Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

czwartek, maja 26, 2022

"Nie widzisz, ile dla was robię?"

"Kruszeje pomnik Matki Polki. Dorosłe dzieci obalają ideał matki idealnej

Matka, mama, matrona. Ta, która poświęca się wychowaniu dzieci, która dba o ciepło rodzinnego domu, która zaciśnie zęby i dla dobra swoich dzieci poświęci własne szczęście. Matka idealna. Matka perfekcyjna. Matka Polka, na której pomniku dziś dorosłe jej dzieci dostrzegają liczne skazy, z którymi mierzą się w wygodnych fotelach gabinetów psychoterapeutycznych.

Od wielu lat Polki walczą o obalenie mitu Matki Polki. Usilnie chcą zrzucić ją z piedestału, zastępując ją Matką Wystarczająco Dobrą, Matką Nie-perefekcyjną, Matką Nie-idealną. Pokazując, że może im się nie chcieć ugotować obiadu, że nie chce im się posprzątać mieszkania, założyć seksownej bielizny wieczorem dla męża, po całym dniu spędzonym z gorączkującym dzieckiem, że chce im się wrócić do pracy i wyjechać na weekend z przyjaciółkami, żeby złapać oddech od rodziny i (o matko!) dzieci. Ale dopóki będą stawiać się w kontrze do archetypu Matki Polki, nigdy stereotypu myślenia o macierzyństwie pełnym wyrzeczeń się nie pozbędą.

Bo co chcemy dziś udowodnić? Że jesteśmy lepsze niż nasze matki, że nie chcemy być jak one? Że nie mamy zamiaru się poświęcać, rezygnować z realizacji własnych celów i marzeń?

Przez większość naszego macierzyństwa stajemy w kontrze do naszych matek, tych idealnych, tych Matek Polek, które stały w kolejkach za kawą, za papierem toaletowym, które po pięć lat siedziały z nami w domu, nim poszliśmy do przedszkola czy zerówki, a nierzadko zupełnie rezygnowały z pracy zawodowej, bo trzeba było ugotować, wyprać, posprzątać.

Bo nie można było liczyć na ojca dzieci, który pracował, a jak nie pracował, to odpoczywał, a jak nie odpoczywał, to lubił od czasu do czasu z kolegami zajrzeć do kieliszka. Ale był głową rodziny, jednym żywicielem, więc nawet jak pił, choć nie bił, ale zwyzywać potrafił, orgazmu nie dawał, zaspokajając w seksie tylko swoje potrzeby, to jednak był. A ojciec w życiu dzieci ważna postać — tak naszym matkom mówiły ich matki i jeszcze: "Gdzie ty lepszego chłopa znajdziesz, jak sama sobie z tymi dzieciakami poradzisz". Więc radziły sobie, jak mogły, jak potrafiły, jak ich matki je nauczyły. A ich matki sporo przeszły, bo wojnę przeżyły, bo głód i biedę, bo też same, bez mężów, co to Polskę odbudowywali, dzieci wychowywały i nie jak teraz po jednym czy dwojgu, ale i po dziewięcioro dzieci mieć potrafiły.

Nie narzekaj, ródź, wychowuj, to twój obowiązek dla kraju, dla ojczyzny, dla pokoleń. To przez wiele dekad wpajano kobietom, które biegły po dzieci do przedszkola, wystawały w kolejkach, spod lady kupowały sukienki dla córek, a dla chłopców szyły same garnitury na pierwszą komunię świętą. Gotowały najlepsze rosoły i pomidorówki, a sernik, jaki wychodził z ich kuchni, do dziś jest nie do podrobienia.

Matki idealne, matki poświęcające się, Matki Polki z osmarkanymi, trzymającymi się ich spódnicy dziećmi, dla których były całym światem, jedyną opoką, która dawała im poczucie bezpieczeństwa.

Dziś te zasmarkane dzieciaki siadają w gabinetach psychoterapeutów, bo życie je drapie, bo nie są szczęśliwe, choć wydaje im się, że powinny być, bo przecież wszystko mają. Dom, rodzinę, dzieci, męża, żonę.

A kiedy psychoterapeuta pyta: a jaka jest twoja mama, milkną. Bo przecież mama to ideał, bo przecież kocha się ją bezwarunkowo, bo trzeba czuć wdzięczność, będąc świadomym jej poświęceń. O mamie nie można mówić źle, nie można narzekać.

