszę moją modyfikację:

- 400 g mięsa mielonego wołowego- wzięłam "nie wiem ile" mielonego (na pewno było 200g) mięsa wieprzowego i przesmażyłam je w woku na oleju ryżowym- nie dowierzam (boję się, że będzie surowe) gotowaniu czy smażeniu mięsa w gołąbkach czy sajgonkach- doprawiłam mięso solą i pieprzem;


- 1 łyżka ryżu suchego- został mi gotowany ryż z poprzedniego dnia i ten wykorzystałam.

- 1 łyżeczka chili- może być pieprz cayenne i ten dodałam;

- jedna łyżeczka imbiru;

- jedna łyżka sosu sojowego- dałam dwie wielki łychy.

- dodałam jeszcze wymoczone, ugotowane i pokrojone grzyby Mum.

I wszystko wymieszać dokładnie. Od razu mówię, że jak chcecie mieć farsz bardziej mięsny to dajcie więcej mięsa, jak bardziej ryżowy, to więcej ryżu. Ja dałam pól na pół, wymieszałam z przyprawami i stwierdziłam, że farsz jest mdły, nie ma tego „azjatyckiego” posmaku. No to dodałam przyprawę „5 smaków”- jest to mieszanka przypraw charakterystycznych dla kuchni chińskiej- mielone: koper włoski, goździk, cynamon, kmin rzymski, pieprz  i sól. I dołożyłam olej rybny. Złapało, farsz nabrał charakteru. 


Ponieważ moje pierożki chciałam ugotować na parze, poszukałam przepisu z taką możliwością. Zaleca się, przed włożeniem pierożków do parownika, posmarować jego dno olejem lub wyłożyć podziurkowanym papierem do pieczenia. Oczywiście poszłam na łatwiznę i wysmarowałam dno parownika olejem, oj…ale o tym na końcu.

Teraz czekała mnie zabawa z papierem ryżowym, ale po przeprawie z sajgonkami, już wiedziałam, czego się po nim spodziewać.

Sajgonki robiłam w okrągłym papierze, a teraz został mi tylko w postaci kwadratów.

Nie kupujcie tego papieru, bo będziecie się męczyć jak potępieni. Jest gruby, a sporo arkuszy w paczce jest dziurawych lub nadłamanych (musiałam je wyrzucić). Niestety, opakowaniu jest 100 arkuszy i będę musiała się jeszcze trochę pomęczyć z nimi.


Papier moczę na głębokim talerzu z ciepłą wodą, a pierożki (sajgonki) zwijam na desce, skropioną wodą (musi być mokra).

Jak zawijać pierożki zobaczyłam na  filmie, na YT.*

Po prostu kładziesz farsz na środku namoczonego (porządnie) arkusza, łapiesz dwa przeciwległe rogi, potem dwa następne i okręcasz je razem, na górze rozkładając rogi w ładne „płatki”.

 Po trzech pierwszych nabrałam wprawy i odwagi. Tak, odwagi, bo ciągle wydawało mi się, że ten papier się rozleci, a tymczasem mokry papier  ryżowy robi się elastyczny jak guma i trudno go  uszkodzić. Jest tylko bardzo śliski i przy skręcaniu wymykał się spod palców.

 Zrobiłam pierożki, ułożyłam na dwóch piętrach parownika i trzymałam je w parze około 10 minut. 

 Pięknie, zdawało się, że teraz tylko wyjąć na talerze i voila, wcinamy z zachwytem i dodatkowo z surówką kimchi. 

 No nic z tego, biednemu to zawsze wiatr w oczy… biorę łopatkę do naleśników, by pierożki delikatnie podebrać, a tu super, ale to kurcze, super ZONK! Pierwszy rozwalił się klasycznie, farsz wyleciał i zatkał dziurki w parowniku… nie, to nie wina papieru, to dziadostwo po prostu przywarło do dna parownika. Próbuję drugi, trzeci… to samo…😲😲😲

Skończyło się na tym, że wyjęłam pozostałe, jak leci, czyli porozwalane i położyłam na talerze. W parowniku zostały trzy.

