Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

sobota, marca 08, 2014

I co dalej?



Wczoraj umawiam się z bratem w szpitalu. Zanoszę mamie czyste bluzki. I tu praktyczna uwaga. Jeżeli ktoś jest obłożnie chory i w dodatku musi korzystać z pampersów, lepiej tę osobę ubrać w takie zwykłe koszulki gimnastyczne niż w koszule nocne. Koszulki nie podwijają się i nie ugniatają leżącej, no i zmiana pampersa jest łatwiejsza. Dobre też są butelki z sokiem czy wodą mineralną z dziobkiem i zatyczką. Może sobie taka butelka leżeć na łóżku, a chory nie musi sięgać do stolika. Podchodzę do łóżka matki, brata jeszcze nie ma, i głaszczę ją po głowie. Otwiera oczy, ale zaraz zamyka. Wkładam czyste koszulki do szafki. Wychodzę na korytarz popatrzeć, czy nadchodzi brat. W tym samym czasie do pokoju wchodzi lekarka w granatowym mundurku i nasza lekarka prowadząca w zielonym. Wchodzę za nimi, ale nie wiem, czy mogę w pokoju zostać. Na wszelki wypadek stoję niedaleko drzwi, żeby nie przeszkadzać. Obie podchodzą do łóżka matki. Stają po obu jego stronach
-Pomóż mi ją odwróć na plecy- dyryguje granatowa, ściągając z matki kołdrę. Mama, gwałtowanie obudzona, podnosi rękę.
-Ale jak?- zielona jest bezradna. Patrzę na scenę i jestem zdziwiona obcesowością granatowej. Podchodzi do łóżka pacjenta, nic do niego nie mówi, tylko do razu zabiera się za łapami do czynu.
- A tak- mówi granatowa i gwałtownie przewraca matkę na plecy. Słyszę głośny jęk. Wszystko we mnie zastyga. Robię krok w stronę łóżka matki.
- Która to noga?- granatowa rzuca w stronę zielonej.
- Prawa- mówi cicho prowadząca. Przyglądamy się, jak granatowa odchyla nogę matki raz w jedną stronę raz w drugą. Wcale się nie ceregieli. Matka jeszcze raz cicho jęczy, a potem nieoczekiwanie  pyta silnym głosem
-Jaka dzisiaj pogoda?
Lekarka narzuca niedbale na nią kołdrę i rzuca arogancko
-A czy ja wiem?- i wzrusza ramionami patrząc na prowadzącą. Coś tam jeszcze mruczy pod nosem.
- Nie, tutaj nie operujemy- mówi do zielonej.
Obie kierują się w stronę wyjścia. Wzrok lekarki pada na mnie:
-A pani kto?- Pyta szorstko.  Uła…powinnam chyba ostro coś palnąć, jednak jestem zbyt zaskoczona tym, co zobaczyłam, żeby zareagować odpowiednio.
-Córka- odpowiadam patrząc jej prosto w oczy. Jestem zszokowana tonem, którym zwróciła się do matki. Ja rozumiem, że one nie muszą ciumciać i kwilić do pacjentów, ale tak prostacko odpowiedzieć na pytanie starej, chorej kobiety nie musiała.
- Kość jest złamana, ale operować nie będziemy-rzuca w moja stronę protekcjonalnie- To się nie nadaje do operowania- dodaje stanowczo. Prowadząca stoi za nią i milczy z obojętnym wyrazem twarzy. Ja jestem nadal zszokowana i zapominam języka w gębie. Miałam zapytać, dlaczego nie będą operować, ale zupełnie zgłupiałam. Milczę.
- Ona chodzić  nie będzie, ale może siadać- ciągnie lekarka- Z tą nogą ona chodzić nie może, ale może ją pani sadzać. – kończy i wychodzi z sali. Stoję jeszcze bardziej zszokowana. Ona, jaka ona?… nie pacjentka, nie pani…nie matka, ONA…jestem sparaliżowana tym tak ogromnym prostactwem. W końcu zwracam się do prowadzącej.
-Jak długo matka będzie w szpitalu, bo staramy się o miejsce w zakładzie?- Pytam, powoli dochodząc do siebie.
-A planujemy w poniedziałek ją wypisać do domu- odpowiada beznamiętnie prowadząca. Zaraz, zaraz, w jaki poniedziałek. Jest piątek. Od tygodnia matka jest w szpitalu. Była prawie umierająca, ma złamaną szyjkę kości udowej. Nie ma jej unieruchomionej, zagipsowanej, nic. Przez 4 dni była pod monitorami. Jest na środkach przeciwbólowych. Słabo kontaktuje. Ma cewnik założony. Co ona gada? W takim stanie do domu???? Doprowadzili ją do normy kroplówkami jeżeli chodzi o jedzenie, ale co z nogą? Zresztą do końca nie jestem pewna, czy ona faktycznie je i pije tyle ile trzeba. Nie mam pojęcia, czy w takim stanie wypisuje się pacjenta do domu po tygodniu pobytu w szpitalu.