A jednak… Im głębiej zajrzymy i pozwolimy sobie poszperać we własnych wspomnieniach, tym częściej odzierany Matkę Polkę z jej boskości. Bo Matka Polka, ta której pomniki stawiano, do której nieustannie się dziś — my matki — porównujemy, to często matka nieobecna. Tyle się mówi o nieobecnych ojcach, ale matka? Przecież zawsze obiad w domu był, posprzątane było, ona była, włosy umyła, przypilnowała, czy lekcje odrobione.

Ale ta obecność fizyczna nierzadko daleka była od obecności emocjonalnej. Obsługowa miłość. Nakarmić, ubrać, posprzątać. W niedzielę zrobić obiad, wyjść na spacer uśmiechając się szeroko do sąsiadów.

I jeszcze pozory zachować, że choć syn coś w szkole zbroił, a córce jednak w szkole muzycznej nie idzie, to jednak obrazek szczęśliwej, czytaj bez problemów, rodziny musiał się zgadzać.

Dziś psychoterapeuci słyszą o Matkach Polkach, które zauważały swoje dzieci tylko wtedy, gdy mogły się ich osiągnięciami przed innymi pochwalić. Te dzieci mówią, że były przez matki krytykowane, rzadko chwalone ot po prostu, w czterech ścianach domu nie mówiono im, że są mądre, a mama jest z nich dumna. Zdarzało się, że słyszały, jak bardzo ich matki są zmęczone, a dzieci tego nie doceniały i były niewdzięczne. "Nie widzisz, ile dla was robię?" — mówiły i z miną męczennicy czekały na Dzień Matki, by znowu móc wyrzygać, że za mało się staramy, albo popłakać ten jeden raz, że jednak doceniamy ich nieludzki wysiłek utrzymania w całości pomnika Matki Polki, który budowały ich matki. W gabinetach terapeutycznych widzimy matki sfrustrowane, zmęczone, przewrażliwione, które swoją złość i niechęć często kierowały w stronę własnych dzieci.

Być może dlatego dziś pomnik Matki Polki kruszeje, córki tych matek rzucają w niego obelgami: nie będę idealna, nie będę sprzątać, nie będę gotować, nie chcę być z ich ojcem, nie chcę mieć dzieci, chcę wrócić do pracy, chcę odpocząć od dzieci!

Dziś my — matki i nie-matki Matek Polek, wykrzykujemy wszystko to, czego one nie wykrzyczały, wykrzyczeć nie chciały, nie wiedziały, że mogą, bo tak skupione były na realizacji macierzyństwa poświęcającego, a chwilami wręcz męczeńskiego, wpojonego im z mlekiem ich matki. Rodzina była najważniejsza, choćby się waliło, paliło, trzeba było ją utrzymać za wszelką cenę, za cenę siebie samej, bo przecież tylko bycie matką mogło je wtedy

Więc dziś, krzyczymy, że nie chcemy być idealne, że nie chcemy być perfekcyjne, walczymy o swoje prawa do równego traktowania w miejscu pracy, o partnerski związek, w którym ojciec zajmuje się dziećmi i bierze na siebie współodpowiedzialność za ich wychowanie. Dziś mówimy, że nie będziemy myć okien przed świętami, stać w garach, że na weekend wyjedziemy z przyjaciółkami, że olewamy sprzątanie, a w kuchni nie jesteśmy mistrzyniami i że dosyć mamy wyrzutów sumienia, jak zmęczone zasypiamy, nie robiąc dzieciom kolacji.

Tylko może, zamiast tak krzyczeć, tak demonstrować jak inne jesteśmy, czy chcemy być od naszych matek, powiedzieć im:

mamo kocham cię, choć nie byłaś idealna, byłaś mamą na miarę swoich możliwości, która mnie raniła, pewnie często nieświadomie, która popełniła wiele błędów, więc pozwalaj mi na moje, nie oceniaj mnie, tak jak ja nie oceniałam jako dziecko ciebie, tylko mnie kochaj, bezwarunkowo, tak ja ciebie.