 Wybaczcie, ale zdjęć kulinarnej klęski nie robiłam.😕

Papieroworyżowofarszowa pulpa była smaczna, no ale…I teraz suprajz- trzy pozostałe pierożki po obiedzie wyjęłam z parownika bez uszkodzeń.

Nie mam pojęcia, co nie zagrało, ale przypuszczam, że albo zbyt cienką warstwę oleju wysmarowałam dno, albo trzeba było chwilę odczekać, by dno trochę przestygło i dopiero wtedy pierogi wyjmować.

Wrażenia już na zimno;

- danie szybkie, łatwe w wykonaniu (jeśli ma się wprawę z papierem ryżowym) i niedrogie (trzeba tylko mieć te przyprawy),

- danie smaczne, ale trzeba się przygotować na to, że miejsca zwijania papieru są twarde. Po prostu ten papier w tylu warstwach jest twardy choć ugotowany. I to spowodowało, że jednak wolę sajgonki.

- farsz można sobie zrobić według swojego "widzimisię", może być z mięsem, może być wege, można dawać różne rodzaje mięs, ryby, należy jednak dodać te wszystkie „azjatyckie” przyprawy,

- pierożki można podawać z sosami, z różnymi surówkami, można je włożyć do zupy itp. My zaserwowaliśmy sobie piekielne kimchi, ale ono świetnie podrasowało nieco mdłe pierożki.

A w ogóle to idzie wiosna- dzisiaj +10C, narcyzy wyrosły na 5 centymetrów, śnieżyczki zakwitają, oczar kwitnie, leszczyna kwitnie:)

 

 

 

 

*https://www.google.com/search?client=firefox-b-e&q=piero%C5%BCki+w+ppierze+ry%C5%BCowym#fpstate=ive&vld=cid:4ab1565e,vid:pfsj3wMrfYw,st:0


 

06 lutego 2024

Limuzyny dla "wybranych"- Muzeum Tatry w Koprzywnicy (cz. 4)

To już ostatni odcinek cyklu o samochodach osobowych Tatra i o Muzeum Tatry w Koprzywnicy. Tym razem o limuzynach dla wybranych (Towarzyszy)

W 1956 roku zaczęto produkcję Tatry 603, wzorowanej na przedwojennych limuzynach. Ten samochód, był dostępny głównie dla funkcjonariuszy partyjnych oraz urzędników państwowych wyższej rangi.

Zdjęcia z Internetu
 

Był to, na owe czasy, bardzo nowoczesny model samochodu osobowego.

"To, co go wyróżniało, to umieszczony z tyłu silnik V8 chłodzony powietrzem. 613 utrzymała się w produkcji aż do 1995 r., przechodząc kilka modernizacji. Kierownictwo Tatry doskonale wiedziało, że w połowie lat 90. samochód z 1968 r. był już dramatycznie przestarzały. Niestety, brakowało środków na opracowanie zupełnie nowego pojazdu.

Wobec tego zdecydowano się na modernizację istniejącego modelu 613-4. Choć pojazd przyjął nowe oznaczenie 700, to tak naprawdę zmieniło się niewiele, korzystał nawet ze starej homologacji. Brytyjski projektant, Geoff Wardle opracował świeższą stylistykę nadwozia, a wnętrze stało się bardziej luksusowe. Układ napędowy pozostał bez zmian, dopiero po jakimś czasie w niektórych egzemplarzach wysłużone 198-konne jednostki o pojemności 3,5 litra zastąpiono mocniejszymi o 33 KM motorami 4.4. Brak środków sprawiał, że Tatry 700 konstruowano często z przerobionych paneli nadwozia do 613-4.


 
Deska rozdzielcza Tatry 700-zdjęcie z Internetu

Nowy-stary model szybko, bo już w 1997 r. przeszedł pierwszy, dość kosmetyczny lifting. Niestety, sytuacja osobowej Tatry na rynku była dramatyczna. Niezależne zawieszenie, 5-biegowa skrzynia i bogate wyposażenie to za mało by sprzedać w drugiej połowie lat 90. auto luksusowe z 1968 r. Nie było atrakcyjne wizualnie, a chłodzony powietrzem silnik z tyłu raczej trudno nazwać atutem przy sprzedaży pojazdu reprezentacyjnego. Nie bez znaczenia było też, że samochody Tatra kojarzyły się ze znienawidzonymi oficjelami czasów socjalistycznej Czechosłowacji. Tego stereotypu nie zmieniło nawet to, że siedemsetką jeździł Milos Zeman.


