Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

piątek, maja 30, 2025

Mam i nie zawaham się użyć.

Na Facebooku pokazało się urocze zdjęcie z niedzielnego marszu w Warszawie.

Samo przekazanie sznura korali pani Trzaskowskiej przez Joannę Szenyszyn było niesamowite- zawierało mnóstwo ciepła, uśmiechów, radości, życzeń.

A potem ukazało się na FB jeszcze to.


Puściłam dalej i nagle coś mi zaświtało w łepetynie- przecież ja gdzieś też mam czerwone korale. 

Były- na najwyższej półce, w dużym plastikowym pudle, w którym schowałam wszystkie "biżutki", bo już ich nie zakładałam.

Przy okazji przejrzałam to, co kiedyś odstawiłam i znalazłam mnóstwo fajnych bransoletek, zakamuflowanych w osobnym pudełku.

 Lubię nosić bransoletki, pudełko zostawiłam na dole, resztę (wisiorki, korale, naszyjniki, łańcuszki itp.) wpakowałam na najwyższą półkę, niech sobie tam drzemie do następnego przeglądu.

A korale są takie.


 

Nosiła je moja mama. Dla mnie są ciut za duże i przyciężkie, to malowane drewno. Za to kolor mają piękny. Tworzą fajny akcent na tym kredensie.

Teraz zastanawiam się, czy je wziąć na wybory. Mogłabym je przytwierdzić do paska torebki, bo na szyję raczej ich nie założę. Ale....

No ale, z jednej strony byłoby fajnie tak zamanifestować, a z drugiej strony, boję się nagrabić we wsi, bo szyby w oknach są drogie, a zwolennicy PiSu to agresywne oszołomy. 

W każdym razie moje korale nadają się do porządnego trzaskania- w nich lub nimi,

I na koniec- wczoraj lało, świeciło słońce i znowu lało. Wieczorem zachodnie słońce oświetliło napęczniałe ciemne chmury, przewalające się na wschodnim niebie i pokazała się cudna tęcza. 


Doklejam jeszcze jedno- widać korale pani Senyszyn stają się symbolem, jak niedawno błyskawica ze Strajku Kobiet.



 


 

sobota, maja 24, 2025

"Tulipanowa lambada".

 

 Tkałam go 2 miesiące (w przerwach haftowałam bluzkę w kwiaty). To mój pierwszy gobelin tkany na ramie z gwoździami. Rama ta różni się od ramy z nacięciami gęstością osnowy. Na tej z gwoździami osnowa jest dwa razy gęściejsza niż na tej z nacięciami. Wymusza to kompletną zmianę grubości nitki na osnowę oraz grubości wątku. Dotychczas tkałam na ramie z wcięciami, gdzie osnowa była rzadsza i z grubszej nici, a wątek też był tkany grubszą przędzą. 

W tym gobelinie nie do końca udało mi się dobrać odpowiednie grubości wątku, stąd te falowania tła na górze gobelinu. Wydaje mi się jednak, że one korespondują z łukami płatków i jakoś specjalnie nie rażą. Ale można się pośmiać, że kolory są na rauszu. Można też dać tytuł: "Tulipanowa lambada".

Tu jeszcze na ramie. Te brązowe paski to są  zarobienia,które  będą schowane na lewej stronie gobelinu. 

Gobelin tkałam według wzoru położnego na boku.

Coś takiego.
 

Tak będzie wyglądał po podszyciu osnowy i zarobień. Gotowiec będzie miał 41x27 centymetrów.

Ponieważ dopiero uczę się tkać na takiej ramie, musiałam wiele rzeczy po raz pierwszy przepracować i trochę „przecierpieć”- choćby tkanie pod koniec, u góry, to droga przez mękę, bo osnowa jest już bardzo naprężona, twarda i ciężko przewijać przez nią wątek. Większość góry tkałam igłą tkacką, a normalnie tkam tylko za pomocą palców. Również gorzej ubijał się wątek. 