Tym, jak wychowuję swoje dzieci, chcę ci pokazać, jak chciałam być przez ciebie wychowywana, tym, jak nie chcę mieć dzieci, pokazuję, jak bardzo nie chcę być matką taką jak ty, jak bardzo się boję, że powielę twój schemat macierzyństwa. Ale kocham cię, bo jesteś moją mamą taką, jaką potrafiłaś być, dziś nie mam już o to do ciebie pretensji, ani do siebie.

 

Ewa Raczyńska"

https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/dzien-matki-kruszeje-pomnik-matki-polki-dzis-widzimy-na-nim-wiele-skaz/q1dy7tg,2b83378a

Wszystkim matkom najlepszego


 


 

środa, maja 25, 2022

Nie będzie wygranych...



 

"Spójrz na mnie chłopcze!". Sieriebriennikow napisał o wojnie w Ukrainie

 

„Reżyser Kiriłł Sieriebriennikow napisał tekst o wojnie zatytułowany "Czerwony lakier". Jest to nawiązanie do zdjęcia z Buczy, na którym widać rękę zamordowanej kobiety ze zrobionym manicure.

Codziennie oglądam zdjęcia z wojny. Patrzę, patrzę. Zniszczone miasta, spalone samochody, martwi ludzie. Czerwony lakier na paznokciach na martwej ręce. Każdego dnia, gdziekolwiek jestem, wydaje mi się, że to nade mną przelatują samoloty, że to ja muszę biec do schronu przeciwbombowego. Moi przyjaciele, ci, którzy wyjechali i ci, którzy zostali, od tygodni płaczą — mężczyźni, kobiety. Z jakiegoś powodu nie płaczę. Coś się we mnie buzuje, ale nie ma ujścia.

John Maxwell Coetzee miał dobrą powieść "Czekając na barbarzyńców". Barbarzyńcy, na których bohater czekał w twierdzy, byli wewnątrz. Czekaliśmy na nadejście nowego barbarzyństwa. Dla barbarzyńców drugi człowiek jest tylko zdobyczą. Ciało i środki. Włosy. Skóra. Czaszka. Praca niewolnicza. Czasami szczególnie wyrafinowani barbarzyńcy robili abażury ze skóry, kubki z czaszek, poduszki wypchane włosami. Barbarzyńcy idą na pocztę, aby wysłać swoje łupy do domu. W paczkach znajdują się włosy, czaszki, skóra i pomalowane na czerwono paznokcie. Barbarzyńcy są pewni siebie. Wojna szybko odczłowiecza, a żadna kultura nie jest w stanie ocalić z najgorszej zbrodni, jeśli prawo do niej daje państwo.

Niemcy uświadomili sobie coś na temat wojny dopiero wtedy, gdy pokazano im zwłoki więźniów Auschwitz i Buchenwaldu. I kiedy zmuszono ich do grzebania tych zwłok własnymi rękami, bez rękawic. I po trybunale norymberskim. I tak przed 1945 r. mówiono o "de-żydowskości", o tym, że "nie ma takiego kraju, nie ma takich ludzi" i pytano "co robiliście, kiedy zabijaliście Niemców w Sudetach...".

To dziwny sen. Jestem dzieckiem w kamuflażu, które zostało zmuszone do czytania książki martwej Ukraince w trumnie. To dzieje się teraz, w czasie tej wojny. Nie mogę czytać, granice się zacierają, ale nie mogę też patrzeć na dziewczynę. Mruczę coś pod nosem. Dziewczynka ma na dłoniach czerwony lakier do paznokci.

Kultura w Rosji jest zawsze na przekór, wbrew państwu. Czasami za pieniądze państwa, ale zawsze — nie w jego imieniu i nie dla niego. Państwo i polityka w Rosji zabijają i dzielą. Niszczą rodziny. Niszczą życie. Kultura ocala i podnosi to, co ludzkość ma jeszcze w sobie. W Rosji istniało wiele grup, wszystkie miały charakter kanibalistyczny. Te rzadkie lata, kiedy władza w Rosji nie pochłaniała ludzi, nazywano odwilżami. Władza po prostu odpoczywała. By zacząć od nowa zjadać ludzi.