 

Model 700 przynosił straty, więc jego produkcję wstrzymano już w 1997 r., ale do 1999 r. zmontowano jeszcze jakąś liczbę samochodów. Prywatni klienci nie byli zbytnio zainteresowani Tatrami, a zamówienia publiczne nie wystarczyły, by wytwarzanie auta było rentowne. Z fabryki w Priborze wyjechało pomiędzy 62 a 75 egzemplarzy Tatry 700.

W przyciągnięciu klientów nie pomogło nawet konstruowanie sportowych prototypów. Pierwszy, czyli 700 GT zbudowany w 1996 r., dysponował mocą 415 KM. Po wypadku został przerobiony na coupe. Drugim podejściem była równie mocna Ecorra Sport V8 z 1997 r. Miała pobić czeski rekord prędkości. Niestety, nie udało się, ponieważ konstruktorzy pojazdu MTX Tatra V8 byli szybsi, a rekord mógł być ustanawiany tylko raz na rok. Ecorra startowała jeszcze później w różnych wyścigach, ale nie przyniosła modelowi 700 upragnionej przychylności klientów prywatnych.”

W następnych latach zakład był w rękach kilku spółek, w tym wiodącym był  DAF (holenderski producent samochodów ciężarowych).

  W 2013 roku zakład przejęła czeska spółka (Tatra Trucks) i w zakładach Tatry zaczęto produkować tylko samochody ciężarowe. Są one eksportowane do wielu krajów na świecie. Tatra Trucks produkuje obecnie również nowoczesne samochody wojskowe.

 Prototyp Tatra Prezident.


"Wyprodukowanych zostało także 5 egzemplarzy samochodu T613 K (Kabriolet), z nadwoziem typu landaulet, jako pojazd reprezentacyjno-paradny dla Ministerstwa Obrony Narodowej. Samochody bazowały na stylistyce i przedłużonej płycie podłogowej modelu T613 Special z rozstawem osi 3130 mm[16]. Nad przednimi siedzeniami był częściowo sztywny dach, a nad tylną częścią był dach rozkładany z materiału (w prototypie złożenie zajmowało 4 minuty, a rozłożenie aż 10)[16]. Szyby w tylnych drzwiach były do połowy opuszczane razem z ramkami. W części mechanicznej różniły się trzystopniową automatyczną skrzynią biegów Borg-Warner 65, umożliwiającą płynną jazdę z paradną prędkością 5-6 km/h[16]. Dla cichszej jazdy zastosowano opony diagonalne Goodyear 7,50-14/6 PR, można było także używać opon od wersji Special[16]. Prędkość maksymalna była znacznie niższa i wynosiła 130 km/h, pomniejszony był też zbiornik paliwa[16]. Siedzenia były obite czerwoną skórą. Prototyp tej wersji powstał w 1981 roku, po dopracowaniu dwa samochody zbudowano w 1984 i dwa w 1985[16]. Zademonstrowano je publicznie na defiladach 9 maja 1985"

I jeszcze parę zdjęć limuzyn





 
Fabryka Tatra produkowała również samochody użyteczności publiczne- ambulanse medyczne, samochody przystosowane do potrzeb milicji, wozy strażackie.

Dużo z nich pokazałam na filmach w poprzednich postach o muzeum Tatry (etykieta Motoryzacja)

Ostatnim modelem samochodu dostawczego, który produkowano do 1999 roku była Tatra Beta.

Zdjęcie z Internetu


https://spidersweb.pl/autoblog/tatra-700-na-sprzedaz/

https://www.auto-swiat.pl/klasyki/oldtimer/samochody-tatra-120-lat-fabryki-w-koprzywnicy/gmjzy40

https://pl.wikipedia.org/wiki/Tatra_603#/media/Plik:Tatra-603-p1010140.jpg

Niektóre zdjęcia pochodzą z Internetu z podanych stron.

 

02 lutego 2024

Wprawdzie nie Mazury, ale też "wielka woda".