-Pani doktor, ale ja nie potrafię jej zapewnić prawidłowej opieki w domu. W jednym zakładzie jesteśmy zapisani do kolejki, a do drugiego trzeba całą dokumentację wypełnić, jakaś komisja jeszcze…- zawieszam głos- Zresztą mam tutaj te wszystkie formularze- wyjmuję plik z torebki. Prowadząca wyciąga dłoń po dokumenty.
-Pani pokaże, bo jeden wniosek mogę wypełnić.- Podaję jej cały plik. W tym momencie wchodzi brat.
- I jak?- rzuca w naszą stronę.
- Wyobraź sobie, że mama ma iść w poniedziałek do domu…- mówię trochę bezradnie. Nadal w głowie mi się nie mieści, że mam przejąć matkę w takim stanie. Nie kończę, widzę minę brata tak samo zdziwioną.
-Jak to?-  Zwraca się do prowadzącej- A co z nogą?
- Nogi nie będziemy operować..- przerywa, bo brat się żachnął. Przez chwilę wszyscy milczymy.
- Ale możemy ją przetrzymać do środy- kontynuuje pani doktor –Ja wypełnię ten formularz i na jutro będzie gotowy. Możecie go państwo zanieść do starostwa. Tylko, że komisja zbiera się raz w miesiącu i nie wiem, kiedy …-przerywa. Teraz brat jest zszokowany.
- Raz w miesiącu?!- nie wytrzymuje i podnosi głos- To znaczy, że jak teraz się zebrała, to następne zebranie będzie w kwietniu?!- Aż się zacukał w tym zdziwieniu. Zaraz się jednak opanowuje. Prowadząca jest niewzruszona. Ona w ogóle jest jakaś, powiem wprost, niekumata. Wszystko z niej trzeba wyciągać, a jak się jest tu i teraz na sali i w silnych emocjach, to człowiek zapomina pytać o rzeczy najistotniejsze. Umawiają się jeszcze w sprawie odbioru skierowania i ona wychodzi. Brat podchodzi do łóżka mamy. Matka otwiera oczy, ale widać, że nie bardzo kontaktuje. On idzie w stronę okna, do łóżka podchodzę ja. Matka otwiera oczy.
- Mamo, ładna dziś pogoda- uśmiecham się do niej.- Masz pozdrowienia od ciotek.
Chwilę patrzy na mnie, a potem pyta- Były?- język jej się plącze
-Nie, telefonicznie cię pozdrawiają- tłumaczę, ale ona już „odpływa”. Jeszcze chwilę jesteśmy przy niej. Kiedy zasypia, wychodzimy.
- No to mamy pasztet. –mówię do brata oszołomiona i przerażona. Chwilę milczy
- Idę jeszcze raz to zakładu, może da się coś przyspieszyć.
-Dobra, a ja jadę do ośrodka załatwiać opiekunkę. Sama nie dam rady.
Do domu jadę „na oślep”, tylko w głowie mi się tłucze co jakiś czas- jesteś na drodze…skup się..
W ośrodku nie ma socjalnej. Jadę na zakupy, a potem jeszcze raz do ośrodka. Parkuję przed nim  i widzę na parkingu opiekunkę z socjalną. No proszę- diabeł dzieci mi kołysze. W tym wszystkim nadmiar szczęścia mnie spotyka. Dwa w jednym- są obie naraz. Kiedy słyszą, że matka wychodzi ze szpitala są równie zszokowane jak ja. A  kiedy mówię, że nie będzie operacji- zatyka je. Podają przykłady rówieśnic matki, które przeszły taką operację i nie było nawet dyskusji, że nie można. Jedyne wytłumaczeniem jest ta matki niewydolność nerek. Umawiam się z opiekunką, że zadzwonię, kiedy zajdzie potrzeba. Na razie tyle i aż tyle udało się załatwić.
W domu dopiero mnie puszcza. Próbuje sobie wyobrazić, jak to teraz ma wyglądać i ogarnia mnie dławiące przerażenie. Ryczę… wkurzam się…chcę, żeby to napięcie zeszło. Nie pomaga. Idę do mieszkania matki popatrzeć, czy da się jakoś barierkę w łóżku zamontować. Nie da się. Trzeba założyć rurkę z boku, żeby matka nie wychodziła. Może to i prymitywne, ale jakieś zabezpieczenie będzie. Wprawdzie lekarka stwierdziła, że matka nie będzie chodziła, ale nie zna mojej matki. Może spróbować, spadnie z łóżka i jeszcze, nie daj Boże, obojczyk złamie, Znowu ryczę… ta bezsilność mnie dobija. Siadam na łóżku… rany… matka z cewnikiem, nie chodząca i ta noga… czy ja wiem, jak się z nią obchodzić, żeby tej nogi nie urażać? Przecież w tydzień się nie zrosła, Co powie lekarz- paracetamol? Na uśmierzenie bólu w tak złamanej nodze? Boję się, że matka będzie cierpieć, a ja nie będę jej mogła ulżyć. No i chciałam jej oszczędzić tego przewożenia: szpital- dom- dom –zakład. Zaryczana idę gotować obiad. Po południu grabię ogromny teren w lasku, palę ognisko i powoli dochodzę do siebie.
Jutro jedziemy na wycieczkę w Kopce. Może porobię trochę fajnych zdjęć.