W kulturze zawsze chodzi o to, co państwa nie obchodzi. O miłosierdziu dla upadłych. O współczuciu. O głębokościach i wysokościach ludzkiego ducha. O rozpacz. O samotności. O tym, co śmieszne, małe, nędzne, niechciane, przedwczesne. O mniejszości. Z tego powodu kultura rosyjska była mało szanowana przez państwo i prawie nie kochano jej. Zmuszeni do zdawania egzaminów w szkole, czytaliśmy te nieciekawe książki. Oglądaliśmy te niezrozumiałe filmy. Słuchaliśmy tej dziwnej muzyki. Wzruszaliśmy ramionami. Ale czytaliśmy, oglądaliśmy i słuchaliśmy. Bo nie było nic innego. Nie było w tym nic utalentowanego i szczerego, jeśli chodzi o władzę, "która jest od Boga", o to, że "możemy to powtórzyć", o dumę i wielkość imperium. A raczej czasami państwo nakazywało i zmuszało do pisania, filmowania, śpiewania i recytowania takich rzeczy. Do czytania, oglądania i słuchania. I prawie zawsze wychodziły z tego bzdury.

Martwa dziewczyna wstaje z trumny. Podchodzi do mruczącego mnie. Nie patrzę. Nie patrzę. Podchodzi, chce spojrzeć mi w oczy. Skupiam się na książce. Nagle mówi do mnie: "Cicho". Nie mogąc powstrzymać się od czytania, mamroczę coś po rosyjsku. "Cicho. Chcę być cicho. Chcę być cicho". Jestem tak przerażony, że przestaję mówić. Nie mogę podnieść wzroku. Mówi do mnie: "Spójrz na mnie".

Żołnierze mojego kraju wkroczyli do innego kraju i zaczęli go niszczyć. Zabijają ludzi. Niszczą domy. Z Ukrainy do Rosji przyjeżdżają trumny i kradziony sprzęt AGD. Wracają kaleki i nienawiść. Te bomby powracającej nienawiści, o sile kilku Hiroszim, rozbijają na kawałki życia mojej ojczyzny. Wydobyli przyszłość każdego człowieka, każdej rodziny. Ta nienawiść niszczy wszelką nadzieję na dobrobyt i wolność. Życie w strachu i nienawiści — oto co czeka nas, świadków, uczestników i ofiary tej wojny. Nawet jeśli jesteśmy temu przeciwni.

Państwo wszczyna wojny, aby zwiększyć liczbę własnych "świętych" — potrzebuje wzorów do naśladowania i fascynujących apokryfów. Nikogo nie obchodzą martwi żołnierze leżący bezładnie na polach, zastrzeleni cywile porzuceni przy drogach. Są marnotrawstwem zasobów, psują statystyki obchodów, nie ma ich. Sztuka myśli o tych porzuconych zmarłych, o ich ostatnich słowach, marzeniach, nienarodzonych dzieciach. Niepochowani zmarli są bohaterami prawdziwej literatury, uczciwego kina, szczerego teatru.

Milczę. Martwa ukraińska piękność milczy. Następuje przerwa. Patrzy na mnie. Patrzę na jej dłonie z jaskrawoczerwonym manicure. Chcę narysować kredą koło. Szepcze: "Nie pomagaj mi, chłopcze. To nic nie da". Wiem, że to nie pomoże. Chcę jednak przerwać rozpacz, która mnie przygniata. Nawet ze skrzypieniem kredy. Z dźwiękiem mojego serca. Na szczęście wszystko ucichło.

Ci, którzy rozpoczynają wojnę, zawsze przegrywają. Ci, którzy gwałcą, mordują i torturują ludność cywilną, są zbrodniarzami wojennymi. Podobnie jak ci, którzy ją usprawiedliwiają. Nie można sympatyzować z sadystami i mordercami. Współczuję tym, którzy nieświadomie zostali wciągnięci w straszliwą zbrodnię wojny. Ci, którzy jeszcze nie mają na rękach krwi niewinnych.

Przypominam sobie opowieść Olega Tabakowa o tym, jak jego babcia kazała mu zanosić chleb niemieckim więźniom, których po wojnie pędzono przez Saratów. "Oni są wrogami!". — Oleg był urażony. "To są istoty ludzkie. Teraz jest im źle" — powiedziała babcia. Oleg zaniósł chleb młodemu Niemcowi, który rozpłakał się. Tabakow zapamiętał to do końca życia i opowiedział mi o tym.