Taki wzór mnie inspirował. Taki grzeczny z równymi łuczkami....no to musiałam to trochę "zepsuć", bo taki ulizany mi się niezbyt podobał. A w ogóle to jest wzór na haft krzyżykowy.

Starałam się dobrać kolory tak, by niektóre w płatkach, w poszczególnych kwiatach, powtarzały się. Trochę zmieniłam ich odcienie. Liściom również zmieniłam kształt- nie jest taki, jak we wzorze. Wzór  był tylko inspiracją, podstawą, a resztę sobie sama dokomponowałam (jak zawsze). Zresztą kolory dobierałam podczas tkania, co podobno kłóci się z zasadami kolejności powstawania gobelinu, gdzie należy sobie mądrze dobrać wzór, potem kolorystykę i tkać wiernie według tego. I jeszcze słyszę głos instruktorki na filmiku: „I pamiętajcie, planowanie wzoru oraz kolorystyki, jest bardzo ważne, należy o tym pamiętać….” OK., jest ważne, ale nie aż tak, by potem sobie czegoś nie zmienić, dodać, ująć, a tu już w „instrukcji” nie ma o tym mowy. Dlatego nawet nie myślę o jakimś kursie tkackim, bo ja chcę czuć się swobodnie podczas tkania, a nie mieć z tyłu głowy frazy instruktorskie- „to tak”, „tego nie”.

 No nie…nie u mnie coś takiego, mnie nie zależy na wiernym odtwarzaniu czyjejś pracy, kiedy wzór znajduję w Internecie. Ja mam swoje wizje i staram się je realizować. Na razie wizja się zrealizowała, ale technicznie jeszcze dużo mi brakuje.

Technikę tkania można też opanować, kupując kurs u pań instruktorek i nie bawić się w poszukiwanie wiedzy oraz potem samodzielnie męczyć się tkając i prując na zmianę. Te kursy często są one line i instruktorka prowadzi krok po kroku. Ale najtańszy kurs zaczyna się od 50 zeta a kończy np. na 4800 zeta, w zależności od tego, czego ma nas nauczyć. To dużo, nawet bardzo dużo. Przejrzałam program kursu i uważam, że jest on wartościowy. Jeżeli ktoś chce się nauczyć profesjonalnie tkać, to pewnie warto w niego zainwestować. Podstawy tkania (zakładanie osnowy, ściegi podstawowe, zarobienie i łańcuszek, równe brzegi gobelinu itp.), mam już, jako tako, opanowane. W grę wchodziłyby te droższe kursy. Ja rozumiem, że panie artystki tkaczki muszą zarobić, to jest ich praca, one sprzedają swoją wiedzę, którą też niemałymi kosztami zdobywały. I tu nie mam żadnego „ale”. To mnie nie stać na takie kursy. Tym bardziej, że tkam dla przyjemności, żadne wystawy w grę nie wchodzą i nie mam też  zamiaru potem zostać instruktorem tkania.  Nie mam również wyolbrzymionych ambicji zostania hiper- super tkaczką. Każde samodzielne przebrnięcie przez trudność sprawia mi ogromną satysfakcję- sama znalazłam wiedzę, pojęłam oraz  przebrnęłam. Zatem, będę tkała nawet niedoskonałe gobeliny, bo mam takie a nie inne możliwości. I będę się tkaniem oraz wynikami mojej pracy cieszyła, choćby było w nich multum błędów. Tak sobie, po prostu, wyobrażam radosną amatorską twórczość.😄

 Bodziszek, który sam się wysiał, kilka lat temu, w ogrodzie. Dbam o niego bardzo, bo ma kwiaty w pięknym kolorze. Bodziszek szlachetny, ogrodowy, jeszcze nie kwitnie.

Następny gobelin utkam na dużej ramie z wcięciami, bo mi brakuje jeszcze kilku do planowanej "narzuty"/parawanu (?).
 

środa, maja 21, 2025

Polowanie.