1. Na razie szczęście jest ogromne- matka nie odeszła. Teraz głównym problemem  jest zapewnić jej bezpieczne, pod dobrą opieką, spokojne życie do końca. Ja jej tego nie zapewnię. To nie jest moje wygodnictwo, a twarda rzeczywistość i warunki takie, a nie inne. Przez ten tydzień próbowałam dojść, w jakim stopniu jest świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Nie jestem pewna, ale chyba nie ma dla niej już istotnego znaczenia to, czy będzie leżała w domu, czy w zakładzie. Już przed szpitalem zaczynała żyć w swoim świecie.
2. Wiem, że inni mają gorzej. Wiem, że są ludzie, którzy latami opiekują się osobami ciężko chorymi, niepełnosprawnymi itp. Wiem… gdybym mogła, to pomogłabym wszystkim…wiem również, że każdy taki opis w jakimś sensie pokazuje różną rzeczywistość. Wiem również, że z każdego opisu można wyciągnąć jakieś wnioski dla siebie, wskazówki i rady.
3. Wiem, że mnie wspieracie, dobrze życzycie, jesteście myślami z nami. Napisaliście już wiele, wiele dobrych, serdecznych słów. Naprawdę, czując Wasze wsparcie, nie chcę dalej stawiać Was w sytuacji, kiedy już napisane, musiałoby być powtórzone, albo nienapisane  wzbudziłoby poczucie bezradności lub winy, bo nie da rady się napisać….piszcie o …hmmmmm… no wesoło i tyle.
4. Pisząc o paniach lekarkach nie uogólniam. Na oddziale, na którym jest mama, pracują przemiłe salowe i bardzo fajne, uczynne pielęgniarki.
5. Mimo wszystko, mimo złości, żalu, bezradności, strachu, działam i nie mam zamiaru poddawać się. Czasem sobie ryknę, czasem zaklnę, a najczęściej idę wywalić  to wszystko z siebie do ogrodu, jakże z wielką dla niego korzyścią.