Aż strach sobie wyobrazić, co dzieje się w głowie żołnierza, który znalazł się w obcym kraju wbrew swojej woli i wykonuje rozkaz "Zabij!", tylko po to, by zostać "pozostawionym w tyle". Z drżeniem wyobrażam sobie rodziców, którzy najpierw popierają "operację specjalną", a potem otrzymują dokumenty z fałszywymi informacjami o śmierci ich dziecka "w wyniku wypadku". Boję się i cierpię z ich powodu. Boję się o tych, którzy dali się zwieść propagandzie. Prędzej czy później zdadzą sobie sprawę, gdzie się znaleźli. Nie mogę zrezygnować z nich — oszukanych, zamordowanych i potępionych.

Kobieta z Buczy uczyła się przed wojną, jak robić manicure. W ten sposób miała czerwone paznokcie. A potem przyszli moi rodacy — ludzie, którzy mówią tym samym językiem co ja — i zabili ją. Może uznali ten kolor za zbyt prowokujący.

Trzymam w rękach książkę napisaną w języku rosyjskim. Listy są martwe. Moje usta są suche. Stoi przede mną martwa ukraińska dziewczyna i pyta: "Spójrz na mnie, chłopcze. Spójrz". Myślę sobie: "Nie mogę, nie mogę". "Trzeba, chłopcze, trzeba". Nie mówię ani słowa, nie wiem, co robić. Szepcze: "Bachish?". Mówię: "Nie". Śmieje się: "A ty, pchaj się! Nie bój się". Mówię cicho: "To podnieś moje powieki". Ktoś podnosi mi powieki, każe patrzeć. Boję się, ale patrzę. Patrzę. Jest wojna.

Tekst został opublikowany w kanale Telegram Kiriłła Sieriebriennikowa

Kiriłł Sieriebriennikow

Źródło:The Moscow Times

Data utworzenia: Dzisiaj, 14:22”

 

https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/inwazja-rosji-na-ukraine-kirill-sieriebriennikow-napisal-o-wojnie-w-ukrainie/snb04l5,681c1dfa

 

niedziela, maja 22, 2022

Oooooo.. ja cierpię dolę- żerujący mówi o żerowaniu

 


 To, że Morawiecki kłamczuch, krętacz, kombinator, to chyba już wszyscy wiedzą, ale  że potrafi tak manipulować, to nawet chyba największym jego znawcom nie przyszło do głowy.

"Nadmiarowe zyski Norwegii z ropy i z gazu przekroczą sto miliardów euro. To jest pośrednie żerowanie na wywołanej przez Putina wojnie. To niesprawiedliwe, powinni się podzielić - powiedział w sobotę premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu z młodzieżą. Zaapelował do młodych, by "pisali do swoich przyjaciół w Norwegii" w tej sprawie.

Szef rządu uczestniczył w sobotę w sesji pytań i odpowiedzi podczas Ogólnopolskiego Kongresu Dialogu Młodzieżowego. Powiedział, że nadmiarowe - przekraczające średnią roczną z ostatnich lat - zyski z ropy i gazu "małego pięciomilionowego państwa, jakim jest Norwegia, przekroczą sto miliardów euro".

- My się wszyscy oburzamy na Rosję, i słusznie. Bandycki napad, bandyci, zbrodniarze i tak dalej, ale szanowni państwo, młodzi ludzie, coś jest nie tak. Piszcie do waszych młodych przyjaciół w Norwegii. Oni powinni się podzielić tym nadmiarowym, gigantycznym zyskiem - zaapelował premier.

Zwrócił się też do "drogich norweskich przyjaciół". - To nie jest normalne. To nie jest sprawiedliwe. To jest również żerowanie - niechcący oczywiście, bo to nie jest wina przecież Norwegii, ta wojna na Ukrainie - ale to jest pośrednie żerowanie na tym, co się dzieje. Na wywołanej przez Putina wojnie - stwierdził Morawiecki.