 

Przedwczoraj wróbel uderzył z siłą w szybę i padł na taras. Takie historie zdarzają się co jakiś czas i doprowadzają mnie do rozpaczy. Najczęściej ptak odbija się od szyby i leci dalej, ale bywa, że padając na taras już nie żyje. Wróbel leżał, a ja zastanawiałam się, czy będę musiała go zanieść do lasku i pochować. Najpierw wyszła na taras Beza, powąchała ptaka, poszła do ogrodu. Mnie się nie spieszyło z diagnozą, wróbel leżał na boku i sprawiał wrażenie martwego. Poszłam do kuchni, potem wróciłam- wróbel nie drgnął. No tak, jednak stało się, pomyślałam. Popatrzyłam przez szyby na kule wiszące na krzaku bzu, oblepione sikorami i wróbla ziomalami. Zawzięcie dziobały ziarno, nie mając świadomości, że ich towarzysz dogorywa. No, bo skąd, to tylko my ludzie cierpimy, gdy życie umiera. Popatrzyłam na „truchełko” i niespodzianka- siedziało sobie, wprawdzie bez ruchu, ale siedziało a łepek miało podniesiony. Ech… wszystko się we mnie uśmiechnęło, ale niepokój mnie nie opuścił. W takich momentach nie wiem, czy pomagać, czy zostawić. Zostawiłam. I dobrze, bo po kilku minutach wróbel zaczął się ruszać, a po pół godzinie już go nie było. Nie zrobiłam zdjęcia, bo nie, bo nie miałam ochoty fotografować tragedii ptasiej. Od dwóch lat stawiam karmnik w sporej odległości od domu, bo gdy był blisko, to ptaki, uciekając w popłochu przed drapolem, częściej waliły z całej siły w szyby. Nie mam pojęcia, co spłoszyło tym razem ptaszory, ale odległość od karmnika pozwala im wyhamować przed przeszkodą, jaką jest szyba i może dlatego uderzają w nią z mniejszym impetem.

Zrobiło się cieplej i po raz pierwszy, rano, usłyszałam śpiew ptaka, niosący się od zagajnika. To jest taki charakterystyczny śpiew, jaki słyszę na przedwiośniu. Wydaje mi się, że to śpiewa modraszka, ale nie jestem pewna. No i coraz częściej słychać myszołowy. A ponieważ dodatkowo zaczyna kwitnąć oczar, to mogę stwierdzić, że coś w przyrodzie drgnęło i sygnalizuje ona powolne odchodzenie zimy.

Ostatnio córa podsunęła mi kapitalny sposób na podgięcie spodni bez szycia. To znaczy podsunęła mi go już dobrych parę lat temu, ale jakoś mi to przeleciało koło ucha. Ja jestem taki niski gnomek i wszystkie spodnie muszę skracać. Przy obecnych tkaninach (często z elastyczną nitką, co powoduje naciąganie się tkaniny podczas szycia) jest to problem, bo nawet mając dobrą maszynę z odpowiednimi ściegami nie zawsze uda się ładnie je odszyć. A tu, proszę jest taśma z klejem.

 


 Odcinasz nadmiar nogawki, podginasz, podkładasz między dwie tkaniny taśmę, zaprasowujesz 

i tadam…. Wykończone jak ta lala. 

Pewnie nie pokazałam nic nowego, pewnie większość z Was zna ten knif na skracanie, ale może komuś jednak się takie info przyda.

Tradycyjnie trochę zdjęć z regionu. Fotki zrobiła córa podczas styczniowej wyprawy nad Jezioro Goczałkowickie. Tym razem poszli nową, dla nich, trasą- wschodnim brzegiem jeziora. Zaznaczyłam to na mapie.

Ścieżka, która szli, jest prawie nie uczęszczana i prowadzi do zapory po przeciwnej stronie Goczałkowic.

Gdyby iść drogą (na zaporze) na wprost, to dojdziemy do wejścia na nią od strony Goczałkowic

Brzeg, którym przyszli.

Takim pięknym lasem szli (zdjęcia zrobione w drodze powrotnej).

Trochę jeziora.

Widok na Łąkę i komin elektrociepłowni w Pszczynie.


 

Aż mi się zachciało znów nad jezioro...