czwartek, marca 06, 2014

Przedwiośnie na Kopcach


U nas marzec paskudny. Gdzie to słońce, które tak pięknie świeciło w lutym? Coś się tam na górze komuś pomerdało z pogodą. Wprawdzie kosy nieśmiało zaczynają rankami śpiewać, leszczyny i oczar już przekwitły, a śnieżyczki, przylaszczki i przebiśniegi kwitną jak szalone, ale jakoś jakby mniej przedwiośnia w przedwiośniu?
W niedzielę pojechaliśmy na górę Chełm załatwić noclegi dla motocyklistów, którzy przyjadą na nasz coroczny rajd w czerwcu, a potem zahaczyliśmy o rezerwat Kopce pod Cieszynem.
Trochę jednak to przedwiośnie widać.
 Zbocze góry Chełm pokryte przylaszczkami
 Nie mam pojęcia jak się ten poniżej nazywa. W zeszłym roku, o tej porze, także robiłam mu zdjęcia na Chełmie. Muszę poszukać tego postu, bo być może tam jest nazwa tej rośliny
 Miodunka leśna. W naszym ogrodzie też już kwitnie.
Tablica przed rezerwatem Kopce w Cieszynie -Marklowicach
Wejście do rezerwatu. Kiedy byłam smarkulą, przyjeżdżałam do babci na wakacje zimowe i letnie. Z tej górki zjeżdżaliśmy na sankach. Teraz jest ona jakby mniejsza. Wtedy wydawała mi się ogromna i z trudem drapałam się na górę. A na dole, na tym placyku po prawej stronie, graliśmy w piłkę. Wtedy nie było jeszcze szlabanu i każdy mógł wejść do lasu.

 Idąc w górę, tym jarem wzdłuż potoczku, dojdziemy do "Ondraszkowej dziury". Jest to grota, w której ponoć ukrywał się zbójnik cieszyński, Ondraszek. Podobno jest ona połączona lochami z zamkiem cieszyńskim. Podczas wakacji czasem zapuszczaliśmy się tam. Trochę baliśmy się, bo to i tajemnicza ta grota, i las dosyć ciemny, a jar głęboki. Wskakiwaliśmy na sam dół, szybko patrzyliśmy w głąb "dziury i piorunem wspinaliśmy się po stromych zboczu, byle dalej. Wtedy można było wejść do groty, choć było to zabronione. Teraz jest niewielki otwór i nie widać wnęki. Dojście do groty jest dosyć trudne, bo brzegi jaru są strome. Obecnie wytyczono tam ścieżkę, ale wtedy buszowaliśmy po urwistych brzegach bez ograniczeń.

Zbocze z zieleniejącym się czosnkiem niedźwiedzim. Kiedy czosnek kwitnie białymi kwiatami, pachnie z daleka słodko. Prawie przez 8 lat mieszkałam zaraz obok stromego stoku tego rezerwatu i znam go jak własną kieszeń. Poznałam też rośliny, które w nim rosną. Najpierw pojawiają się przylaszczki. Całe stoki są niebieskie. Zaraz za nimi zaczynają kwitnąć zawilce, miodunki i dzikie śnieżyce. A potem wyrasta czosnek, który kwitnie w kwietniu. Wtedy zbocza są bieluteńkie. Jeszcze w marcu zaczyna kwitnąć cieszynianka.  Już postanowiliśmy z Jaskółem, że pojedziemy ją sfotografować. W niedzielę nie było czasu, bo Beza niecierpliwiła się w samochodzie- zmęczona już była. Zrobiłam więc zdjęcia tych roślinek, które kwitły zaraz "na wejściu"
 Dzika śnieżyca- przebiśnieg
Zawilec leśny. Nie zrobiłam zdjęć przylaszczek, bo one na stokach w głębi rezerwatu kwitną.