- Oni się powinni tym błyskawicznie podzielić. Nie mówię, że koniecznie dla Polski. Dla Ukrainy, dla tych, którzy najbardziej ucierpieli na skutek tej wojny. Czyż to nie jest normalne? - dodał."

 https://tvn24.pl/polska/mateusz-morawiecki-o-norwegii-posrednio-zeruje-na-wywolanej-przez-putina-wojnie-to-niesprawiedliwe-powinni-sie-podzielic-5720535

 

 


Jasne, jasne, panie Morawiecki,  już Ci wierzymy- podzielić się z Ukrainą? No niech nas pan nie rozśmiesza- płaszczyk z Ukrainy ma podziałać? My już dobrze wiemy, że to w polskiej kieszeni jest tylko płótno i komu tragicznie brakuje forsy na te wszystkie pincetplusy.

Szujstwo i gnidostwo w wykonaniu rządowych ma się dobrze i wręcz kwitnie

 

PS.

Pod poprzednim postem zrobiłam dopisek. To tak dla ogólnej informacji, dotyczącej uchodźców z Ukrainy                                              



sobota, maja 21, 2022

Piękny maj, trudny maj.


 

We wtorek, po raz kolejny, zawiozłam rzeczy dla Uchodźców. W punkcie, tym razem, pusto. Podobno były dwie panie i na tym się skończyło.

Słucham relacji z Ukrainy w radio Onet. Straszne. Za oknem słońce, ptaki zanoszą się śpiewem, robi się ciepło. Siedzę i słucham- rakiety, masowe groby, ranni, bestialstwa w wykonaniu Rosjan, obóz koncentracyjny, Mariupol, Odessa…. Nagle zdaję sobie sprawę, że kolejny maj mija. Maj piękny, słoneczny, rozpachniony, rozśpiewany, a w tyle mojej głowy mrok, W zeszłym roku królowała tam pandemia i strach oraz pytanie: „Jak długo jeszcze?” W tym roku siedzi wojna w Ukrainie, uchodźcy i to samo pytanie: ”Jak długo jeszcze?”.

Nie da się uciec od tego, po prostu nie da. I chyba wolę wiedzieć, niż od tego uciekać. Niewiedza dla mnie jest gorsza od najgorszej wiedzy.

W zeszłym tygodniu również zawiozłam dary. W punkcie wpadłam wprost w roześmiany, rozgadany tłumek. Spotkanie integracyjne dla darczyńców i Ukrainek. Połowicznie spontaniczne, bo jednak parę ciast Polki upiekły. Stoły, ławy, bawiące się obok, na placu zabaw, dzieci. Sielanka chciało by się powiedzieć. Ale ta podświadomość ciągle daje o sobie znać. Siadam, rozglądam się, słońce praży, herbata w kubku i ciacho, robi się bardzo miło. Przysiada się Ukrainka, która uciekła (przyjechała?) z Odessy. Pani (około 45lat) zadbana, paznokcie pięknie zrobione. Mówi językiem mieszanym- ukraiński, rosyjski i polski przeplatają się w płynnym potoku słów. Opowiada, jacy to Polacy są dobrzy, jak o nich dbają, z jakim dobrym sercem tu się spotkała. Tak normalnie o tym mówi, bez emfazy, bez patosu, bez ekstra uniesienia. Ona mówi o dobroci Polaków, a ja myślę o tym straszliwym hejcie, o tych narzekaniach na zwyczaje Ukraińców, o tym wytykaniu ich „bogactwa”…- „pomagamy, pomagamy, ale….”. Nie odzywam się, nie zaprzeczam, nie prostuję, zostawiam te niemiłe, moje spostrzeżenia dla siebie. Ma dwóch synów, starszy uzdolniony muzycznie musiał zostawić akordeon w Ukrainie. Opowiedziała o tym gospodyni, u której mieszka. I, tu się głos Ukraince załamał trochę, ta pani w ciągu tygodnia zorganizowała chłopcu instrument. Nie, nie używany, nówka przyjechała z Niemiec. Potem Ukrainka pokazuje w telefonie syna grającego na akordeonie. Naprawdę pięknie gra. I jeszcze toczy się rozmowa o dobroci Polaków, o pogodzie, o dzieciach… ani słowa o wojnie… ani słowa… i w tym wszystkim, w tym opowiadaniu, w tym ukraińskim szczęściu, nawet nie zapytałam, jak jej na imię. Przyjechała z Ustronia odwiedzić tutaj koleżankę. Nie sądzę, bym kiedykolwiek ją jeszcze spotkała. Trochę szkoda.

