Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

niedziela, lutego 23, 2014

Straszne to wszystko



  Mama traci siły, słabnie. To co przedwczoraj było możliwe dzisiaj już jest niemożliwe. Siły, fizjologia, pamięć odmawiają posłuszeństwa. Wczoraj jeszcze jadła samodzielnie przy stole, dzisiaj już na siedząco w łóżku, karmiona jak dziecko. Jadła na komendę: masz… przełknij… masz… przełknij. Nie pamięta, że należy przełykać, buzia wypchana, przebiera. Ściska mnie przerażenie. Kompletnie nie mam pojęcia, jak teraz działać. Robię na wyczucie. Podkłady, pampersy… kąpanie? Jeszcze dzisiaj  rano z trudem, przytrzymując się mnie, weszła pod prysznic, w południe już nie miała pojęcia jak złapać się balkonika. Też niepotrzebny do przedwczoraj, teraz stał się niezbędny. Piorunujące tempo. Szukam po necie jak prowadzić higienę człowieka starego, który nie chodzi. Nie dam sama rady. To wszystko jest takie profesjonalne. Mama jest wyższa ode mnie, często bezwładna. Nie utrzymam.  Jaskół stara się podtrzymać mnie na duchu. Tam, gdzie może, pomaga, ale nie wszędzie może. Siostra…. brat…mama ma troje dzieci. Od 5 lat opiekuję się nią sama. Ani razu nie otrzymałam propozycji pomocy, ani od jednego, ani od drugiego. Brat tylko przyjeżdża i "zagląda" do mamy. I na tym się jego zainteresowanie nią kończy. Jaskół i Młoda, zanim wyjechała, to moje podpory w tych trudnych latach. A teraz jest już tragicznie.  To nie dramat, związany z pracą, z wysiłkiem, z czasem- to problem do rozwiązania.  To dramat, bo człowiek niknie w oczach. To moja pamięć z przeszłości i porównanie z teraźniejszością- człowiek wtedy i dziś. Niepojęte, nie do przyjęcia. Niemoc, żal, dławienie w gardle i ból żołądka. I tak za każdym razem, kiedy wejdę do mieszkania mamy, kiedy ją kąpię, przebieram jej pościel. To szalony strach rano i nasłuchiwanie czy oddycha po nocy, czy się obudzi.  Patrzę na tę twarz coraz bardziej skurczoną, coraz mniejszą. Patrzę w te oczy, ledwo widzące, patrzę na tę skórę suchutką i siwe włosy. Przez głowę mkną mi obrazy z przeszłości. Nie potrafię się pogodzić. To wieczny wyrzut sumienia i rozdwojenie pragnień- oby jak najkrócej: nie, jeszcze nie teraz. Strasznie, strasznie to trudne. Kiedy odchodził ojciec też byłam przy nim, zanim zabrali go do szpitala. Leżał na podłodze na kołdrze, którą mu podłożyłam, po jego upadku. Mało czego świadomy, próbował coś powiedzieć, próbował wstawać… Przemawiałam łagodnie, powstrzymywałam. Byłam z tym sama prawie dwie godziny,  do momentu przyjazdu karetki (nieważne, gdzie była reszta- tak się złożyło i już). I wtedy też ta bezsilność, to przerażenie i to rozdwojenie- matko, żeby się nie męczył-  dlaczego tak szybko, jeszcze nie teraz…A teraz mama… myślałam, że już okrzepłam, że nauczyłam się, że potrafię  przyjąć spokojnie…nic z tego.
Jutro muszę załatwić opiekunkę do pomocy.

PS. Zaglądam do Was, czasem komentuję, ale, wybaczcie, nie mam siły…

środa, lutego 19, 2014

Lecą żurawie


 Przeleciały wzdłuż drogi przedwczoraj rano. Leciały dokładnie na zachód i tylko trzy. Jeden z nich co jakiś czas pokrzykiwał donośnie. Tak donośnie, że jeszcze przez dobrą chwilę po przelocie je słyszeliśmy. Udało mi się zrobić tylko jedno zdjęcie i to z daleka. Ale i tak uważam, że to mój fotograficzny rarytas.Żurawie- tak wcześnie- znak, że idzie wiosna.
 Lutowy wschód słońca.
A tu widać, że słońce wschodzi coraz bardziej "na północ". O godzinie 8 rano jest dosyć wysoko.
 Poszedł na łatwiznę. Nie chciało się walić dziobem w korę. Lepsze szyszki modrzewia. Dzięcioł kombinator.
 Przedostatnia pełnia tej zimy-śnieżna pełnia. Ostatnia będzie się nazywała pełnią świec albo głodnym księżycem.
Góry jeszcze zimowe, a w zasadzie dopiero zimowe.