środa, marca 05, 2014

Lekki, jak powiew wiatru, a jednak uśmiech



Od piątku mama jest w szpitalu. Dwa pierwsze dni- na silnych środkach przeciwbólowych, kroplówce, podpięta pod monitory i aparaturę z tlenem. Ostra niewydolność nerek, odwodnienie i złamana szyjka kości udowej. Tragicznie. Dwaj lekarze dyżurni pytani dzień, po dniu o stan matki, nie dawali nadziei. Przedwczoraj lekarka prowadząca miała inne zdanie. Na pytanie, czy załatwiać dom opieki usłyszeliśmy: ”Załatwiać”. Hmmmmmmmmmm… Matka z twarzą zapadniętą, śpiąca nerwowo, niekontaktowa. Ale….. właśnie, człowiek czepia się każdej nitki nadziei. Załatwiać to załatwiać i nie ma dyskusji. Czarujemy los. Może się uda. Dla niewtajemniczonych- dla osób niechodzących,  obłożnie chorych, załatwia się coś takiego, co się nazywa Zakład Opieki Leczniczej. To zakład ze stałą opieką medyczną, rehabilitacją, specjalnie przystosowany. Jest w Cieszynie taki. Prywatny, ale ponoć bardzo dobry. Wczoraj brat załatwił miejsce. Na wszelki wypadek pójdę jeszcze do naszej pani doktor, aby wypełniła dokumenty potrzebne do drugiego takiego ZOL, ale państwowego. W prywatnym nie trzeba takiej dokumentacji, do państwowego plik formularzy i jeszcze potrzebne orzeczenie komisji o stopniu niesprawności. No paranoja. Prywatny to 70 zeta na dobę, czyli 2100 zeta za pełny miesiąc. W państwowym miesięcznie 70% emerytury, a resztę dopłaca albo gmina (jak ma środki) albo rodzina. I przeważnie płaci rodzina z tych pozostałych 30%, które rzekomo ma mieć pacjent na swoje wydatki. Jakby na to nie spojrzeć, to w państwowym wychodzi i tak wlał-wylał.
Dzisiaj byłam u mamy. Aparatura odłączona, kroplówki nie ma. Matka na twarzy opuchnięta, ale śpi spokojnie. Podchodzę do łóżka- otwiera oczy. Patrzy, nie poznaje. Dopiero kiedy przemawiam, dotykam jej policzka, widzę w jej oku błysk. Potem mówi z wysiłkiem: „Ładna dzisiaj pogoda”. To jej codzienne poranne powitanie. Czuję straszny ucisk w gardle. Patrzę w okno, za którym zimny szary dzień, przełamuję się i mówię z uśmiechem: „Ładna mamo, bardzo ładna”. Zamyka oczy i po chwili widzę, jak kącik jej ust podnosi się lekko. Czyżby się uśmiechnęła? Chyba mi się przewidziało. Idę sprawdzić w szafce, czy trzeba coś przynieść, coś zabrać. Potem znowu podchodzę i głaszczę ją po policzku. Podnosi powieki, potem zamyka. Kącik znowu lekko podnosi się. Uśmiech taki lekki, leciutki, jak powiew wiatru. I widzę, jak twarz matki robi się piękna. Po prostu wydaje mi się taka piękna. Twarz mojej starej matki jakby na chwilę promieniała. Muszę odejść od łóżka, bo czuję, że za chwile rozryczę się jak małe dziecko. Rodzina przy łóżku drugiej pacjentki na chwilę milknie i przygląda mi się z ciekawością. Przytomnieję. Podchodzę do łóżka mamy, która śpi spokojnie. Gładzę ją po ręce i mówię, że wkrótce przyjdę znowu. Chyba nie słyszy. Wychodzę. Z trzeciego pietra schodzę schodami. Muszę ochłonąć.

Wszystkim, którzy podtrzymywali mnie na duchu ciepłymi wpisami, serdecznie dziękuję :)