Tutejsze Ukrainki mają śniadą cerę, czarne włosy. Koleżanka twierdzi, że to ukraińskie Romki. Nieważne, w oczach smutek, niby zainteresowane, ale przygaszone.

We wtorek opowiadały dziewczyny o uchodźcach w innych miejscowościach. Wiadomości od rodziny, znajomych. Wychodzi na to, że w miastach zostali ci bogatsi, pewnie „mieszczuchy”, a na wieś wywędrowali „wiejscy”. A wszyscy mają potrzeby, których nie mogą, nie potrafią zaspokoić. Trzeba pomagać. Jednak z tym pomaganiem jest coraz gorzej. Zaczyna brakować wolontariuszy. Nie ma kto pracować w punktach. Państwo nadal  ma to w nosie. W Jastrzębiu likwiduje się duży punkt, bo tamtejsi wolontariusze nie dają już rady.

No i jeszcze jedna rzecz mnie zdziwiła. Okazało się, że w Jastrzębiu, Ukrainiec, który potrzebuje pomocy, musi zaliczyć MOPS. Dostaje stamtąd karteczkę i dopiero z nią może udać się do punktu pomocy.

I tu się wściekłam- MOPS- instytucja państwowa, narzuca i decyduje, kto z uciekinierów może dostać pomoc w punkcie, którzy utworzyli ludzie, ludzie dobrej woli i gdzie ludzie znoszą rzeczy z własnej chęci. MOPS decyduje o tym, komu ja mogę pomagać? A sam MOPS wydaje tylko karteczki? Jakim prawem? MOPS stwarza trudności, generuje kolejki, rządzi i dzieli, ale nie pomaga. To chore.

Coraz więcej Polaków narzeka na Uchodźców, a oni różnie- jedni chcą jechać dalej, inni wracają, a jeszcze inni powoli zadomawiają się w Polsce. Przeciętni Polacy są już zmęczeni całą sytuacją. Pomogli, ile mieli sił, na ile było ich stać. Końca nie widać. Problem polega głównie na braku mieszkań, braku lokali dla Uchodźców. Rząd tworzy nowe dziady, obiecując, mamiąc, kłamiąc. Co ma zrobić Polak, który użyczył pokoju, mieszkania czy nawet domu na „już”, z myślą, że najwyżej na miesiąc, a tu nagle Ukraińcy chcą pozostać, ale nie mają innego mieszkania? Sytuacja patowa.

Byłam w hurtowni, by kupić żywność dla Uchodźców- tak najtaniej. Zaskoczona patrzyłam na puste miejscami półki i na wysokie ceny. Na hurtowniach teraz ceny są minimalnie niższe, niż w niektórych sklepach. I wybór mały. Trudna rzecz- pomóc na miarę swoich możliwości, a dać potrzebne rzeczy.

Dzisiaj kolejny upalny dzień, deszczu spadło mało, o wiele za mało. Jak to u nas bywa- burze przeszły dołem (Czechy) i górą  (Jastrzębie, Pszczyna) U nas nawet nie zagrzmiało. Susza dalej ma się dobrze.

Przepraszam- wyłączam komentarze. Temat Ukrainy, darów, pomocy jest tak wałkowany, że nie mam już sił czytać różnych argumentów oraz nie mam sił na nie odpowiadać, bo ja jestem ciągle za pomaganiem, za zrozumieniem, współczuję uciekinierom i biorę pod uwagę, że stamtąd uciekli różni ludzie- wygodniccy, roszczeniowi oraz przestępcy również.

Miłego dnia

PS. Kiedy dowiedziałam się, pokazując pierwsze dary dla uchodźców, że jestem hipokrytką, twardo postanowiłam, że będę pokazywać następne, czy to się komuś podoba, czy nie, czy jestem według niektórych hipokrytką, czy nie, czy wyjdę na chwalipiętę, czy nie, - będę zamieszczała to, co darujemy uchodźcom. A reszta przestała mnie obchodzić.