piątek, lutego 07, 2014

A wieczorem

Wieczory są też cieplejsze. Robię z Bezką codzienny, wieczorny spacer dookoła ogrodu. Najpierw idziemy wzdłuż płotu, w dół, sosnową alejką. Za płotem otwarta przestrzeń- pola, a nad nimi południowo-wschodnie niebo, mocno rozgwieżdżone. Nad górami pojawiła się jakaś jasna gwiazda. Niestety, nie wiem, jak się nazywa. Może to Syriusz w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa?Wyżej ostro odcinający się od ciemnego nieba Orion i mocno świecąca w nim Betelgeza. Trochę na północ jasny Jowisz. Na dole ogrodu skręcam i idę pośród modrzewi oraz brzóz. Parę razy, podczas takiego spaceru, spłoszyłam jastrzębia. Siada on na wysokiej brzozie lub tuplipanowcu i zasadza się na nocne łowy. Ma widok na cały sad. A może on tam sypia? Przecież jastrzębie nie polują nocą. Spłoszony, spływa prawie bezszelestnie w dół i leci w stronę niedalekiego zagajnika. Myślałam, że to wielka sowa. Jednak nie. Sowy mają inny kształt skrzydeł. Kiedyś, zrywającą się do lotu sowę podświetliłam latarką. Miała duże, zaokrąglone na końcach skrzydła i była bardziej przysadzista. Przez bezlistne gałęzie przyświeca mi sierp księżyca. Jest tak jasno, że nie muszę oświetlać drogi latarką. Bezka, zajęta swoimi sprawami, buszuje po krzakach. W ogrodzie jest cicho, ale niedaleka droga hałasuje. Skręcam w prawo i idę w górę ogrodu, w stronę domu. Mijam ostatnie brzozy, odsłania  mi się niebo północno- wschodnie. Widzę Wielki Wóz, który naprawdę jest ogromny, pikujący dyszlem w stronę ziemi. Podnoszę wyżej wzrok i znajduję gwiazdę polarną. Nie świeci mocno, a Mały Wóz jest ledwo widoczny. Bardziej na zachód umiejscowił się gwiazdozbiór Łabędzia. Czarne niebo, od czasu do czasu, wolno przecina  migający, jasny punkcik. Samoloty zmierzają gdzieś na swoje lotniska. Rany…jak ja lubię stać tak z zadartą głową i wpatrywać się w te srebrne punkciki- odczytywać gwiezdną mapę. Lubię czuć tę przestrzeń, ten bezmiar. Czasem mam wrażenie, że za chwilę ulecę gdzieś tam, w ten czarno-srebrny świat. Szukam w necie map gwiezdnych, chcę nauczyć się rozpoznawać na niebie gwiazdozbiory i gwiazdy. Marne szanse. Gołym okiem chyba nie do odczytania. Może luneta?

Wieczorne niebo- śliczne były te obłoczki

 I mimochodem zrobione zakładki


niedziela, lutego 02, 2014

Po małej epoce lodowcowej

Czytam na TVN24, słucham i trudno mi uwierzyć. W prawie całej Polsce zima na całego. Horror jakiś. Zasypane drogi, zamrożone pociągi, dzieci nie chodzą do szkół, pożar nie gaszony z powodu nieprzejezdnej drogi, o chleb ktoś dzwoni. Pod Warszawą zaspy na prawie 2 metry....No przecież jest luty. Sory, taki klimat- dopowiem do znudzenia. 
A u nas? Tu na samym południowym końcu Polski? Przez cały grudzień i połowę stycznia w ogóle nie było czuć, że jest zima. Temperatury plusowe i w ogóle nie było śniegu. Od połowy stycznia do czwartku, przez 2 tygodnie, było paskudnie. Dotknęła nas mała epoka lodowcowa. Nocami -15 stopni, w dzień - 7 stopni mrozu. Do tego bardzo mocny, porywisty, północny wiatr.  Potem pojawiła się mgła i wszystko osnuło się lodem. 
Ogród wyglądał mnie więcej tak.




 Przy tak dużym mrozie, śniegu było bardzo mało.
W piątek wiatr się odwrócił i powiał z zachodu. Przyniósł ocieplenie. W dzień było +5, a w sobotę doszło do +10 stopni przy słonecznej pogodzie. Dzisiaj jest +6 stopni i pada niewielki deszcz.
Idzie przedwiośnie.