Wprawdzie to nie Mazury, ale...





 

27 stycznia 2024

Nie tylko Ajza, czyli Afryka, ale nie taka dzika

  Na początek sójkowy głodomorek


Jakoś ostatnio nie potrafię zabrać się do napisania czegokolwiek. Siadam przy kompie, zabieram się do „popełnienia” posta i tak sobie planuję: trzeba dokończyć o muzeum Tatry- zostały limuzyny do pokazania; trzeba kontynuować o Wołochach- jeszcze sporo tego; trzeba coś bieżącego… trzeba pokazać… nowe fotki i filmiki; jest fajny zespół do przedstawienia; kłania się Vivaldi z „Zimą"; można pokazać modę, różnych projektantów, na wiosnę- lato; trzeba… można…należy…

I co? I kicha. Klikam na wiadomości, na inne blogi, na fejsa… czas leci, ochoty brakuje.

Fakt- dużo czasu zabiera mi śledzenie obrad Sejmu. Szczególnie słucham tej części obrad, która dotyczy pytań i odpowiedzi ministrów oraz innych ważnych decydentów,  na nie. Można w ten sposób uzyskać mnóstwo informacji, zwiąnych z różnymi ważnymi problemami w różnych dziedzinach życia,

Błazenady pisuarowskie przestają mnie ruszać. Co mnie dziwiło, potem śmieszyło, teraz staje się obojętne i czuję, oglądając występu pisowców, zażenowanie pomieszane z  niesmakiem. Cyrk z „politycznymi”, kretyńskie miny i dziwaczne wypowiedzi prezydentunia- błazenka, pozwalają mi na lekkie uśmiechnięcie się z politowaniem. Nawet prezesunio, który zalicza coraz większy odlot, przestaje mnie interesować. Czy schyłek faszystowskiej partii jest interesujący? Może i tak, ale mnie to przestaje rajcować. Za to obrady sejmowe coraz bardziej mnie zajmują. Słucham też różnych podcastów dziennikarskich- one również niosą ze sobą bardzo interesujące spostrzeżenia i wnioski.

A oprócz tego dokarmiałam ptaki- teraz przestałam, bo jest ciepło, nie ma śniegu, niech same pracują na swoje utrzymanie. W razie powrotu wielkiej zimy, zapas żarełka dla nich w piwnicy jest. I jak co roku, o tej porze, chodzę po ogrodzie planując, co przyciąć, co wyciąć oraz co przesadzić i co dosadzić. Nic nowego. Wyciąć… nic nie wycinamy oprócz przerośniętego 30letniego ogromnego krzewu parszywiejącego jaśminu. Wprawdzie jaśmin jeszcze kwitnie, ale to ten z nie pachnących, potem cały oblepiony czarną mszycą traci liście, gałęzie usychają. Na mszycę nie ma rady prócz okresowych oprysków. Opryski= chemia, a krzak i tak marnieje. „Z bólem serca” zostanie wycięty.

Poza tym, mam teraz czas pobawić się w kuchni z różnymi daniami.

Ostatnio zrobiłam shoarmę. Już kiedyś ją robiłam, ale była z kurczaka. Teraz zrobiłam z wieprzowiny. Po raz pierwszy shoarmę jadłam w Warszawie, w restauracji Sphinx. Wtedy te restauracje w Polsce dopiero się pojawiały. Czyli łatwo rozeznać, że było to w czasach wczesnych mamutów. Potem był Sphinx w Bielsku, ale jakoś nie miałam okazji go zaliczyć. Czy jeszcze ta sieć istnieje? Nie mam pojęcia.

Wtedy włóczyłyśmy się z moją ciotką po nowo otwartych restauracjach z żarełkiem z "całego świata". Był to początek tego wieku. Takie restauracje powstawały w Warszawie jak grzyby po deszczu- jedzenie chińskie, japońskie, egipskie, włoskie…A oprócz tego był to czas budek z azjatyckim jedzeniem, porozstawianych na chodnikach.