Pełno tu drapoli. Tego sokoła pustułkę zauważyłam w momencie, kiedy zawisł nad polem za drogą. Pobiegłam po aparat i zdążyłam sfilmować jak wcina upolowanego, w międzyczasie, ptaszka. Trochę ptaszka podżarł, resztę w całości połknął (?). Pewnie zaniósł tę resztę do gniazda, by nakarmić młode. Nie znam się na zwyczajach sokołów, ale gdyby chciał się sam nażreć, to kawałkowałby mięcho nadal. Poleciał, ale nie dlatego, że się mnie wystraszył. 


 


 Przeleciał nad ogrodem i tyle go widziałam.

Drugi film nakręciłam trochę później, sokół wrócił i znów zawisł nad polem. 


 

Trzeci raz zauważyłam go na dole ogrodu- siedział na brzozie. Kiedy mnie zobaczył, zerwał się i poleciał w stronę chłodni. Pustułki robią gniazda pod dachami budynków, w starych murach, wieżach… może ta ma gniazdo gdzieś pod dachem chłodni?

 

wtorek, maja 20, 2025

Oooooo, ja cierpie dole- jak to wszystko ogarnąć?



Gdyby tak umieć się otorbić i nic z zewnątrz do siebie nie przyjmować. No tak normalnie postawić wokół siebie szczelny kokon i tylko wtedy, kiedy by się zechciało wychynąć czułki na świat, wybierając sobie z niego tylko te smakowite, nieszkodzące człowiekowi kąski, te śliczne, apetyczne, kojące i podnoszące nastrój- cudnie by było. Ale tak se ne da. No nie, teoretycznie wszystko można, ale człowiek mimowolnie, jak już wyjdzie na zewnątrz swojego świata, dostaje po głowie tysiącem paskudnych informacji. Tak dokładnie odciąć się od tego nie da, dlatego postaram się jeszcze bardziej minimalizować dopływ negatywnych bodźców do siebie.

Wynik jaki jest każdy widzi. Nie chce mi się bełtać i bić piany na ten temat. Ale… mam dość tych ludzi tutaj, ograniczonych, bez jakiejkolwiek refleksji dotyczącej przeszłości i przyszłości. Już nie robię w tej wsi zakupów, już nie korzystam z POZ… nie mogę na nich patrzeć bez obrzydzenia. Wszystko się zsumowało we mnie i przeszłość, i teraźniejszość. Mogę się wyprowadzić w każdej chwili, bo o tym ostatnio myśleliśmy. Tylko dokąd? Zagranica nie wchodzi w rachubę, bo kasa nie puszcza. Nawet Czechy są w tej perspektywie odległe. A Polska? Szkoda gadać. No i dlaczego ja mam się wyprowadzać z miejsca, które jest dla mnie czymś drogim? To przypomina sytuację, kiedy ofiara ma się wynosić, bo kata się hołubi. Drastyczny przykład. Nie czuję się ofiarą, ani zakładnikiem tutejszych ludzi oraz miejsca, ale jest mi trudno to wszystko ogarnąć emocjonalnie. 

Głóg w tym roku zakwitł na gałęziach ze wszystkich stron. Zdarzyło mu się to po raz pierwszy. Dotychczas kwitł na kilku z jednej strony.
Jak co dzień przeszłam się wczoraj rano po ogrodzie. Po pięciu dniach dosyć solidnego deszczu, ziemia nadal nie ugina się pod nogą, nadal jest twarda i nie jest grząska. Wody nie ma w rowku na dole ogrodu, w którym zawsze po ulewie spływa woda  w stronę pola sąsiada. Za to kwiaty na krzewach nasączone wodą do granic możliwości.

 Nasza ogromna kalina wielkokwiatowa pochyliła się w jedną stronę. Wygląda na to, że jeszcze trochę deszczu i wyłamie się z korzeniami.

 Te zdjęcia zrobiłam przed deszczami, kiedy kwiaty nie były w pełni rozkwitnięte, teraz kalina jest przygięta do ziemi pod ciężarem mokrych kul. 