piątek, lutego 28, 2014

"Wolne", ale i tak strasznie



We wtorek dzwonię do opieki. Potrzebuję pomocy. Umawiamy się z socjalną na spotkanie w mamy mieszkaniu jeszcze w tym samym dniu. Przychodzi, rozmawiamy. Mówię, że jest coraz gorzej, że matka  od soboty zjadła raptem parę łyżek płatków i wypiła szklankę soku. Więcej nie chce, odmawia. Socjalna podaje mi możliwości pomocy- opiekunka 3x w tygodniu za niewielką opłatą. Jeśli chcę, to na pozostałe mogę się umówić prywatnie za uzgodnioną opłatą. Informuje, że opiekunka może zacząć pracę od pierwszego poniedziałku w marcu. Jestem przerażona- ja potrzebuję już pomocy. Wprawdzie zmieniam mamie pampersy, i próbuję jakoś utrzymać jej higienę, ale potrzebne jest obmycie całego ciała, włosów  no i nakarmienie. Może opiekunka przełamie jej straszliwy upór. Nikt nie chce uwierzyć, że nie daję rady, a właściwie nie dajemy rady, bo jeszcze jest Młoda, która mi pomaga, ale wraca do Anglii. Mama jest ciężka, często bezwładna lub usztywnia się i stawia opór, którego nie jestem w stanie przełamać. Kiedy ubieram jej majtki to stopami je zrzuca, krzyżuje nogi… Kiedy chcę ją nakarmić to z trudem unosi się, a potem nagle kładzie i zaciska usta- nie chce jeść. Ustalamy, że opiekunka przyjdzie w czwartek, w południe. Jak będzie chodziła dalej, dopiero zobaczymy po tym pierwszym razie. Omawiamy również możliwości załatwienia domu opieki. Jesteśmy zdecydowani na ten krok. Ja nie jestem w stanie zapewnić seniorce fachowej opieki. W dodatku czuję, ze zaczyna się nawrót mojej depresji. Jak znów wpadnę w dół, to już nikt się mamą nie zaopiekuje. Najpierw trzeba jednak omówić z lekarzem rodzinnym skierowanie do ZOL. Po wyjściu socjalnej wracam do siebie. Gotuję obiad. Nagle słyszę w mieszkaniu mamy łomot. Wchodzę do jej pokoju- leży na podłodze, w sporej odległości od łóżka i próbuje wstać. Podbiegam, chwytam ją pod pachy. Robi się bezwładna, ciężka jak diabli. Nie dam rady. Jaskół w sklepie, a Młoda pojechała na zakupy. Na kolanach, przy mojej pomocy, jakoś dotarła do łóżka. Przykrywając ją kołdrą zauważyłam, jak strasznie trzęsą mi się z przerażenia ręce. Po chwili  ściągam z niej kołdrę i usiłuję sprawdzić, czy się potłukła. Pytam, czy coś ją boli. Zero kontaktu, jej ręce szukają kołdry, cała się kuli. Daję spokój. Śpi z przerwami do wieczora. Każda próba nakarmienia kończy się fiaskiem. Zaczynam wpadać w fobię. Co chwila chodzę do jej pokoju popatrzeć, czy leży w łóżku. Do późnej nocy. W środę, podczas zmiany pampersa widzę, że ma mocno potłuczone kolano i łokieć w prawej ręce. W dodatku ogromny siniak na prawym biodrze. Jednak i kolana, i łokcie zgina. Nie widzę bólu w jej oczach. Tylko, że to zdradliwe, bo mama od pewnego czasu w ogóle bólu nie czuła. Czasem stłukła sobie rękę czy nogę, ale twierdziła, że niczego nie czuje. Rano zjadła parę łyżek budyniu i na tym karmienie w tym dniu się skończyło. Wpadam powoli w panikę- mamie grozi odwodnienie, ale mam ciągle nadzieję, że zaraz, za chwilę, za następnym razem uda się mi ją nakarmić i napoić. Nic z tego- parę łyków soku i to wszystko. W czwartek dzwonię do przychodni. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ostatni dzwonek. Matka może umrzeć z głodu na moich oczach. Musi dostać kroplówkę. Umawiam z koleżanką- lekarzem wizytę domową. Przyjedzie wieczorem- wcześniej nie może. W czwartek przychodzi także opiekunka. W zasadzie wpada tylko omówić ze mną jak jej praca ma wyglądać. Piszę w czwartek, a to przecież wczoraj… to wczoraj było… gubię się z tych nerwów i zmęczenia. Cały tydzień w szalonym napięciu, wszystkie noce we śnie „czuwającym”. Czyli wczoraj przyszła opiekunka i stwierdziła, że skoro już jest to może seniorkę umyje. O tak, bardzo chciałam, żeby to zrobiła. W trójkę myłyśmy matkę i było ciężko. My z Młodą podtrzymywałyśmy ją, a opiekunka myła. Kurcze… bardzo sprawnie jej to szło. 15 minut i człowiek w pościeli wypachniony, świeżutki. Wieczorem udało nam się z Jaskółem trochę nakarmić matkę- parę łyżek potrawki i pół szklanki soku. Sok wypiła dlatego, że ją zmyliłam.  Kontakt z nią coraz bardziej rwie się. Zapada w swój świat. Bawi się palcami, coś do siebie mówi, ale większość czasu przesypia w takim półśnie. Czasem, kiedy pytałam, czy coś zje dosyć przytomnie potakiwała, ale kiedy próbowałam ja nakarmić traciła się i nie chciała jeść. No i wczoraj, w przypływie krótkiej świadomości zapytała mnie czy dam jej kieliszeczek. Najpierw zgłupiałam- kieliszeczek? A potem szybko wzięłam szklankę z sokiem i mówiąc, że tu jest kieliszeczek, trochę ją napoiłam. Później powtórzyłam ten sam manewr.
