Zrobiłam sajgonki, ale o nich w innym poście. No, bo zrobiłam również pierożki, których zdjęcia wybiły mi się w folderze na pierwszy plan. A kiedy coś się tak namolnie wpycha, to niech temu cosiowi będzie.
Znalazłam dużo przepisów na takie pierożki, a w każdym inny zestaw składników na farsz. No i jak to było z tym osiołkiem, co mu w żłoby dano, tak było ze mną przy wyborze onego. W końcu zebrałam do kupy te składniki, które się powtarzają i moim zwyczajem, zaczęłam improwizować. Aha, szukałam przepisu, by składników nie było multum, a robota łatwa i przyjemna. Mogę przesiadywać w kuchni i eksperymentować, ale nie w nieskończoność. Moje „lubienie” pichcenia nowości ma swoje czasowe granice.
Znalazłam taki i od razu piszę moją modyfikację:
- 400 g mięsa mielonego wołowego- wzięłam "nie wiem ile" mielonego (na pewno było 200g) mięsa wieprzowego i przesmażyłam je w woku na oleju ryżowym- nie dowierzam (boję się, że będzie surowe) gotowaniu czy smażeniu mięsa w gołąbkach czy sajgonkach- doprawiłam mięso solą i pieprzem;
- 1 łyżka ryżu suchego- został mi gotowany ryż z poprzedniego dnia i ten wykorzystałam.
- 1 łyżeczka chili- może być pieprz cayenne i ten dodałam;
- jedna łyżeczka imbiru;
- jedna łyżka sosu sojowego- dałam dwie wielki łychy.
- dodałam jeszcze wymoczone, ugotowane i pokrojone grzyby Mum.
I wszystko wymieszać dokładnie. Od razu mówię, że jak chcecie mieć farsz bardziej mięsny to dajcie więcej mięsa, jak bardziej ryżowy, to więcej ryżu. Ja dałam pól na pół, wymieszałam z przyprawami i stwierdziłam, że farsz jest mdły, nie ma tego „azjatyckiego” posmaku. No to dodałam przyprawę „5 smaków”- jest to mieszanka przypraw charakterystycznych dla kuchni chińskiej- mielone: koper włoski, goździk, cynamon, kmin rzymski, pieprz i sól. I dołożyłam olej rybny. Złapało, farsz nabrał charakteru.
Ponieważ moje pierożki chciałam ugotować na parze, poszukałam przepisu z taką możliwością. Zaleca się, przed włożeniem pierożków do parownika, posmarować jego dno olejem lub wyłożyć podziurkowanym papierem do pieczenia. Oczywiście poszłam na łatwiznę i wysmarowałam dno parownika olejem, oj…ale o tym na końcu.
Teraz czekała mnie zabawa z papierem ryżowym, ale po przeprawie z sajgonkami, już wiedziałam, czego się po nim spodziewać.
Sajgonki robiłam w okrągłym papierze, a teraz został mi tylko w postaci kwadratów.
Nie kupujcie tego papieru, bo będziecie się męczyć jak potępieni. Jest gruby, a sporo arkuszy w paczce jest dziurawych lub nadłamanych (musiałam je wyrzucić). Niestety, opakowaniu jest 100 arkuszy i będę musiała się jeszcze trochę pomęczyć z nimi.
Papier moczę na głębokim talerzu z ciepłą wodą, a pierożki (sajgonki) zwijam na desce, skropioną wodą (musi być mokra).
Jak zawijać pierożki zobaczyłam na filmie, na YT.*
Po prostu kładziesz farsz na środku namoczonego (porządnie) arkusza, łapiesz dwa przeciwległe rogi, potem dwa następne i okręcasz je razem, na górze rozkładając rogi w ładne „płatki”.
Po trzech pierwszych nabrałam wprawy i odwagi. Tak, odwagi, bo ciągle wydawało mi się, że ten papier się rozleci, a tymczasem mokry papier ryżowy robi się elastyczny jak guma i trudno go uszkodzić. Jest tylko bardzo śliski i przy skręcaniu wymykał się spod palców.
Zrobiłam pierożki, ułożyłam na dwóch piętrach parownika i trzymałam je w parze około 10 minut.
Pięknie, zdawało się, że teraz tylko wyjąć na talerze i voila, wcinamy z zachwytem i dodatkowo z surówką kimchi.
No nic z tego, biednemu to zawsze wiatr w oczy… biorę łopatkę do naleśników, by pierożki delikatnie podebrać, a tu super, ale to kurcze, super ZONK! Pierwszy rozwalił się klasycznie, farsz wyleciał i zatkał dziurki w parowniku… nie, to nie wina papieru, to dziadostwo po prostu przywarło do dna parownika. Próbuję drugi, trzeci… to samo…😲😲😲
Skończyło się na tym, że wyjęłam pozostałe, jak leci, czyli porozwalane i położyłam na talerze. W parowniku zostały trzy.
Wybaczcie, ale zdjęć kulinarnej klęski nie robiłam.😕
Papieroworyżowofarszowa pulpa była smaczna, no ale…I teraz suprajz- trzy pozostałe pierożki po obiedzie wyjęłam z parownika bez uszkodzeń.
Nie mam pojęcia, co nie zagrało, ale przypuszczam, że albo zbyt cienką warstwę oleju wysmarowałam dno, albo trzeba było chwilę odczekać, by dno trochę przestygło i dopiero wtedy pierogi wyjmować.
Wrażenia już na zimno;
- danie szybkie, łatwe w wykonaniu (jeśli ma się wprawę z papierem ryżowym) i niedrogie (trzeba tylko mieć te przyprawy),
- danie smaczne, ale trzeba się przygotować na to, że miejsca zwijania papieru są twarde. Po prostu ten papier w tylu warstwach jest twardy choć ugotowany. I to spowodowało, że jednak wolę sajgonki.
- farsz można sobie zrobić według swojego "widzimisię", może być z mięsem, może być wege, można dawać różne rodzaje mięs, ryby, należy jednak dodać te wszystkie „azjatyckie” przyprawy,
- pierożki można podawać z sosami, z różnymi surówkami, można je włożyć do zupy itp. My zaserwowaliśmy sobie piekielne kimchi, ale ono świetnie podrasowało nieco mdłe pierożki.
A w ogóle to idzie wiosna- dzisiaj +10C, narcyzy wyrosły na 5 centymetrów, śnieżyczki zakwitają, oczar kwitnie, leszczyna kwitnie:)
*https://www.google.com/search?client=firefox-b-e&q=piero%C5%BCki+w+ppierze+ry%C5%BCowym#fpstate=ive&vld=cid:4ab1565e,vid:pfsj3wMrfYw,st:0





