Veigelia przed wejściem do domu też pochylona, wisi nad chodnikiem.

Prawie wchodzi nam do domu.

Kwitnie obficie, ale będę musiała ją mocno przyciąć, by następnym razem nie zablokowała nam przejścia.
Zdjęcia tych dwóch tawuł zrobiłam przed deszczami. Te przy bramce musiałam w niedzielę mocno przyciąć- mokre ciężkie gałęzie oblepione kwiatami zasłoniły bramkę i zatarasowały przejście.

Ta na zdjęciu ma piękny kształt, teraz przypomina parasol.


  Azalie przygięte pod naporem, wody w kwiatach już te kwiatki tracą.

Jeszcze przed deszczami zdążyłam uporządkować ogród. Wykosiliśmy wszystkie trawniki, ponieważ trawa- rzadka i jakaś ostra- tego wymagała.

 Odczekaliśmy do momentu, kiedy już trzeba było je kosić. Na dole ogrodu zostawiliśmy mlecze, by pszczoły miały coś do zbierania. Mlecze pięknie zakwitły, potem pięknie zrobiły się puchate, a pszczół na nich ani na lekarstwo. I tak sobie dolną miedzę zapaskudziliśmy mniszkiem. Ale tam akurat nie zależy nam na wykoszonym trawniku- od połowy działki ma być w miarę dziko, w miarę ucywilizowane, ale jednak z naciskiem na dziko. 

I tak kosimy tylko dlatego, by trawa się nie mierzwiła i chwastów w nadmiarze w niej nie było. I kosimy dosyć wysoko- sąsiad lata z kosiarką raz w tygodniu, a trawnik ma przycięty na 3 centymetry- horror dla trawnika. Po deszczach trawa zrobiła się gęsta i taka bardziej normalna, bez chwastów. Nornice ryją, krety tworzą kopce, normalka wiejskiego ogrodu.

I jeszcze taka dygresja na temat koszenia- pamiętam z dzieciństwa piękne łąki, pełne różnorodnych kwiatów i traw. Bardzo mi się podobały i też tęsknie to takiego ich widoku. Jednak piękne były do momentu, kiedy trawy zaczęły sypać nasiona, a kwiaty przekwitać (ich łodygi robiły się twarde i łykowate). Łąki kosiło się dosyć wcześnie (pierwsze sianokosy- maj, czerwiec). Po co? By nie dopuścić do nadmiernego rozrostu chwastów łąkowych (kosiło się nie tylko na siano). Pamiętam również inwazje jaskra polnego i szczawiu na nasze łąki, kiedy to ziemia nadmiernie się zakwasiła (często sypano na łąki wapno, by odkwasić ziemię). Dlatego możemy się buntować, ale trawę trzeba kosić.  Te mniszki, które zostawiłam "rozdmuchały" nasiona nie tylko na nasz kawałek ogrodu, ale i na pole sąsiada. Dalej już wiadomo, co może być. jest przepis, że wszystkie nieużytki trzeba przynajmniej raz w roku skosić, by nie sypały nasion na pola uprawne. Mamy do wyboru, albo koszenie, albo rolnicy będą lać na pola więcej płynów chwastobójczych. Wolę to pierwsze rozwiązanie.

Wyplewiłam wszystkie grządki kwiatowe, oberwałam trawę dookoła krzewów, które potem podsypałam korą (świetnie trzyma wilgoć). Przesadziłam kwiaty te, które tego wymagały i posadziłam nowe. Jeszcze trzy krwawniki czekają w donicach na posadzenie do gruntu. Teraz czeka mnie ostre ciecie krzewów, kiedy przekwitną- za mocno wybujały, grozi im połamanie.

W tym roku nie ma ślimoli, prawie nie ma tych wielgachnych ślinników. Trochę takich drobnych pozbierałam, ale na razie to wszystko. Może ta susza, może te przymrozki, może to zimno w końcu im zaszkodziło.

Chociaż po deszczach całe to bractwo może wyruszyć na żer i wtedy zobaczymy co i jak.