Shorama lub szawarma

„… to potrawa pochodząca z bliskiego wschodu. Ma postać skrawków mięsa okrawanych z pionowego i obrotowego rożna. Aktualnie ta nazwa używana jest głównie w kręgu języka arabskiego. Odpowiednikiem shoarmy jest turecki kebab natomiast w Grecji ta forma dania znana jest jako gyros. Shoarmę serwuje się zwykle z chlebem pita. Sekretem smacznej shoarmy jest dobrze doprawione mięso. Może być to polędwica wieprzowa, piersi z kurczaka, czy także z indyka. Oprócz pity innymi głównymi dodatkami do dania mogą być ryż, frytki, dipy oraz sałatki.”

W Internecie jest sporo przepisów na shoarmę. Różnica w nich jest taka, że są w nich różne zestawy przypraw do zaprawy oraz stosuje się różne mięsa.

Ja robię taki zestaw przypraw do zaprawy mięsnej:

- 1 łyżeczka słodkiej papryki

- 1 łyżeczka przyp.[Rawy curry,

- 1 łyżeczka kminu rzymskiego (niezbędny),

- 1 łyżeczka czosnku granulowanego (lub 2 ząbki świeżego, ja daję granulowany),

- ½ łyżeczki imbiru (daję mielony, ale może być świeży starty),

- ½ łyżeczki gałki muszkatołowej (daję zmieloną, można zetrzeć świeżą, jest niezbędna, bo daje ten aromat orientu),

- ½ łyżeczki cynamonu (niezbędny),

- ½ łyżeczki kurkumy,

- ½ łyżeczka goździka mielonego (niezbędny),

- ½ łyżeczki kardamonu (niezbędny)

- szczypta pieprzu cayenne (może być chili mielone)

- można dodać trochę soku z cytryny

- można dodać ½ łyżki mielonej kolendry (podnosi aromat)

Tam, gdzie napisałam „niezbędny” chodzi o ten orientalny smak.

Każdy może sobie sam taką zaprawę skomponować według swojego uznania dodając więcej jednej czy inne przyprawy.

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać.

Nie podaję ilości mięsa, ale w przepisach jest, mniej więcej, 60 dag wieprzowiny lub mięsa z kurczaka. Z tych robiłam shoarmę. Nie wiem, jak wychodzi z wołowego czy innego gatunku mięsa.

1.       Mięso kroimy na nieduże słupki, im mniejsze, tym szybciej się przesmażą, ale nie mogą być zbyt małe, bo przy mieszaniu z zaprawą, zrobi się z nich miazga. 


 

2.       Słupki mięsa obtaczamy dokładnie w mieszance przypraw i odstawiamy najmniej na godzinę- im dłużej mięso jest trzymane w przyprawach, tym jest bardziej aromatyczne. Najlepiej sobie zrobić to rano i te 2 czy 3 godziny wystarczą.

 

3.       Podgrzewamy olej do wysokiej temperatury (wrzucony słupek musi zaskwierczeć) wrzucamy mięso do rozgrzanego oleju i lekko przewracamy. Gotowa shoarma powinna być przesmażona i chrupiąca. 


 

Ja używam oleju ryżowego, który ma wysoką temperaturę dymienia i można w nim spokojnie mięso dłużej smażyć bez przypalenia.

Najlepiej smażyć shoarmę w rondlu, ja wykorzystuję do tego wok.

Przesmażone, chrupiące mięso wyjmujemy, lekko odsączamy z oleju i możemy je podawać.


 

Pierwszą shoarmę robiłam z kurczaka i dodatkowo zaprawione przyprawami mięso obtaczałam w sezamie. Wyszło bardzo dobre, ale trzeba mocno pilnować, by się sezam nie przypalił, a mięso dosmażyło. Dlatego idealnie nadawał się kurczak, który szybko się przesmaża.


I jeszcze jedno- są gotowe mieszanki przypraw do shoarmy. Może traficie na taką, która ma te wszystkie przyprawy, ja kupiłam gotowca, a kiedy przeczytałam skład, to mi ręce opadły. Zestaw przypraw od lasa do Sasa, a tych najważniejszych, które nadają mięsu orientalny smak, w mieszance brak.

A tu dzięciolina na kulach pokarmowych. Fajnie się ogląda i na żywo, i na filmach.


 

https://alepysznie.pl/przepisy/przepisy-na-dania-z-miesem/przepis-na-domowa-shoarme-jak-ze-sphinxa/