Wieczorem przyszła pani doktor. Leczy całą rodzinę od 20 lat i przyjaźnimy się tak samo długo. Mówię jej co jest grane. Wszystko od A do Z. Bada seniorkę- serce dosyć w normie, płuca też. Ogląda stłuczenia, stwierdza szalone odwodnienie. Idziemy na naradę. Przysiada się do nas Jaskół. W zasadzie mama kwalifikuje się do szpitala, ale sprawa nie jest taka oczywista, okazuje się, że pojedzie do szpitala, tam dostanie kroplówkę i w tym samym dniu mogą ją przywieźć z powrotem. Pani doktor proponuje, że przyśle mi pielęgniarkę, ona podepnie kroplówkę, a ja potem dopilnuję, żeby cała porcja dostała się seniorce. Stawiam stanowcze Veto. Nie da rady. Ja to się tam zmieniać butelki w kroplówce mogę nauczyć, ale matka w tym buncie, uporze lub w zwykłej nieświadomości może wyrwać igłę z żyły lub tak zgiąć rękę, że narobi bigosu. Boję się tego. Dobra, myślimy dalej, co z tym zrobić. W końcu jako główny powód podaje złamanie nogi podczas upadku, ale dodaje, mamy się spodziewać, że matka może wrócić tego samego dnia do domu. Dzisiaj rano dzwoni, że karetka ma przyjechać około 11tej. Przebieramy z Młodą seniorkę w czystą koszulę. Widzę, że jej stan jest jeszcze gorszy. Chyba ma gorączkę. Oczy uciekają jej w tył głowy, nie kontaktuje. O napojeniu nie ma mowy. Jest 9 rano. Niczego nie potrafię z tych nerwów zrobić, pałętam się z kąta w kąt. Czekamy na karetkę. Co chwilę idę do mieszkania matki i patrzę, czy coś złego się nie dzieje. Rany… co jeszcze gorszego może być…. Może… może przestać oddychać… cała cierpnę. Gdzieś po drodze ścielę łóżko, myję naczynia, rozmawiam z Młodą, która po południu wyjeżdża. Czuję się fatalnie, ona przyjechała na urlop, a znowu dostała lekcję życia. Nie buntowała się, twardo mi pomagała przy babci. Nie było to przyjemnie. Zaciskała zęby i trwała. Czasem wydaje mi się, że jest bardziej dojrzała ode mnie.
Przyjeżdża karetka. Ratownik medyczny młodziutki, ale bardzo konkretny, spokojny i miły. Bardzo się stara. Robi wywiad. Ubieram matce skarpety i czapkę, żeby jej nie przewiało, Przenoszą ją na nosze. Nagle widzę w jej oczach przerażenie i robi jakiś gest obronny ręką. Zapadam się na chwilę. Czuję się jak zdrajca. Strasznie bezbronny jest stary człowiek. Wychodzę na podwórko. Nosze wjeżdżają do sanitarki. Odjeżdżają. Dalej czuję się podle. Młoda przytula mnie, a ja jak smark płaczę. Nie przypuszczałam….
W szpitalu ma czekać mój brat i dowiedzieć się co dalej. Zaczyna się czekanie. Nagle uwiadamiam sobie, że jak mama wróci dzisiaj, to co ja zrobię jutro i pojutrze (sobota, niedziela) jeżeli znowu nie będzie jadła, a na to się zanosi, bo z jej świadomością nie będzie lepiej. Znowu wpadam w panikę. Idziemy w trójkę przemeblować jej mieszkanie. Brat przywiózł specjalistyczne łóżko i trzeba je odpowiednio ustawić. Dopóki nie załatwimy domu opieki, matka musi mieć porządne warunki no i nam powinno to łóżko ułatwić pracę nad jej higieną.
Czekam dalej. Około 13tej brat dzwoni. Mama ma złamaną kość udową. Straszne. Nic na to nie wskazywało. Wczoraj podczas badania ruszała nogami i nawet nie jęknęła. Decyzji czy wraca do domu na razie nie ma. Czuję się jak na haju, taka jestem spięta. Nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Po południu Jaskół odwozi Młodą na przystanek. I znowu ściska mnie w gardle. Czuję, że jeszcze jedna iskra i złamię się jak zapałka. Po 17tej dzwoni brat. Matka zostaje w szpitalu. Właśnie jej zakładają gips. Jest niekontaktowa. Jutro dowie się więcej. Jutro też do niej pojadę. Czuję ulgę i równocześnie mam poczucie winy. To jest pierwszy od 5. lat wieczór, pierwsza od 5. lat noc, kiedy mam ”wolne”.