Buty- wydawało by się, że dziwne, np. te z pszczołą, a właśnie te buty, zostały na samym początku przymierzone i zabrane- poparte szczęśliwym uśmiechem na buzi ukraińskiej nastolatki. Potem te różowe tenisówki. Obok pudełek jest bielizna. Dodałyśmy jeszcze dwie torby ciuchów- kupionych, przymierzonych i włożonych do szafy, jako nieudany zakup. Niektóre jeszcze z metkami.


 To zawiozłam we wtorek. Dołożyłam trochę chemii.


Bonus dla cierpliwie czytających. Świat jest nadal piękny:)



Miłego dnia

PS 2

 Jeżeli ktoś jeszcze czyta ten post- wkurwia mnie, że Polki mają za  złe Ukrainkom wypielęgnowane paznokcie, ładny makijaż i dobry ubiór. W komentarzach,

dotyczących Ukrainek przeważnie to wysuwa się na pierwsze miejsce. O…… one nie mogą być zadbane, bo one przecież uciekły przed wojną. One powinny być złachmanione, potargane, bez makijażu i z połamanymi paznokciami. No i koniecznie powinny od razu wziąć się do roboty. Nie będą im przecież Polki „usługiwały”. Cholerny polski narodek nie potrafi zrozumieć, że człowiek ma różne etapy wydolności psychicznej. I nie potrafi zrozumieć, że często, by nie pokazać po sobie załamania (te kobiety mają przy sobie dzieci, które też muszą podtrzymać na duchu), człowiek stara się wyglądać dobrze, zmusza się do uśmiechu, nie pokazuje, co go gnębi. Większość Polaków tak ma, ale przecież nie mogą tak mieć Ukrainki. O nie. One muszą zachowywać się zgodnie ze schematem, wyrobionym w umysłach Polaków- jak wojna, to tragiczny wygląd, to szloch nieopanowany, to załamka na całej linii, deprecha. To musi być na zewnątrz u Ukrainek, bo Polak musi poczuć się super bohaterem, który pomaga i podpiera. Dobry wygląd Ukrainek, budzi w kobietach polskich złość, odbiera im poczucie misji, wywołuje „kompleksy” – one takie piękne, a ja zapracowana jak łachmaniara, szara, bura, bez uśmiechu. I te komentujące Polki jakby nie zdawały sobie sprawy, że właśnie tworzą nagonkę na uciekinierów, wzmacniają ją opisami uchodźców z własnego podwórka- opisy dotyczące rzekomej  „roszczeniowości” Ukraińców. Niedobrze się robi- mądre skądinąd  kobiety, piszą tak, jakby nie chciały zrozumieć sytuacji tych ludzi, jakby nie wiedziały, że sytuacja każdej osoby jest inna, że charakter każdej osoby jest inny, że trzeba czasu, by to wszystko poukładać, ułagodzić.

Czytam takie komentarze i jestem zażenowania niskim poziomem zrozumienia, bo nie powiem empatii. Wychodzi jak zawsze- „Jak nie toczy się po mojej myśli, to  wszystko jest BE, czyli moja racja najmojsza, moja sytuacja najtragiczniejsza, a wszystko inne robi mi na złość i wysysa ze mnie moje siły- cały świat się na mnie uwziął”.

Już zapomniano, jak przed pandemią to właśnie Ukrainki przyjeżdżały tutaj do Polski by sprzątać  Polakom? By Polakom podcierać tyłki w domach pomocy, by zatrudniać się na najniżej płatnych stanowiskach, byle pracować? Zapomniało się, że Ukraińcy przyjeżdżali do pracy i brali każdą, by pracować i zarabiać na rodzinę w Ukrainie?  

 

Zarzuca się, że Ukrainki nie nauczyły się jeszcze mówić po polsku, a ja się pytam, która z komentującycn nauczyła się języka obcego w ciągu dwóch miesięcy? Pracując, albo nie i w warunkach odbiegających od ich domowych? Dlaczego nie mówicie w języku obcym płynnie, kiedy pierwszy raz jesteście w obcym kraju? Bo często macie zahamowania. No, ale Ukrainki nie mogą ich mieć przecież, one nie. To że dzieci nauczyły się ogólnych zwrotów to oczywiste- dzieci szybciej łapią język no i uczą się go teraz na bieżąco w szkole.

Zarzuca się Ukrainkom lenistwo

i roszczeniowość? Szkoda gadać .